Czy zdarzają się szykany za pomaganie uchodźcom? "Gdyby ktoś został aresztowany, to my się nawet o tym nie dowiemy"

- Jesteśmy legitymowani, sprawdzane są samochody na wjeździe i wyjeździe. Trzeba pokazać bagażnik, cały czas mieć dowód osobisty. A biznes? Po prostu leży - tak życie w miejscowości objętej stanem wyjątkowym opisała w TOK FM Marta Kurzyniec. Obecną sytuację porównuje do czasów stanu wojennego, które pamięta.
Zobacz wideo

Marta Kurzyniec mieszka w Krynkach, skąd do granicy z Białorusią są około trzy kilometry. Od 2 września miasteczko leży w strefie stanu wyjątkowego.

Rozmówczyni Piotra Maślaka w poruszający sposób opisywała życie w miejscu - jak sama stwierdziła - zupełnie odciętym od wszystkiego. - Idzie się do sklepu, widzi 30 facetów z bronią. Jak to znosić? Jesteśmy legitymowani, sprawdzane są samochody na wjeździe i wyjeździe. Jeśli z Krynek do Sokółki jedzie się przez Usnarz, to patroli stałych są cztery. Plus czasem patrol lotny. I to nie jest tak, że kogoś przepuszczą, a kogoś nie. Zatrzymują wszystkich. Trzeba pokazać bagażnik, cały czas mieć dowód osobisty - relacjonowała.

Kobieta przyznała, że źle znosi obecną sytuację. - Tak się złożyło, że ja przeżyłam stan wojenny w Trójmieście i powiem szczerze, że atmosfera jest podobna - oceniła.

Mieszkańcy przygranicznych miejscowości cały czas rozmawiają o tym, co się dzieje. Ktoś usłyszał, że kogoś gdzieś zatrzymali. Ktoś inny widział, że trzymają grupę uchodźców, ale nie ma żadnych potwierdzonych informacji.  Ale nie ma sposobu, by jakoś weryfikować pojawiające się informacje.

- Kilka dni temu była historia w lokalnym dzienniku, że na posterunku w Wojnachach - parę kilometrów od Usnarza - policjant został staranowany przez busa. Oddano strzały. Ten bus wylądował w polu. W busie było 14 uchodźców. Była to jedynie krótka zajawka, która się praktycznie w ogóle nie pojawiła w prasie ogólnopolskiej. I my nie wiemy, kto to był [ten kierowca busa - red.]. Czy to jakiś przemytnik, czy zwykły człowiek, który zobaczył u siebie w polu kukurydzy grupę uchodźców i stwierdził, że ich wywiezie? Nie wiem, jakie miał motywację, gdzie go trzymają, jakie postawią mu zarzuty... Nie wiem, czy nie został ranny - mówiła pani Marta.

- I co? I nic? Tak to przechodzi. Więc wszyscy wiemy, że nie jesteśmy chronieni w żaden sposób przed szykanami. Przed konsekwencjami czegokolwiek, co robimy. To jest akurat powszechna świadomość - dodała ze smutkiem.

"Test, na ile władza może sobie pozwolić"

Jak przyznała mieszkanka Krynek, stan wyjątkowy traktuje w pewnym sensie jako test na to, na ile władza może sobie pozwolić. - Przecież my tu teraz żyjemy jak w zupełnie innym kraju. Zostaliśmy odcięci. To jest przepaść między nami a resztą Polski, która się pogłębia. Tam życie płynie, a my tu rozmawiamy o tym, gdzie kogo złapali i gdzie dziś trzepią - opowiada.

Na pytanie, jak w takich warunkach prowadzi się biznes, pani Marta zareagowała śmiechem. Sama ma antykwariat, jak stwierdziła to niszowe przedsięwzięcie, które teraz nie przynosi żadnych dochodów. - Ale są osoby, które zainwestowały ogromne pieniądze na przykład w restauracje. I teraz co? Próbują rozwozić pizzę strażnikom granicznym, czekają z utęsknieniem na obiecane pieniądze i zastanawiają się, kiedy one będą i w jakiej wysokości - mówiła Marta Kurzyniec. I dodała, że nikogo nie interesuje to, z czego tutejsi mieszkańcy będą żyć.

Sytuacja jest trudna bez względu na rodzaj prowadzonej działalności, np. sklepy budowlane mają problemy z towarami, bo samochody spoza miejscowości objętych stanem wyjątkowym nie mogą dotrzeć z dostawami. Agroturystyka, jak podkreśla, też leży. W zasadzie, jak oceniła, tylko rolnictwo prawdopodobnie nie odczuwa większych zmian. 

Co z uchodźcami i pomocą?

W Krynkach migranci pojawiali się od tygodni. Obowiązujący od ponad miesiąca stan wyjątkowy nie sprawił, że sytuacja się zmieniła. Jak opowiadała rozmówczyni Piotra Maślaka, z migrantami, uchodźcami ludzie stykają się w mieście, czasem gdzieś w okolicznych wioskach. Lokalna społeczność reaguje na nich różnie, choć nie są obojętni. To kwestia, która silnie podzieliła lokalne społeczności: jedni pomagają, inni wprost przeciwnie. 

- Są osoby jakoś współpracujące z grupą Granica, starają się lokalizować tych ludzi. Jeżdżą, rozdają pomoc. Są osoby, które nie są zrzeszone w żaden sposób [które też pomagają - red.] - poinformowała. Głośno niekoniecznie się o takich działaniach się mówi, w obawie przed konsekwencjami. - To są indywidualne wybory każdego człowieka. To się wiąże z dużym ryzykiem - podkreśliła.

Czy zdarzają się szykany za pomaganie uchodźcom? - Mogą się zdarzać. Nie mam narzędzi, by to sprawdzać, ale wszyscy się tego boimy. Strach jest powszechny. Gdyby ktoś został aresztowany w sąsiednim powiecie czy gminie, to my się nawet o tym nie dowiemy - wyjaśniła.

Stan wyjątkowy obowiązuje od 2 września. Początkowo został wprowadzony na 30 dni, ale w ubiegłym tygodniu został przedłużony na kolejne 60 dni, czyli do 1 grudnia. Obostrzenia dotyczą 183 gmin z województw podlaskiego i lubelskiego. Na tym terenie obowiązują liczne ograniczenia. Nie może tam wjechać praktycznie nikt, poza mieszkańcami czy urzędnikami państwowymi i funkcjonariuszami publicznymi wykonującymi swoją pracę.

Wstępu na ten teren nie mają też dziennikarze, którzy nie mogą relacjonować tego, co dzieje się na granicy ani weryfikować podawanych przez władzę informacji. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM