Medycy już pracują przy granicy. Chętnych do pomagania migrantom więcej niż miejsc w grafiku dyżurów

"Pierwszy raz zobaczyliśmy na własne oczy to, o czym do tej pory wiedzieliśmy tylko z mediów" - napisali lekarze po pierwszej nocnej interwencji. W lesie na Podlasiu pomagali grupie migrantów z małymi dziećmi. Medycy znajdują się poza strefą stanu wyjątkowego. MSWiA cały czas odmawia im zgody na wjazd na tereny objęte stanem wyjątkowym.
Zobacz wideo

Pierwsza interwencja miała miejsce w miniony czwartek. O 1 w nocy. Lekarze dostali sygnał od aktywistów, że jest grupa migrantów, którzy potrzebują pomocy. Ruszyli na miejsce - w lesie poza strefą stanu wyjątkowego przy niewielkim ognisku siedziało kilkanaście osób.

Zbadali cztery osoby, w tym troje dzieci w wieku 2, 4 i 14 lat. Najmłodsze na szczęście nie potrzebowało pomocy medycznej. Leki trzeba było natomiast podać 14-latkowi, który źle się czuł. Medycznego wsparcia wymagał też ponad dwudziestoletni mężczyzna, cierpiący z powodu zaostrzenia przewlekłej choroby, na którą zapadł jeszcze w swoim kraju. Dostaje doraźne wsparcie, dzięki któremu poczuł się lepiej.

- Żaden z pacjentów nie wymagał pilnej hospitalizacji. Pozostawiliśmy na miejscu żywność i napoje. Dalszą opiekę nad grupą przejęła organizacja pomocowa - relacjonują przedstawiciele grupy medyków, którzy pomagają na terenie przygranicznym.

Ogromne finansowe wsparcie dla medyków

Grupa złożona z lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych pracuje w trzyosobowych zespołach. Jeżdżą po Podlasiu karetką, którą wypożyczyli. Mają tam być przez najbliższe 40 dni. Pieniądze na ich działalność pochodzą z internetowej zbiórki. Zbiórki, w czasie której w ciągu jednej doby zebrano całą potrzebną kwotę, czyli 130 tys. zł. Pieniądze wciąż można wpłacać, obecnie na koncie jest ponad 240 tys. zł.

Medycy chcieli nieść pomoc w strefie stanu wyjątkowego, czyli tam, gdzie potrzeby prawdopodobnie są największe. Ale o czym kilkukrotnie już informowaliśmy w TOK FM MSWiA nie dało na to zgody. - Cały czas jesteśmy gotowi do rozmów z ministerstwem. My chcemy tylko pomagać, by ludzie na granicy nie cierpieli i nie umierali - mówi dr Jakub Sieczko.

W mediację zaangażował się m.in. prymas Polski. Ale i to nie przekonało ministerstwa, którym kieruje Mariusz Kamiński.  - Władze naszego kraju deklarują przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Ciężko patrzeć na to, co dzieje się na granicy, mając w głowie cytaty z Biblii na temat tego, jak należy się zachować wobec osoby głodnej i cierpiącej. Pomijam aspekt religijny, ale jakieś zasady moralne przecież mamy. Dlatego zwróciliśmy się do prymasa, by mediował. Prymas jest przychylny naszej inicjatywie. Bardzo liczymy na dobry efekt tych rozmów - mówi nasz rozmówca.

Ogromne zainteresowanie udziałem w projekcie

- Na co dzień słyszymy, że lekarzy, pielęgniarek w ochronie zdrowia brakuje. Ale gdy my ogłosiliśmy akcję #MedycyNaGranicy, absolutnie nie mieliśmy problemu z obsadzeniem dyżurów. Dostałem tyle zgłoszeń, że przynajmniej kilkudziesięciu - a może nawet ponad stu osobom - musiałem odpisać, że bardzo dziękujemy za chęć wsparcia, ale grafiki są już wypełnione - podkreśla dr Sieczko, który jest koordynatorem akcji.

Do pracy zgłosiły się głównie osoby z dużym doświadczeniem zawodowym, które pracują w służbie zdrowia co najmniej kilkanaście lat. - To, jak środowisko medyczne odpowiada na obecny kryzys, bardzo dobrze świadczy o tej grupie. Możemy narzekać na polską medycynę i na warunki, w jakich pracujemy, ale widać, że duch w narodzie nie zginął. To dla mnie niezwykle budujące - ocenia nasz rozmówca.

Najważniejsze jest pomaganie

Medycy chcą pomagać, bo nie dopuszczają do siebie myśli, że można patrzeć bezczynnie na to, co dzieje się na granicy. - Dla mnie to jest niewyobrażalne, że w Europie, w kraju, który nie należy przecież do najbiedniejszych, w nocy po lasach błąkają się m.in. małe dzieci. Pomijam aspekt polityczny, bo na ten temat nie chcę się wypowiadać. Mnie interesuje tylko aspekt humanitarny - podkreśla Sieczko. I dodaje: "To woła o pomstę do nieba, że w październiku dwuletnie dzieci muszą siedzieć w lasach". - Dokąd doszliśmy, że jesteśmy w takiej sytuacji? - zastanawia się lekarz.

Jakub Sieczko przyznaje, że medycy, którzy zgłosili się do programu, mieli szereg wątpliwości. - Przeprowadziliśmy specjalną anonimową ankietę i stąd wiemy o obawach i lękach naszego zespołu. I nie są to obawy medyczne - opowiada. Chodzi m.in. o pytania dotyczące tego, jak poradzić sobie w obliczu scen, jakie można zobaczyć na terenach przy granicy z Białorusią. Pojawiły się też wątpliwości natury prawnej, dotyczące np. tego, w jaki sposób reagować na zatrzymanie przez Straż Graniczną, jakie pogranicznicy mają uprawnienia. Były też pytania o własne bezpieczeństwo. - Ratownik, by mógł skutecznie pomagać, sam musi być bezpieczny. To podstawowa zasada - zwraca uwagę dr Sieczko.

Grupa to nie tylko lekarze, pielęgniarki, ratownicy. To też cały zespół, który ich wspiera, czyli m.in. psycholodzy i prawnicy.

DOSTĘP PREMIUM