Zupa chlupocze w plecakach, gdy idą przez las. "Boimy się, że zaczniemy potykać się o martwe ciała"

- Mieliśmy ze sobą tylko małą wodę, a oni byli głodni i zziębnięci, więc mój mąż poszedł do samochodu po jedzenie i ubrania. Nie bał się zostawić mnie samej z nimi w lesie. Ani ja się tego nie bałam. Mimo że było to dziesięciu młodych mężczyzn, czyli idealny przykład tego, kim straszy nas nasz rząd, sugerując, że to gwałciciele - mówi Monika, mieszkanka Podlasia.
Zobacz wideo

Najpierw przedzierają się przez rozmoknięte pola, a potem wpadają w ciemność lasu. Nogi grzęzną w błocie, a oddechy rozrywają ciszę. W oddali błyskają światła policji – nie można więc włączyć latarek ani mówić głośno. To niebezpieczne.

W lesie idą po omacku, a gałęzie uderzają ich twarze. Po dłuższej chwili oczy przyzwyczajają się do mroku, a stopy rzadziej zahaczają o wystające z ziemi korzenie. Ale gdy noc jest jasna, częściej słychać odgłosy upadków albo zsuwania się ze zbocza. - Księżyc wcale nie ułatwia nam zadania. Gdy świeci, oczy nie mogą oswoić ciemności i jesteśmy oślepieni. Wcześniej tego nie wiedziałam, przecież nigdy dotąd nie musiałam przedzierać się nocą przez las – mówi Monika, mieszkanka Podlasia*.

W plecakach chlupocze zupa. Ugotowali ją z fasoli i kaszy, żeby była pożywna. Zależy im, by pozostawała jeszcze ciepła, gdy dotrą na miejsce. - Wyobraź sobie, jak wiele ona znaczy dla kogoś, kto od tygodni każdą noc spędza w lesie. Jest już cały przemoczony i zziębnięty. Gdy zdrętwiałymi rękami otwiera słoik z ciepłą zupą, na jego twarzy widzę wzruszenie – opisuje Karol Grygoruk, fotograf z Warszawy.

- Ważne, by nie była gorąca, bo wielu z tych ludzi w lesie ma już rozwalone układy trawienne. Jedzą surowe kolby kukurydzy, które zrywają z okolicznych pól, do tego piją brudną wodę. Niektórzy są już w takim stanie, że cokolwiek przełkną, od razu wymiotują – dodaje Monika.

Niosą tę zupę, by – jak mówią – zapobiec zbiorowej mogile. Ale ciągle się boją, że nie zdążą. Że którejś nocy zaczną potykać się o martwe ciała. - Zima jest przed nami i mam wrażenie, że niestety przyniesie bardzo wiele tragedii. Myślę, że prędzej czy później zaczniemy znajdować w lesie ciała – wzdycha Karol.

Cisza brzmi jak krzyk

W lesie nie słychać nawet ich oddechów. Biel oczu wyłania się z ciemności dopiero, gdy podejdzie się bardzo blisko. Cisza brzmi wtedy jak krzyk.

"Marhaba" (po polsku "Cześć, witajcie") – rzuca niepewnie Karol Grygoruk. Zastygają w niepewności. Dopiero chwilę później z ciszy po kolei wyłaniają się ich stłumione głosy, które odpowiadają na powitanie. Leżą skuleni, trzęsąc się z zimna. Tym razem jest ich siedmioro. Pochodzą z Syrii, skąd uciekli przed wojną. To 28-letni Ahmed z mamą Aishą (50 lat) i siostrami: Noor (13 lat) i Miriam (23 lata). Są z nimi też: 55-letni Ali, 45-letni Hassan i 46-letni Haamiz*.

Zwykle Karol i jego znajomi zabierają do lasu ubrania dla uchodźców. Buty, bo podczas wielodniowej tułaczki po lesie szybko się rozpadają. Spodnie i bluzy, bo te, które mają na sobie uchodźcy, zwykle są przemoczone. Kurtki, czapki i rękawiczki, bo nocami jest już bardzo zimno.

Tym razem jednak ubrania zostały w samochodzie zaparkowanym dwa kilometry dalej. Wracanie po nie jest zbyt niebezpieczne – można w ten sposób zwrócić na siebie uwagę polskich pograniczników i doprowadzić ich do uchodźców. Monika patrzy na trzęsącą się z zimna mamę Ahmeda i myśli, jak jej pomóc. W końcu zdejmuje z siebie leginsy i oddaje je Aishy. Są jeszcze rozgrzane przez ciało Moniki.

"Skąd jesteście?"- dopytują uchodźcy, ale gdy pada odpowiedź, nie rozumieją. Patrzą, jak przybysze wyciągają z plecaków zupę w słoikach, batony energetyczne, czekolady proteinowe, wodę i powerbanki. Oglądają je, kiwają głowami, ale nic nie biorą. - Dopiero po chwili uświadomiliśmy sobie, że wzięli nas za inną grupę uchodźców. Myśleli, że tylko pokazujemy im swoje rzeczy. Sądzili, że nam też jest trudno, więc nie śmieliby nam uszczuplić zapasów – tłumaczy Monika.

W końcu do uchodźców dociera, że grupa, która dołączyła do nich nocą w lesie, jest z Polski. W ich oczach pojawia się strach. Zaczynają płakać i błagać szeptem: "Police no, please, police no". Są przerażeni. - Bo dotąd każdy Polak, jakiego spotkali, od razu wzywał funkcjonariuszy Straży Granicznej, a ci ładowali ich do samochodów i wywozili z powrotem na granicę. Potem uchodźcy znów próbowali wejść do naszego kraju, ale wystarczyło jedno spotkanie z Polakiem i byli wyrzucani. I tak w kółko. A oni są coraz bardziej wychłodzeni i wycieńczeni. Więc dla nich to jedyne skojarzenie z polskim narodem: wywózka na granicę. Skazujemy ich na śmierć – podkreśla Monika.

Po chwili Polakom udaje się uspokoić uchodźców. Gdy wyjaśniają, że z ich strony nic nikomu nie grozi, słyszą: "A czy to nie jest dla was niebezpieczne, gdy nam pomagacie?". - Ile trzeba mieć w sobie empatii, siły i człowieczeństwa, żeby w sytuacji, w której samemu jest się w niebezpieczeństwie, martwić się o innych i dzielić się z nimi jedzeniem – mówi mieszkanka Podlasia.

Moszczą się w ciepłym dotyku

Monika wyciąga z plecaka rogal i podaje Miriam, starszej siostrze Ahmeda. Dziewczyna bierze go z nieśmiałością, dzieli pomiędzy swoją rodzinę i Polaków. - Miałam łzy w oczach. Mimo że była bardzo głodna, pierwsze, o czym pomyślała, to żeby się z nami podzielić jedzeniem. Nie mogliśmy odmówić, więc skubaliśmy rogala po małym kawałku. Nocą w lesie jedliśmy razem i uśmiechaliśmy się do siebie w tej rozpaczliwej sytuacji – opisuje.

Uchodźcy całują jej ręce, przytulają i dziękują za pomoc. Polka głaszcze ich po głowach i plecach. W tym ciepłym dotyku moszczą się przez chwilę.

Miriam opowiada, że w Niemczech ma narzeczonego, do którego chce dotrzeć. Polacy dają jej telefon i zachęcają, by do niego zadzwoniła. - Połączyła się z nim, ale tak płakała, że nie była w stanie z nim rozmawiać. Telefon przejęła jej mama i dość długo z nim mówiła. Nie rozumiałam ani słowa, ale serce biło mi mocno. Potem Aisha coś do mnie powiedziała, po tonie głosu domyśliłam się, że mi dziękowała – wspomina Monika.

Nagle z krzaków dobiega szelest. Wszyscy zamierają w bezruchu. Gdy okazuje się, że to tylko wiatr, ukryci w lesie ludzie uspokajają oddechy. Tylko Ahmed dalej trzęsie się z zimna i strachu. Karol go przytula. "Obejmowałem chłopaka, którego twarzy nie mogłem dostrzec w pełnej ciemności" - napisze później w mediach społecznościowych.

W końcu nadchodzi ten najgorszy dla Karola moment, gdy trzeba zostawić uchodźców w lesie. Dłuższe pozostawanie z nimi mogłoby być niebezpieczne. Bo światła smartfonów i rozmowy, nawet jeśli prowadzone szeptem, mogą przyciągnąć uwagę Straży Granicznej, która na nich poluje. - Możemy to dokumentować, nakarmić tych ludzi, napoić i dać ubrania, ale później musimy odejść. To strasznie boli: zostawić w lesie ludzi, których poznaliśmy w kryzysowej sytuacji, przytulaliśmy i zapewnialiśmy, że będzie lepiej. Ale pytanie, czy jeśli możemy zrobić bardzo mało, to nie powinniśmy robić nic? - zastanawia się Karol Grygoruk.

Bicie, kopanie, szczucie psami

- Ludzie, których spotykamy w lesie, są zrozpaczeni. Opowiadają o tym, że doświadczają przemocy ze strony Straży Granicznej. O szczuciu psami, kopaniu, biciu i zastraszaniu. Są przerażeni, bo przecież wielu z nich uciekło ze swoich krajów przed przemocą. Chcieli w Europie znaleźć bezpieczeństwo albo po prostu lepsze życie, a trafili do piekła – ocenia Monika.

Jak dodaje, niektórzy z nich są w drodze od dawna, ale trudno określić, ile to już trwa. - Bo nawet jeśli mówią, że tułają się np. od dwóch tygodni, to nie wiadomo, czy w pewnym momencie nie urwały im się kalkulacje. Przecież każdy dzień spędzają w strachu. Są w dramatycznym stanie psychicznym - tłumaczy.

Opowiada o mężczyźnie, który postanowił wyjechać z Etiopii, gdy na jego oczach zabito mu brata i ojca. - Płakał cały czas. Mówił, że uciekł przed wojną, bo chciał żyć, ale już nie chce. Że jeśli jeszcze raz go wyrzucą do Białorusi, to on po prostu się zabije – wspomina łamiącym się głosem.

Niektórzy są już tak zrezygnowani, że jak Monika podchodzi do nich z jedzeniem i wodą, to - mimo iż są głodni i spragnieni – leżą tyłem i nie odwracają się od niej.

Śpią na mokrej ziemi, czasem cały dzień idą w deszczu. Są zziębnięci i wycieńczeni. Mają poranione i odparzone nogi, skarżą się na silne bóle nerek. - To są ludzie z krajów, w których nie ma takich temperatur, jak teraz na Podlasiu. Decydując się na wyjazd ze swoich krajów, nie mieli pojęcia, że znajdą się w tutejszych lasach – podkreśla.

Według niej, uchodźcy łączą się w większe grupy, nawet ponad 20-osobowe, ale czasem nie mogą porozumiewać się między sobą, bo mówią w innych językach. Monika i jej znajomi rozmawiają z nimi przez Google Translate albo dzwonią do zaprzyjaźnionych tłumaczy. - Każda chwila rozmowy jest ważna, bo są w absolutnie obcym dla siebie miejscu i nawet nie wiedzą, gdzie się znajdują. Niektórzy nie mają pojęcia, co dzieje się wokół nich. Nie słyszeli o stanie wyjątkowym. Nie są świadomi, że przebywają tutaj nielegalnie, bo im powiedziano, że z wizą białoruską mogą tu być. Nie wiedzą też, jak wygląda procedura starania się o azyl. Próbujemy im to wszystko wyjaśnić – mówi.

Wśród tych – jak nazywa ich władza i prorządowe media - "nielegalnych" ludzi są kobiety w ciąży i kilkumiesięczne dzieci, które nocami śpią w lesie.

Polowanie na uchodźców

Karol Grygoruk podkreśla, że uchodźcom pomagają nie tylko aktywiści z Warszawy, ale mieszkańcy Podlasia. - Słyszałem historie, że ludzie wynosili gar ciepłej zupy do lasu i zostawiali ją dla uchodźców. To piękne, ale też przerażające, bo trochę przypomina czasy wojny - stwierdza.

Z kolei Monika, mieszkanka Podlasia, zwraca uwagę, że miejscowi, którzy pomagają przybyszom, są w mniejszości. - Uchodźcy są w pułapce, bo znajdują się w niedużym lesie otoczonym ze wszystkich stron gospodarstwami. A większość tutejszych Polaków na widok uchodźcy od razu dzwoni do Straży Granicznej, bo się go boi. Władza i jej media przedstawiają uchodźców jako hordy terrorystów, gwałcicieli, morderców, co przekłada się na strach – ocenia.

Jak dodaje, miejscowi donoszą na przybyszów również dlatego, że traktują pograniczników jak "strażników lokalnej społeczności". - Oni cieszą się tutaj ogromnym zaufaniem. Są dla mieszkańców serdeczni i pomocni, potrafią np. kupić kobiecie pieczywo, bo ma daleko do sklepu. Są też w tej społeczności ojcami, synami, zięciami. Więc jak ludzie dzwonią do pograniczników, to myślą, że robią coś dobrego i pomagają lokalnej społeczności - tłumaczy.

Jej zdaniem, są też Polacy, którzy traktują to jak polowanie na uchodźców. - Pamiętam młodego Irakijczyka, który zgubił się w lesie i odłączył się od grupy. W porównaniu z pozostałymi jej członkami miał dość jasną karnację, właściwie można byłoby go wziąć za chłopaka z Podlasia. Wyszedł z lasu na drogę, ale pech chciał, że akurat wtedy jechało nią dwóch myśliwych. Krzyknęli: "O, czarnuch!" i zadzwonili po Straż Graniczną - opowiada.

Zanim ta przyjechała, Monika z mężem i znajomymi starali się pomóc uchodźcy, bo był przemoczony od stóp do głów i zziębnięty. - Był w tragicznym stanie. Trząsł się tak potwornie, że nie mogliśmy go rozgrzać kocami termicznymi. Daliśmy mu buty, bo stare miał już zupełnie rozwalone. Ktoś zrobił mu w tych naszych traperach zdjęcie, a ono później trafiło do Internetu i ludzie komentowali, że uchodźca ma drogie buty, więc nie ma co się nad nim litować. To szczyt podłości – irytuje się Monika.

Ten uchodźca trafił do szpitala, ale w wielu podobnych sytuacjach pogranicznicy nie godzą się na wzywanie pomocy medycznej. - Kiedyś przekazaliśmy funkcjonariuszowi, że jednego z uchodźców bolą nerki. Strażnik prychnął: "Skąd pani to wie, ma pani wykształcenie medyczne?". Odpowiedziałam, że ten uchodźca mi to powiedział. "Ach, powiedział pani" – zadrwił. Myślę, że strażnicy już odczłowieczyli tych uchodźców i nie mają dla nich współczucia – ocenia mieszkanka Podlasia.

Pomoc uchodźcom to praca na lata

Mężczyzna z Iraku, który trafił do szpitala z objawami hipotermii, odłączył się od grupy dziesięciu uchodźców, których Monika spotkała w lesie. - Mieliśmy ze sobą tylko małą wodę, a oni byli głodni i zziębnięci, więc mój mąż poszedł do samochodu po jedzenie i ubrania. Nie bał się zostawić mnie samej z nimi w lesie. Ani ja się tego nie bałam. Mimo że było to dziesięciu młodych mężczyzn, czyli idealny przykład tego, kim straszy nas nasz rząd, sugerując, że to gwałciciele. Byli przerażani, błagali mnie, żebym ich zabrała dokądkolwiek, gdzie będą bezpieczni. Spędziliśmy z nimi sporo czasu, opatrując ich, ogrzewając, pomagając się przebrać i karmiąc - wspomina.

Robi to od wielu tygodni, razem z mężem oraz aktywistami z Warszawy. - Właściwie co drugi dzień jesteśmy w lesie, szukamy ludzi i pomagamy. Czasem trwa to dwie godziny, a niekiedy dziewięć. Całe życie mamy wywrócone do góry nogami, ale nie możemy wziąć urlopu od pomagania ludziom, którzy są w tak rozpaczliwej sytuacji - podkreśla.

- Jesteśmy już bardzo zmęczeni. A nie zapowiada się, by sytuacja miała się zmienić na granicy. Spodziewamy, że to może być praca na lata. Ale nie da się przestać pomagać. Kiedy widzę ludzi podobnych do siebie, często w tym samym wieku i nawet z tym samym wykształceniem, to uświadamiam sobie, że mam szczęście, bo urodziłem się w Europie. Czuję, że jestem winny im pomoc – dodaje Karol Grygoruk. 

Monika przyznaje, że momentami zastanawia się, na ile jej pomoc ma sens. Może przecież tylko ubrać, nakarmić i wysłuchać. Nie może dać im tego, czego potrzebują najbardziej, czyli bezpiecznego schronienia. - Czasem myślę, jak bardzo nasza pomoc ich nie ratuje i wtedy dopada mnie zwątpienie. Ale później uświadamiam sobie, że w tym oceanie nienawiści i zobojętnienia, w jakim się znajdują, każda pomoc może dawać im nadzieję. A ludzie, którzy tracą nadzieję, umierają znacznie szybciej – podsumowuje.

* Imiona Moniki i uchodźców zostały zmienione.

DOSTĘP PREMIUM