"Nadęte państwo robi naszymi rękami pokazówkę siły wobec grupki uchodźców". Dylematy policjantów wypowiadane szeptem

- Jeśli dostałbym rozkaz wspierania Straży Granicznej na pograniczu z Białorusią, przeszedłbym na emeryturę, bo już mogę. Mam dwóch synów, których wychowałem tak, żeby odróżniali skurw...stwo od patriotyzmu. I co, teraz miałbym im wciskać, że granica pomiędzy jednym i drugim jest rozmyta? Myślę, że śmierć tych uchodźców będzie się długo ciągnęła za pogranicznikami, wojskowymi i nami - mówi policjant z Krakowa.
Zobacz wideo

W altanie pod jego domem siedzą dwie kobiety z notesami i ukrytą kamerą. Na przeciwko on, już starszy pan, cień tego dobrze zbudowanego faceta z 2021 roku, który wtedy jeszcze nosił policyjny mundur. Wpuścił te dziennikarki do swojego ogrodu, bo… no właśnie sam nie wie, dlaczego. Zaskoczyły go telefonem, nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, i się zgodził. Może chciał się rozliczyć z przeszłością?

Siedzi naprzeciw nich, nerwowo poprawia włosy i przełyka ślinę. Nie wie jak odpowiedzieć, gdy go pytają o Usnarz. Dlaczego w tym uczestniczył? Dlaczego nie przeszedł na emeryturę, gdy dostał rozkaz stawienia się na froncie "wojny hybrydowej"? Dlaczego nie dopuszczał pomocy medycznej do umierających ludzi na pograniczu polsko-białoruskim? Przecież wiedział o wszystkim. Co kilka dni docierały do niego informacje o śmierci kolejnych migrantów.

Po jego czole spływa pot, ale widzowie tego nie mogą dostrzec, bo w kadrze jego twarz jest rozmyta jak w tych filmach dokumentalnych o funkcjonariuszach komunistycznego reżimu. Nagle się wybudza z poczuciem ulgi. Uświadamia sobie, że szeregowi funkcjonariusze rzadko kiedy ponoszą odpowiedzialność, nie muszą "spowiadać się" przed kamerami.

Jednak nie to daje mu poczucie ulgi. Ma je dlatego, że to był tylko sen na jawie. Migawka, którą miał przed oczami, gdy siedział z kumplem-policjantem przy grillu i rozmawiali o ludziach z ich "firmy", którzy są wzywani do służby na pograniczu z Białorusią. Jarosława i jego kumpla by nie wezwali, bo są dzielnicowymi.

- No dobra, ale załóżmy, że cię wzywają. Co byś zrobił? - usłyszał Jarosław od kumpla.

Polacy przestają ufać policji

- Policja istnieje dla społeczeństwa. Wstępując do niej, chciałem mu służyć. Jak lekarzy codziennie nakręca ratowanie innych, tak mnie napędza świadomość, że w moim rewirze byłoby o wiele więcej przemocy, np. domowej, gdybym siedział na dupie - mówi Jarosław, który jest dzielnicowym w Krakowie.

Przyznaje jednak, że ostatnio sprawa się skomplikowała, bo "ludzie zaczynają patrzeć na policjantów jako na sprawców przemocy", a społeczeństwo przestaje jej ufać.

Potwierdza to marcowy sondaż Ipsos dla portalu OKO.press, w którym aż 59 proc. badanych zadeklarowało, że ich zaufanie do policji spadło po 22 października 2020 roku. Przypomnijmy, Trybunał Julii Przyłębskiej wydał wtedy orzeczenie, które niemal całkowicie zakazało aborcji w Polsce. Na ulice wyszły masowo kobiety, a media obiegły obrazki brutalnych interwencji policji wobec protestujących. Funkcjonariusze używali pałek teleskopowych i gazu łzawiącego, a także przetrzymywali kobiety na komisariatach. Wywozili też manifestantów do komend na drugim końcu miasta, co Rzecznik Praw Obywatelskich nazwał "nieuzasadnioną represją", której celem jest "zniechęcenie zatrzymanych do udziału w kolejnych protestach".

Badanie IBRIS z tego czasu pokazało, że poziom zaufania do mundurowych spadł o 21,3 proc. w stosunku do 2017 roku.

- Widzę, że niechęć do nas rośnie w Internecie, ale widzę to też w robocie. Jak ktoś komuś stłucze szybę w sklepie, a w pobliżu nie ma monitoringu, to trzeba przejść się po ludziach i rozpytać. I jasne, że zawsze byli tacy, którzy nic nie widzieli, nic nie słyszeli, ale teraz mam wrażenie, że jest ich więcej. Widać w ich oczach niechęć. Jedna pani po pięćdziesiątce fuknęła na mnie niedawno, że służbom PiS-u nie udziela wywiadów - wspomina dzielnicowy z Krakowa.

Jego zdaniem to szkodliwy klimat, bo policja bez informacji obywateli w wielu sytuacjach nie może działać, a sprawy np. kradzieży często są nie do wykrycia.

Śmierć po interwencji policji

Brutalne interwencje policji podczas strajków kobiet to niejedyna sytuacja w ostatnim czasie, która pogłębiła kryzys wizerunkowy policji.

30 lipca, Wrocław. Śmierć 25-letniego Dmytra Nikiforenki. Policjanci zabrali go pijanego z przystanku do izby wytrzeźwień, gdzie - jak relacjonowała "Gazeta Wyborcza" - miał być "rażony gazem, okładany pięściami i pałką oraz duszony przez policjantów i pracownika izby". Potem - mimo blisko godzinnej reanimacji - mężczyzny nie udało się uratować.

2 sierpnia, Też Wrocław. Śmierć 29-letniego Łukasza. Mężczyzna miał depresję. Gdy wysłał do bliskich serię niepokojących SMS-ów, obawiali się, że zrobi sobie krzywdę, dlatego wezwali policję. "Gazeta Wyborcza" - opierając się na relacji siostry Łukasza - podawała, że funkcjonariusze byli wobec niego bardzo brutalni. Mieli bić go pałkami teleskopowymi i używać wobec niego gazu łzawiącego. Chłopak miał krzyczeć "Pomocy!".

6 sierpnia, Lubin. Śmierć 34-letniego Bartosza S. Mundurowi zostali wezwani, bo miał rzucać w okna kamieniami. Nie stosował się do poleceń policji. Podejrzewali, że jest pod wpływem narkotyków. Na filmach z jego zatrzymania widać, jak funkcjonariusze próbowali obezwładnić mężczyznę i umieścić go w radiowozie. Leżał na ziemi, próbował się wyrywać, krzyczał i wzywał pomocy. W pewnym momencie straci przytomność. Według policjantów, gdy przyjechało pogotowie ratunkowe, Bartosz jeszcze żył. Z kolei ratownicy i rodzina uważają, że do śmierci mężczyzny doszło już na ulicy.

Wątpliwości budzi nie tylko ta sprawa, ale również to, w jaki sposób traktowani byli zatrzymani po protestach i zamieszkach, do których doszło pod komendą w Lubinie po śmierci Bartosza S. W mediach pojawiły się zdjęcia zatrzymanych - bardzo młodych ludzi - klęczących przy murze, za którymi stał szpaler uzbrojonych policjantów. - Wydarzenia z Lubina dla wielu osób, szczególnie tych młodych ludzi zatrzymanych na 48 godzin, dla tych dzieci 13-, 14-, 15-letnich, które klęczały pod murem, mogą mieć określone konsekwencje - komentowała w TOK FM psycholog Agnieszka Jastrzębska.

Jak mówiła, młodzi ludzie, którzy najpierw oglądali nagrania z zatrzymania Bartosza S., przez policję, nagle stali się uczestnikami poważnej policyjnej akcji. - Dlatego mogą doświadczać stanu psychicznego podobnego do tego wywołanego działaniami zagrażającymi życiu i zdrowiu - podkreśliła.

"Bo dobry policjant, to żywy policjant"

Uczestnikom jednego z policyjnych forów internetowych wysyłam pytanie, co myślą o tych brutalnych interwencjach ich kolegów po fachu. I skąd takie nagromadzenie tych zdarzeń w ostatnim czasie.

"Odkąd media przypięły nam łatkę "PiS-owskich psów", łatwiej w nas uderzać i dlatego więcej takich spraw się ujawnia" - odpowiada pierwszy. "Poza tym dzisiaj każdy nosi komórkę, może taką interwencję nagrać i wrzucić do mediów. One zawsze były, wśród nich takie, które kończyły się zejściem zatrzymanych. Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie pacyfikował agresywnego delikwenta, narażając przy tym swoje zdrowie i życie. Policjant z takiej sytuacji ma prawo wyjść żywy. Bo dobry policjant, to żywy policjant" - dodaje.

"Nie byłem na miejscu, więc nie zamierzam oceniać. Wiem tylko, że jak zrobi się medialna zadyma wokół policjantów, to będzie wśród nas coraz więcej takich, którzy boją się użyć siły i kto was wtedy będzie bronić" - pisze drugi.

"Jak słyszę o takich sprawach, to zastanawiam się, kto na tym chce wypłynąć. Pismak? Jakiś polityk, który to rozdmuchał? Ekspert, który będzie miał co w TV komentować? Chłopaki robią swoją robotę i nie ma im co grzebać w życiorysach" - odpowiada trzeci.

"Narwańcy" awansują

Zdaniem Jarosława, policjanta z Krakowa, to częste reakcje wśród jego kolegów. - To nie tyle solidarność zawodowa, ile zwieranie szeregów przed wspólnym zagrożeniem. A ono jest takie, że za rok czy dwa zmieni się klimat polityczny i zacznie się prześwietlanie zachowań policjantów. A niektórzy za tej władzy trochę sobie poluzowali gorset. W służbie jest prawie 100 tys. funkcjonariuszy, kilka procent z nich to "narwańcy". Kiedyś "narwańcy" musieli co rano sznurować gorset, teraz widzą, że nie muszą - mówi.

Jego zdaniem, lojalni "narwańcy" awansują teraz częściej, bo są "potrzebni tej władzy do zdecydowanych działań". - Podczas protestów kobiet słyszałem od kolegów z Warszawy, że mieli opory, gdy kazano im zabezpieczać manifestacje. Bali się, że przełożony każe im "jechać z demonstrantami", a oni tego nie chcieli, bo ich córki i żony były na tych protestach. Pewnie nie odmówiliby wykonania rozkazu, ale byli "elementem niepewnym". Nad takimi dobrze mieć jakiegoś "narwańca", bo on ich odpowiednio ustawi i zabezpieczy sytuację w szeregach na wypadek, gdyby władza miała potrzebę bardziej zdecydowanych działań - wyjaśnia.

Jak dodaje, część jego kolegów uznaje obecną władzę za "parasolową". - Że niby trzyma nad policją parasol ochronny, nie pozwala się nas czepiać, gdy przegniemy. Ale oni nie widzą, że ta władza przeczołguje nas gorzej niż demonstrantów. Co jeśli ludzie zupełnie nam przestaną ufać? Zostanie nam tylko ich zastraszanie jak w państwie totalitarnym - podkreśla.

"Policjant nie jest od tego, by pytać nielegala o jego sytuację życiową"

Pytam policjantów o pracę ich kolegów na pograniczu polsko-białoruskim, m.in. w Usnarzu, gdzie od prawie dwóch miesięcy koczuje grupa 32 migrantów. Tkwi w kleszczach białoruskich i polskich służb granicznych, nie mogąc się ruszyć. Jeszcze zanim wprowadzono tam stan wyjątkowy - polscy policjanci nie dopuszczali do nich pomocy medycznej ani aktywistów z jedzeniem.

W rozmowach z Fundacją Ocalenie błagali o pomoc. - Bardzo was prosimy, żebyście pomogli nam wydostać się z tego miejsca - usłyszeli niedawno aktywiści od jednego z migrantów. Te prośby dostają się przez media do polskich władz, ale nie zostają wysłuchane. Skutek? Zmarło już sześcioro migrantów na granicy polsko-białoruskiej. Z wycieńczenia i wyziębienia. Ostatnio znaleziono tam martwego 16-letniego Irakijczyka. Według Fundacji Ocalenie, chłopcu i jego rodzinie najpierw udało się przedostać na polską stronę, ale - mimo że wymiotował krwią i był w stanie ciężkim - został z bliskimi wypchnięty na stronę białoruską, gdzie zmarł.

- Tu akurat sprawa jest prosta - ocenia jeden z użytkowników policyjnego forum. - Policja została tam skierowana do pomocy Straży Granicznej i ich zadaniem jest bezwzględna ochrona granicy Rzeczpospolitej. Tak, bezwzględna. Gdybym został tam skierowany, działałbym tak samo. Chroniłbym naszego wspólnego domu - zapewnia.

- Tylko ci migranci teraz umierają z wycieńczenia i przeziębienia. Gdyby ktoś taki znalazł się na progu pańskiego domu, to najpierw by mu pan pomógł czy wcześniej wolał zapytać, skąd pochodzi? - dopytuję.

- Bałamutny argument. Ci ludzie dobrze wiedzieli, na co się piszą, gdy zdecydowali się nielegalnie przekraczać granicę. Podjęli ryzyko, które im się nie opłaciło. Mogli zgłosić się na przejście graniczne i poprosić o azyl.

- Są wyrzucani przez służby Łukaszenki czasem kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego przejścia granicznego - zauważam. - Jak mają do niego dotrzeć?

- Policjant czy pogranicznik nie jest od tego, żeby pytać "nielegala" o jego sytuację życiową, tylko od tego, żeby bronić świętości, jaką są granice - ucina.

"Bo rozkaz to rozkaz"

Jarosława, policjanta z Krakowa, nie dziwią takie odpowiedzi, bo - jak mówi - postawy antyuchodźcze w policji są częste, podobnie jak w całym polskim społeczeństwie. - Często od kolegów w mundurach słyszę o tej bezwzględnej ochronie granic przed "ciapatym najeźdźcą" i już nawet z tym nie dyskutuję, odpuściłem. Ale mi wstyd. Widziałem te obrazki z Usnarza. Po jednej stronie nasi - uzbrojeni, najedzeni, mający czas na odpoczynek, a po drugiej oni - sponiewierani, głodni, zmęczeni uchodźcy. Nadęte państwo robi naszymi rękami pokazówkę siły, stojąc nad grupką nieszczęśników - stwierdza.

Jego zdaniem, pierwsze przykazanie każdej formacji mundurowej brzmi: "Rozkaz to rozkaz". Wpaja się je rekrutom już na pierwszych szkoleniach, bo jest spoiwem służb państwa opartych na hierarchicznym systemie. - Niektórym z nas daje to nawet poczucie bezpieczeństwa, bo mogą schować swoją odpowiedzialność za rozkazem. To jak rozgrzeszenie, trzy stuknięcia w konfesjonale, po których czują się czyści. Ale inni dalej czują się ubabrani, mają wątpliwości i wyrzuty sumienia. Ktoś powie, że nie nadają się do mundurówki. Ja bym powiedział, że gdyby nie oni, mundurowi mogliby się stać siepaczami władzy - zauważa.

Jak dodaje, tych wątpliwości w szeregach policji nie brakuje. - Mówimy o nich półgębkiem, szeptem i raczej przy swoich. Jeden kumpel ma córkę-licealistkę, która wrzuca na Facebooka apele o pomoc uchodźcom z polsko-białoruskiej granicy. I ten kumpel mi mówił: "Gdyby mnie tam wysłali i kazali robić brudną robotę z uchodźcami, to nie miałbym do kogo wracać, bo córka by się mnie wstydziła, żona też". Mundurowi w czasach pokoju nie powinni być zmuszani do brudnej roboty. Władza to wie, dlatego ogłosiła wojnę. Wojnę hybrydową. I to jest cała perfidia rządzących - ocenia.

Co by zrobił, gdyby dostał teraz rozkaz wspierania Straży Granicznej na pograniczu polsko-białoruskim? - Przeszedłbym na emeryturę, bo już mogę. Nie mógłbym wykonać takiego rozkazu, który polega de facto na skazywaniu ludzi na śmierć. Mam dwóch synów, których wychowałem tak, żeby odróżniali skur****o od patriotyzmu. I co, teraz miałbym im wciskać, że granica pomiędzy jednym i drugim jest rozmyta? Myślę, że śmierć tych uchodźców będzie się długo ciągnęła za pogranicznikami, wojskowymi i nami - puentuje.

DOSTĘP PREMIUM