"Sukces, ale jednak ograniczony". Politolog o manifestacjach w obronie obecności Polski w Unii

Demonstracje objęły wiele miast, w których wcześniej zwykle się nie odbywały - zwrócił uwagę prof. Leszek Koczanowicz, komentując niedzielne demonstracje. Ale według politologa można mówić o ograniczonym sukcesie akcji w obronie obecności Polski w UE. Dlaczego?
Zobacz wideo

W niedzielę zobaczyliśmy, jak wiele osób jest gotowych pokazać poparcie dla pozostania Polski w UE. W największej wczorajszej manifestacji, która odbyła się w Warszawie, mogło uczestniczyć nawet 100 tysięcy osób. Ale również w wielu innych miastach Polski ludzie wyszli na ulice. Protestowano m.in. w Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie, Zakopanym, Kaliszu.

Prof. Leszek Koczanowicz, politolog z uniwersytetu SWPS, pytany o to, czy zgromadzenia należy oceniać jako sukces i czy w jego opinii udało się zaangażować dużo ludzi, odparł, że i tak, i nie. - Dużo w tym sensie, że demonstracje objęły wiele miast, w których wcześniej zwykle się nie odbywały, które są bardziej prowincjonalne. Trwały właściwie w całej Polsce. Natomiast mało w tym sensie, że można przypuszczać, że brali w nich udział ludzie biorący udział również w poprzednich demonstracjach. Ci, którzy i tak są przekonani co do tego, że PiS nie powinien rządzić Polską - odpowiedział gość Piotra Maślaka.

- Fakt, że oni się znowu zaktywizowali, jest oczywiście sukcesem opozycji. Natomiast nie wydaje mi się, żeby ta demonstracja przyciągnęła ludzi, którzy nie są tzw. twardym jądrem PiS, ale jednak PiS popierają. Także można powiedzieć, że to był sukces, ale jednak sukces ograniczony - uważa politolog.

Inicjatorem niedzielnych manifestacji był szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. To on wezwał ludzi do tego, by się zmobilizowali po czwartkowym orzeczeniu Trybunału Julii Przyłębskiej. TK ocenił, że wybrane przepisy Traktatu UE są niezgodne z naszą konstytucją.

Prof. Koczanowicz zwrócił też uwagę, że niedzielne demonstracje miały "wyraźną polityczną agendę", co już dawno nie miało miejsca. To Tusk je zainicjował, przemawiał, wyznaczył pięć ważnych zasad, które - jak mówił - "są miażdżone przez tę władzę, pozbawioną sumienia i moralności". - Chcemy Polski niepodległej. Chcemy Polski europejskiej. Chcemy Polski demokratycznej. Chcemy Polski praworządnej. I chcemy Polski uczciwej - wyliczał szef PO. 

Zgromadzenie w Warszawie (na placu Zamkowym) próbowali zagłuszać narodowcy, którzy nieopodal zorganizowali kontrmanifestację. Ich krzyki były cały czas słyszalne i utrudniały przemówienia obecnym na manifestacji Tuska. Większość zdawała się ignorować te głosy, choć jedna z przemawiających - powstanka Wanda Traczyk-Stawska - zwróciła się bezpośrednio do Rafała Bąkiewicza. - Milcz głupi chłopie! Chamie skończony! Bo ja jestem żołnierzem, który pamięta, jak krew się lała, jak moi koledzy ginęli, ja tu jestem, aby wołać w ich imieniu! - wykrzyczała w jego stronę.

"Albo Unia, albo nic"

Prowadzący audycję Piotr Maślak zwrócił uwagę na narrację, jaką często można teraz usłyszeć ze strony rządzących, że Polska w zasadzie nie potrzebuje Unii Europejskiej, bo świetnie poradzi sobie sama. Mówił tak ostatnio m.in. szef Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński

- Sprawa jest oczywista. Albo Unia, albo nic - powiedział krótko politolog. - Polska nie jest krajem typu Stany Zjednoczone czy nawet Wielka Brytania, które mogą mieć choćby iluzję, że mogą być samodzielne. Polska musi być w Unii albo w jakimś innym organizmie. Musi być stowarzyszona, połączona - nie tylko sojuszami ekonomicznymi czy wojskowymi, ale też kulturalnymi - dodawał. I podkreślał, że wyjście Polski z UE groziłoby "wieloma katastrofami".

DOSTĘP PREMIUM