Polska przyjmuje najwięcej migrantów w całej UE. Co stałoby się, gdyby z dnia na dzień wszyscy zniknęli?

Polska jest rekordzistką w Europie, jeśli chodzi o liczbę przyjmowanych migrantów. - W Polsce jest już ok. 2,2 mln obcokrajowców. Gdyby z dnia na dzień zniknęli z Polski, byłby to duży cios dla naszej gospodarki. Mielibyśmy jeszcze większe problemy niż podczas lockdownu - mówi prof. Paweł Kubicki z UJ.
Zobacz wideo

Od wielu tygodni migranci, którzy trafiają do Polski od strony Białorusi, są zawracani i wypychani za granicę. Tkwią tam w kleszczach polskich i białoruskich służb, koczując w lasach. Rząd przedstawia ich jako zagrożenie i sugeruje, że są wśród nich terroryści oraz pedofile. Aby obronić przed nimi Polaków, władza planuje budowę wielkiego muru na granicy.

- Ten negatywny przekaz o migrantach to przepis na naprawdę duże problemy społeczne w Polsce – mówi w rozmowie z TOK FM dr Karolina Czerska-Shaw z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przypomina kampanię wyborczą PiS z 2015 roku, podczas której Jarosław Kaczyński mówił, że uchodźcy roznoszą groźne dla Polaków pasożyty i pierwotniaki. - Wówczas w Europie zintensyfikował się kryzys migracyjny i mimo że nie dotknął Polski, nasi politycy zagrali na lęku, jaki wywoływał w ludziach. Badania szybko pokazały dramatyczną zmianę podejścia Polaków do migrantów. Staliśmy się im niechętni – podkreśla socjolożka.

Wtedy jednak nie wywołało to poważnych napięć społecznych. Dlaczego więc teraz miałoby być inaczej? - Bo migranci są już wśród nas. Polska ma za sobą historyczną zmianę, czyli tzw. przejście migracyjne - moment, gdy więcej osób zaczyna przyjeżdżać do danego kraju niż z niego wyjeżdża. Od 2016 roku mamy dodatni bilans migracyjny. W Europie nasz kraj jest rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę przyjmowanych obcokrajowców. Co roku Polska wydaje ok. 600 tys. kart na pobyt tymczasowy. Nikt nie przyjmuje więcej migrantów, nawet Niemcy – odpowiada.

Jak dodaje, to głównie obywatele Ukrainy (ok. 80 proc. wszystkich migrantów w Polsce), ale też Indii, innych państw Unii Europejskiej, Białorusi, Gruzji, Wietnamu, a ostatnio także krajów Ameryki Południowej, np. Brazylii.

- W Polsce jest już ok. 2,2 mln obcokrajowców, mieszkają głównie w dużych miastach. Oficjalne dane mówią, że w Krakowie stanowią 6-7 proc. populacji, ale z pewnością to niedoszacowana liczba. Nawet co dziesiąty pracownik w Krakowie i Poznaniu to migrant – mówi prof. Paweł Kubicki z UJ.

Dlatego – jak wyjaśnia dr Czerska-Shaw – negatywny przekaz o migrantach może doprowadzić do napięć społecznych. - Rząd wymierza go w różnorodność etniczną i kulturową, która w Polsce rozkwita. To rodzi lęk przed migrantami i negatywne postawy wobec nich. Na co dzień mam do czynienia ze studentami z całego świata. Teraz często pytają, czy tutaj jest bezpiecznie dla migrantów – stwierdza socjolożka.

"Jeśli przestaną przyjeżdżać, dotkliwie odczujemy to wszyscy"

Z badań, które przeprowadzili naukowcy z UJ wynika, że dotąd migranci czuli się bezpiecznie w polskich miastach. To efekt tej zmiany, jaka następuje od 2016 roku. - Przed wojną Polska była wielokulturowym społeczeństwem, po niej stała się jednym z najbardziej monokulturowych krajów Europy, a teraz na nowo przyzwyczajamy się do różnorodności. W dużych miastach Polacy mają codzienny kontakt z obcokrajowcami i uczą się tolerancji. To ważny kapitał polskiego społeczeństwa – ocenia prof. Kubicki.

- To jest ciekawy moment, bo wiele się dzieje w krótkim czasie. Jak patrzymy na globalne miasta typu Londyn, Paryż czy Nowy Jork, które mają to przejście migracyjne dawno za sobą, to tamtejsze zmiany społeczne nie są już tak wyraźne jak w polskich aglomeracjach – zauważa dr Czerska-Shaw.

Te zmiany to m.in. przełamywanie stereotypów na temat przedstawicieli innych kultur. - Przed 2016 rokiem poznawaliśmy je powierzchownie. Np. w Krakowie czy Warszawie już wtedy był boom na powstawanie restauracji z kuchniami świata, mogliśmy zjeść dobre hinduskie dania, ale przez to nie pozbywaliśmy się uprzedzeń do Hindusów. A teraz żyjemy z nimi na co dzień. Są naszymi sąsiadami albo kolegami z pracy. Musimy się z nimi dogadywać, przez co zmieniają się nasze postawy wobec nich. I podobnie z innymi migrantami – mówi socjolożka.

Jak dodaje, w wielokulturowych społecznościach ludzie szybciej rozwijają w sobie kreatywność i częściej wpadają na innowacyjne pomysły. - Bo stale trzeba uzgadniać z "Innym" punkty widzenia, rozwiązywać wspólnie problemy, uczyć się wrażliwości na cudze potrzeby i życia w coraz bardziej skomplikowanym świecie. To trudne. Łatwiej się dogadać z ludźmi, którzy mają tę samą bazę kulturową. Tylko że wtedy może być gorzej z kreatywnością – zaznacza.

To, że na miejskich targach, w sklepach, szkołach czy w pracy Polacy na co dzień spotykają migrantów, nie oznacza jeszcze, iż staliśmy się społeczeństwem tolerancyjnym. To dopiero początek długiego procesu integracji. Czy jednak może mu zaszkodzić rządowy przekaz o migrantach?

- Polacy, którzy mają codzienny kontakt z migrantami, nie dehumanizują ich tak łatwo, jak to się dzieje na konferencjach prasowych rządu. Ale jest inny aspekt. W wywiadach, które robiliśmy do badań z obcokrajowcami, często słyszeliśmy, że w swoich krajach nie mieli poczucia bezpieczeństwa, a tutaj je znaleźli. Jeśli więc Polska będzie sobie budowała wizerunek kraju nieprzyjaznego dla migrantów, to może przestać być dla nich atrakcyjna. Po prostu nie będą tutaj przyjeżdżać, co negatywnie odbije się na gospodarce. W konsekwencji bardzo dotkliwie odczujemy to wszyscy – tłumaczy socjolog.

"Zamiast pobierać zasiłki, płacili podatki"

Zdaniem prof. Kubickiego, teraz polskie miasta czerpią z migrantów przede wszystkim korzyści finansowe. - Np. w Krakowie mimo pandemii znacząco zwiększyła się liczba podatników i w dużej mierze są to migranci. Z naszych badań wynika, że migracja jest bardzo korzystna dla polskich miast, bo przede wszystkim przyjeżdżają do nich młodzi i dobrze wykształceni obcokrajowcy (ok. 70 proc. z nich ma wyższe wykształcenie). Przynajmniej połowa z nich zarabia powyżej średniej krajowej, a ich podatki i wydatki na lokalnym rynku są istotnym zastrzykiem dla budżetów samorządów - przekonuje.

Co ciekawe, migranci częściej znajdują w polskich miastach pracę niż Polacy (wskaźnik zatrudnienia pierwszych wynosi 75 proc., a drugich 68 proc.) - To może wynikać z tego, że migranci są bardziej zdeterminowani w poszukiwaniu pracy i wykazują się większą przebojowością, bo są zdani na własne siły, po stracie pracy nie mogą liczyć na pomoc rodziny. W pierwszych miesiącach pandemii, gdy zamykało się wiele firm, to właśnie migranci najszybciej zmieniali branże i zamiast pobierać zasiłki, płacili podatki - twierdzi.

Poza tym pomagają przeciwdziałać dwóm największym zagrożeniom, przed jakimi stoją polskie miasta: starzenie się i wyludnianie. - Oprócz Krakowa i do niedawna Warszawy wszystkie duże polskie miasta od wielu lat notują spadki ludności. A migranci wypełniają tę lukę. Ponieważ są młodzi, to mogą zatrzymać niekorzystne trendy demograficzne w miastach – mówi.

Poprawiają też wizerunek polskich miast, co przekłada się na korzyści finansowe. - Dodają miastom koloryt wielokulturowy, a to niezwykle istotne w pragmatycznym wymiarze. Bo jeśli miasto kształtuje wizerunek otwartego, wielokulturowego i tolerancyjnego miejsca, to o wiele łatwiej przyciąga inwestycje. Nie mówimy tu tylko o prostych montowaniach, ale coraz bardziej zaawansowanych technologicznie firmach, które poszukują kreatywnych osób – podkreśla socjolog.

A gdyby z dnia na dzień wszyscy migranci zniknęli z Polski?

- Dziś już trudno to sobie wyobrazić, ale ostatnie lata uczą, że rzeczy, które były nie do pomyślenia, czasem bardzo szybko się realizują (np. brexit czy pandemia). Więc gdyby 2,2 mln ludzi zniknęło z Polski, z pewnością byłby to duży cios dla naszej gospodarki. Mielibyśmy jeszcze większe problemy niż podczas lockdownu – wyjaśnia.

- Nastąpiłoby tąpnięcie na rynku pracy, bo migranci są zatrudnieni w większości branż: w turystyce, handlu, budownictwie, szkolnictwie wyższym i korporacjach. Spora część kadr zarządzających dużymi firmami zniknęłaby z dnia na dzień. W tym momencie nie sposób myśleć o dużych polskich miastach bez migrantów – dodaje dr Czerska-Shaw.

Z kolei zdaniem prof. Kubickiego, bez migrantów polskie miasta wróciłyby do monokulturowości i wypadłyby z sieci powiązań z innymi na całym świecie. - Od wejścia Polski do Unii Europejskiej nasze miasta coraz mocniej się globalizują, czyli włączają się w międzynarodowe sieci powiązań kulturowych, biznesowych i naukowych. Dzieje się to poprzez korporacje i uniwersytety, gdzie pracuje wielu obcokrajowców. Np. Kraków jest jednym z największych centrów outsourcingowych i startupów w Europie. Cudzoziemcy, którzy w tych branżach pracują, przyjeżdżają do Krakowa. Ale podobne procesy obserwujemy we Wrocławiu, Poznaniu czy w Warszawie – wymienia naukowiec.

- Żyjemy w świecie sieciowym. Społeczeństwa już nie są zamknięte w granicach państw narodowych. Dynamicznie się zmieniają, są w ciągłej transformacji. Globalne powiązania będą coraz mocniejsze i bez uczenia się różnorodności kultur nie odnajdziemy się w świecie przyszłości. A nie można tej sieci powiązań po prostu odciąć, to skończyłoby się katastrofą – twierdzi dr Czerska-Shaw.

Prof. Kubicki mówi, że w zglobalizowanym świecie trudno rozwijać się dużym miastom bez migrantów. - Jeśli one mają się rozwijać, to muszą konkurować o najbardziej kreatywnych ludzi z całego świata, którzy gotowi są u nas się osiedlić. Inaczej miasta będą się starzeć, wyludniać i tracić swoje przewagi. Dziś mają bardzo dobry czas i powinny go wykorzystać – ocenia.

Czy w szkole ministra Czarnka pomieszczą się migranci?

Wielu migrantów mieszkających w Polsce decyduje się na zakładanie rodzin. Są młodzi, więc jeśli mają dzieci, to w wieku przedszkolnym, ale gdy te podrosną, trafią do podstawówek. Czy polskie szkoły są na to przygotowane? - Będą musiały stać się bardziej wielokulturowe, ale polityka ministra edukacji Przemysława Czarnka jest kompletnie do tego niedostosowana. Kładzie się w niej nacisk na monokulturową i monoreligijną wizję świata – odpowiada dr Kubicki.

Przypomina, że za program nauczania odpowiada rząd, a za organizację szkół - samorządy. Każda z władz ma inne wizje placówek oświatowych. - Rząd chce je dostosować do swojego wzmożenia nacjonalistycznego rodem z XIX w., które zupełnie nie pasuje do wyzwań XXI w. Z kolei samorządy starają dostosować się szkoły do nowej rzeczywistości, w tym wielokulturowości. Kluczową rolę w takiej sytuacji odgrywają nauczyciele i personel szkół. Bo mieszkając w dużym mieście, mają codzienny kontakt z obcokrajowcami i lepiej rozumieją ich potrzeby – wyjaśnia.

Zderzenie tych dwóch wizji szkolnictwa może powodować wiele konfliktów – między tymi, którzy myślowo są zakorzenieni w XIX w., a tymi, którzy rozumieją wyzwania współczesności. M.in. po to, by uniknąć takich napięć, naukowcy z UJ zrobili badania dot. dostosowania krakowskich usług publicznych (urzędów, szkół, szpitali) do potrzeb migrantów.

- Napisaliśmy ten raport, by identyfikować kluczowe bariery, z jakimi spotykają się migranci. Chodzi np. o dyskryminację językową, bo póki co w polskich urzędach jest oczekiwanie, że jak ktoś przyjeżdża do naszego kraju, to ma mówić po polsku. Tę sprawę i wiele innych można poprawić, by nie mnożyły się konflikty. Od wielu lat samorządy próbują integrować, zakotwiczać migrantów, natomiast władze krajowe są raczej zainteresowane wzbudzaniem lęku przed obcym, by budować poparcie w swoim elektoracie – ocenia.

Zakłada, że Polacy - mający codzienny kontakt z migrantami - są już bardziej odporni na wirusa ksenofobii i negatywny przekaz rządowy o migrantach. Zastrzega jednak, że wpływ na stosunek Polaków do migrantów może mieć sytuacja ekonomiczna. - Bo zawsze gdy ona się pogarsza i zwiększa się bezrobocie, to politycy obsadzają migranta w roli kozła ofiarnego - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM