Dramatyczne doniesienia z granicy. "Nie chcę mówić o eksterminacji, ale to słowo się nasuwa"

Aktywiści i mieszkańcy strefy stanu wyjątkowego nie mają wątpliwości: sytuacja przy granicy już jest zła, ale będzie jeszcze gorzej. Jak mówią, jest coraz zimniej, przyszły mrozy, więc coraz trudniej jest przetrwać pod gołym niebem. To właśnie mieszkańcy i aktywiści codziennie pomagają grupom migrantów, które spotykają w lasach na Podlasiu. Są wśrod nich osoby starsze, chore oraz dzieci.
Zobacz wideo

Relacje aktywistów i mieszkańców gmin objętych stanem wyjątkowym są dramatyczne. W strefie - i tuż poza nią - pojawia się coraz więcej grup migrantów, m.in. z Afganistanu, Iraku, Syrii, Konga czy Jemenu. Wśród nich jest wiele dzieci, kobiet, osób starszych. Zdarzają się też ludzie chorzy, niepełnosprawni. To konkretni ludzie, konkretne historie i konkretne dramaty.

Jak informują aktywiści z Grupy Granica, wielu z tych ludzi nadal jest wywożonych z powrotem na Białoruś, w ramach tzw. push-backów, które zgodnie z Konwencją Genewską są nielegalne. Art.33 Konwencji: "Żadne Umawiające się Państwo nie wydali lub nie zawróci w żaden sposób uchodźcy do granicy terytoriów, gdzie jego życiu lub wolności zagrażałoby niebezpieczeństwo ze względu na jego rasę, religię, obywatelstwo, przynależność do określonej grupy społecznej lub przekonania polityczne".

Mieszkańcy strefy stanu wyjątkowego alarmują, że to, co dzieje się w lasach i na polach nie da się opisać słowami: ludzie, których spotykają, słaniają się na nogach, a niektórzy w ogóle nie mogą wstać. Niektórzy opowiadają, że spotykane osoby przypominają wyglądem więźniów Auschwitz. - Wiem, że to mocne porównanie, ale taka jest rzeczywistość. Ci ludzie śnią nam się po nocach - mówi jedna z mieszkanek strefy objętej stanem wyjątkowym. - Nie chcę mówić o eksterminacji, ale tylko takie słowo mi się nasuwa - dodaje inny z mieszkańców. Mężczyzna podkreśla, że na razie nikt tego nie zobaczy, bo do strefy stanu wyjątkowego wjazdu nie mają ani dziennikarze, ani aktywiści.

- Coraz częściej osoby, do których trafiamy, są w stanie krytycznym. Część trafia do szpitala m.in. w Hajnówce. Personel robi, co może by im pomóc. Niestety, potem część tych osób jest z powrotem wywożona na białoruską stronę - alarmuje Katarzyna Czarnota z Grupy Granica.

"Dwa państwa przerzucają się ludźmi, a ja tylko z zupą po lesie biegam "

Fundacja "Ocalenie" informuje m.in. o grupie z dziećmi, wywiezionej do lasu - wśród nich 6-letni Jwanko i 11-letnia Alaa. "Dzisiejszą noc spędzą w lesie" - piszą aktywiści. Rodzice dzieci chcieli złożyć wnioski o ochronę międzynarodową.

Z kolei na kanale Telegram pojawia się coraz więcej filmów od osób, które koczują w lesie i nocą próbują wejść do Polski. Opowiadają m.in. o tym, że są w potrzasku, bo Białorusini nie chcą ich przyjąć z powrotem, a Polacy nie puszczają dalej. Mówią, że jest im zimno, dzieci płaczą, są głodne.

- Ja się do polityki nie mieszam. Dwa państwa przerzucają się ludźmi, a ja tylko z zupą po lesie biegam - cytuje jednego z mieszkańców organizacja "Dom Otwarty".

Mieszkanka pogranicza opisuje jeden z telefonów z prośbą o pomoc, jaki otrzymała: "Mój 16-letni syn dzwoni do mnie i cały czas płacze. Jest sam w lesie bez jedzenia, od wielu dni śpi na zewnątrz". Chłopak był wtedy na granicy polsko-białoruskiej. Jedyne co mogłam zrobić, to podpowiedzieć o możliwości zawiadomienia białoruskiego UNHCR".

Inna z opowieści: "Towarzyszę aktywistce w interwencji do grupy imigrantów z Afryki. Samochód zostawiamy jakieś 800 metrów od celu. Na miejscu znajdujemy 8 osób (1 mężczyzna z Etiopii, 2 z Gwinei i 5 z Kongo) – 2 kobiety i 6 mężczyzn. Od 14 dni są w terenie. Wszystkie osoby pozostają na ziemi, wyczerpane".

I kolejny wpis: "Wczoraj w nocy zostawiłam w lesie dzieci... Szłam z ciepłym jedzeniem, wodą i śpiworami. Nie wiem, ile było stopni, ale nie czułam palców. Znalazłam rodzinę: matkę i ojca, czuwających nad czwórką dzieci. Dzieci leżały owinięte wilgotnymi kocami(...). Rodzice mówili, że są po trzech push-backach. Zostawiłam jeszcze jeden śpiwór. I poszłam. Nie przeżyją kolejnej wywózki".

Aktywiści i mieszkańcy starają się pomagać, na ile mogą; na miejscu są też pracownicy służby zdrowia z grupy #MedycyNaGranicy. - Możemy pojechać, zawieźć jedzenie, ciepłe ubrania, śpiwory, koce. Możemy przytulić i porozmawiać. Możemy opatrzyć ranę czy doraźnie podać leki. Ale nic więcej nie możemy zrobić. To jest ogromna niemoc i rozpacz. Beznadzieja się pogłębia, a w nocy coraz większy mróz. Ile osób umrze? - zastanawia się jeden z mieszkańców.

- Mamy sygnały od tych osób, które spotykamy, że ofiar śmiertelnych już jest więcej, ale nie możemy tego w żaden sposób na razie zweryfikować - mówi Piotr Skrzypczak z Grupy Granica. - Dostajemy sygnały, że są ciała w lesie. Uchodźcy, których spotykamy, mówią, że widzieli po kilka, kilkanaście zwłok w jednym miejscu. Tylko my nie mamy możliwości przeczesywać lasów w poszukiwaniu ciał, więc to są na razie tylko informacje z drugiej ręki. Dla nas to wstrząsające - podkreśla aktywista.

Wysłaliśmy do Straży Granicznej kilka pytań - czekamy na odpowiedź. Pytamy m.in. o to, czy - zgodnie z obowiązującym prawem - aktywista lub każdy z nas (poza strefą stanu wyjątkowego) ma prawo podać spotkanemu migrantowi np. w lesie coś do jedzenia, ciepłe ubranie, herbatę? Chcemy też wiedzieć, ilu migrantów - w weekend 9/10 października zostało przewiezionych przez Straż Graniczną (lub wezwaną karetkę) z lasów do szpitali i ile było oraz jest wśród nich dzieci. Pytamy też o to, co się z nimi stało o teraz dzieje oraz czy wszczęto wobec nich procedury związane z ochroną międzynarodową.

DOSTĘP PREMIUM