Trudna sytuacja migrantów wywiezionych z Michałowa. Najbardziej cierpi jedna z dziewczynek

Dziennikarze nawiązali kontakt z grupą migrantów, która koczuje na polsko-białoruskiej granicy. Jak wynika z relacji, są w niej dzieci, których zdjęcia sprzed placówki Straży Granicznej w Michałowie obiegły całą Polskę. Z relacji reportera TVN24 wynika, że jedna z dziewczynek ma ranną nogę.
Zobacz wideo

Wczoraj do internetu trafiło nagranie, na którym najprawdopodobniej widać grupę migrantów, wśród której są dzieci z Michałowa. Nagranie ma pochodzić od grupy jazydów, Kurdów i Irakijczyków koczujących na białorusko-polskiej granicy. W ubiegły piątek rzeczniczka SG ppor. Anna Michalska, pytana w piątek w TVN24 o to, co stało się z rodzinami migrantów z Michałowa, odpowiedziała, że wszyscy dostali jedzenie i napoje oraz zostali zawróceni do linii granicy zgodnie z rozporządzeniem ministra MSWiA.

Dzisiaj z grupą migrantów, która ma znajdować się po białoruskiej stronie granicy, kontakt nawiązali dziennikarze. Jak donosił Paweł Szot z TVN24, w grupie znajdują się "co najmniej trzy dziewczynki, które były widziane 27 września w Michałowie". Ich telefon odzyskał zasięg i z grupą można było skontaktować się dzisiaj i wczoraj po południu. - Zadałem im pytanie, jak to się stało. Wytłumaczyli, że wczoraj zjawili się u nich białoruscy strażnicy graniczni, którzy przynieśli powerbank, urządzenie, dzięki któremu można było telefon naładować - relacjonował reporter TVN24. 

Szot dodał, że białoruscy pogranicznicy postawili również warunki. - Główny warunek był taki, że mają po raz kolejny spróbować przekroczyć granicę. To jest bezpośredni dowód na to, jak wygląda polityka Łukaszenki wobec tych migrantów. Oni wręcz zostali przeniesieni przez białoruskich strażników w inne miejsce granicy, ponieważ lokalizacja ich telefonu jeszcze kilka dni temu wskazywała miejsce kilkaset metrów od samej linii granicznej. Tymczasem dzisiaj znajdują się około dwóch kilometrów od tamtego miejsca, ale już na samym pasie granicy - informował. 

Z relacji reportera TVN24 wynika, że białoruskie służby zabraniają migrantom rozpalać ogniska, aby nie zwracali na siebie uwagi polskich pograniczników. Ekipa telewizji dostrzegła podczas połączenia jedną z dziewczynek, która była w Michałowie. - Mężczyzna mówił nam, że ona cierpi bardziej niż inni, ponieważ ma ranną nogę. Twierdził, że rozpadają się jej buty, że przeszła w ostatnim czasie wiele kilometrów, na tej nodze pojawiły się pęcherze i może wdać się infekcja - relacjonował. Jak dodał, ta dziewczynka "od 30 dni przebywa na granicy".

Grupa liczy aż 150 osób? 

Z grupą kontakt nawiązali również dziennikarze Wirtualnej Polski. - Jest tu z nami 10 dzieci i 20 starszych kobiet. Nie możemy zawrócić na Białoruś, bo strażnicy nam nie pozwalają. Kiedy próbowaliśmy, białoruscy strażnicy nas pobili. Do Polski też nie możemy przejść, bo tamtejsza Straż Graniczna nam zakazuje - relacjonował w rozmowie z portalem Faruq Khalaf Hasan, jeden z koczujących na granicy migrantów. 

Dalej czytamy, że według wyliczeń Hasana, grupa koczująca na granicy liczy łącznie 150 osób. Część z nich tkwi w tym miejscu od 32 dni. - Potrzebujemy azylu politycznego gdziekolwiek. Nie ma dla nas znaczenia, czy to będzie w Polsce, czy w Niemczech. Byliśmy już złapani przez polską Straż Graniczną. Nie wzięli od nas nawet dokumentów ani odcisków palców, tylko wypchnęli z powrotem za granicę. Polscy policjanci czy strażnicy nas pilnują cały czas. Widzę ich nawet teraz, stoją niedaleko. Obserwują, czy nie spróbujemy znów przekroczyć granicy. Boimy się ich - mówił. 

DOSTĘP PREMIUM