"Niedaleko umierają ludzie i nic nie możemy zrobić". Medycy przyjechali ratować, ale władza na to nie pozwala

Lekarze, pielęgniarki i ratownicy z grupy Medycy na Granicy od ponad tygodnia są w strefie przygranicznej. Na tyle blisko granicy z Białorusią, na ile mogą, bo MSWiA cały czas odmawia im zgody na wjazd do strefy objętej stanem wyjątkowym. - Przyjechaliśmy tu po to, żeby dać naszą wiedzę i umiejętności ludziom, którzy ich najbardziej potrzebują. A stoimy kilkaset metrów od strefy, wiemy, że ludzie umierają i nie możemy nic zrobić - mówił w TOK FM koordynator inicjatywy - anestezjolog Jakub Sieczko.
Zobacz wideo

Na pierwszą interwencję medycy ruszyli w czwartek 7 października. W środku nocy dostali sygnał od aktywistów, że jest grupa migrantów, którzy potrzebują pomocy. Ludzi grzejących się przy ognisku znaleźli w lesie - poza strefą stanu wyjątkowego. Tylko tam mogą działać. Bo choć od kilku tygodni starają się uzyskać zgodę na wjazd na teren objęty stanem wyjątkowym, zgody od MSWiA cały czas nie dostali. Urzędników nie przekonało nawet poparcie dla inicjatywy, jakie wyraził prymas Polski.

- Towarzyszy nam coraz większa frustracja, bo czytamy o tym, co się dzieje w strefie stanu wyjątkowego. Doszły do nas dramatyczne informacje o kolejnych zgonach - mówił w TOK FM Jakub Sieczko, koordynator inicjatywy. Jak podkreślił, potrzebne jest "systemowe rozwiązanie" obecnego kryzysu. - Myślę, że kilka albo kilkanaście ambulansów, które mają możliwość do strefy stanu wyjątkowego. My nie mamy takiej zgody, poruszamy się tylko na obrzeżach strefy, wobec czego nie potrzeba nam większych sił i środków. Bo tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna, nie jesteśmy wpuszczani - podkreślił w rozmowie z Jackiem Żakowskim.

Medycy codziennie dostają zgłoszenia o migrantach, którzy odnajdują się poza strefą stanu wyjątkowego. Przed kilkoma dniami wyjechali do grupy trzech dorosłych i czwórki dzieci -  rocznego, dwuletniego, czteroletniego i pięcioletniego - którzy przebywali w lesie od tygodnia. 

- Uważam, że powinniśmy wychodzić z tego dyżuru, ledwo trzymając się na nogach, bo rozmiar kryzysu jest taki i w strefie dzieje się tak wiele złego, że tam jesteśmy najbardziej potrzebni. A nasze obciążenie pracą nie jest takie, jakiego byśmy chcieli. Nie dlatego, że marzymy o tym, by ciężko pracować - stwierdził Sieczko.

Podkreślił, że medycy, którzy zdecydowali się na wolontariat, przyjechali "po to, żeby dać naszą wiedzę i umiejętności ludziom, którzy ich najbardziej potrzebują". - A stoimy kilkaset metrów od strefy, może 10 minut na piechotę, wiemy, że niedaleko od nas ludzie cierpią i umierają i nie możemy nic zrobić - podkreślił gość Poranka Radia TOK FM. Sieczko. - Przez ostatnie trzy tygodnie zajmujemy się głównie pisaniem apeli, listów, próbami negocjacji, rozmowami z mediami. To jest bardzo frustrujące, to nie jest to, co umiemy najlepiej - podsumował koordynator grupy Medycy na Granicy.

Inicjatywa jest realizowana dzięki pieniądzom z internetowej zbiórki. Medycy mają pracować przy granicy do 15 listopada. 

DOSTĘP PREMIUM