Traumy doświadczają uchodźcy, aktywiści, mieszkańcy, ale też pogranicznicy. "Obrazy będą do nich wracać w snach"

Trauma, której doświadczają uchodźcy, aktywiści, mieszkańcy Podlasia jest ogromna - mówi nam Małgorzata Osipczuk, psycholożka i psychoterapeutka. Ale nie tylko ich dotyka. Bo traumy doświadczają również funkcjonariusze Straży Granicznej i policji, którzy pracują przy granicy. - Codziennie muszą rozstrzygać w swoim sumieniu dylematy, co zrobić, gdy staje przed nimi uchodźca - mówi psycholożka.
Zobacz wideo

Małgorzata Osipczuk to psycholożka, psychoterapeutka, prezeska Stowarzyszenia "Intro" z Wrocławia, które pomaga osobom po kryzysach, po traumach, doświadczeniach z przemocą. Zamieściła na Facebooku niezwykle poruszający wpis. "Nasze człowieczeństwo umiera wraz z uchodźcami w tych przygranicznych lasach. To nas wszystkich zmienia. To jest też nasz koniec" - napisała terapeutka. Postanowiliśmy z nią porozmawiać. O traumie, której doświadczają z jednej strony sami migranci, z drugiej aktywiści i mieszkańcy Podlasia, ale też funkcjonariusze Straży Granicznej czy policji.

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM: Od jednego z mieszkańców strefy stanu wyjątkowego usłyszałam, że Polska po tym, co dzieje się na granicy nie będzie już taka sama.

Małgorzata Osipczuk, psycholożka, psychoterapeutka: Też tak myślę. Ci ludzie, którzy są na miejscu, codziennie muszą rozstrzygać w swoim sumieniu dylematy, co zrobić, gdy staje przed nimi uchodźca. Bo to, że w danym momencie poda się takiej osobie coś do jedzenia czy ciepłe ubranie - nie załatwia niczego. Przecież mieszkańcy czy aktywiści doskonale wiedzą, że to jest tylko pomoc doraźna. Uchodźca znów zostanie złapany przez pograniczników, znów zostanie przerzucony na stronę białoruską, znów wróci. To się będzie powtarzać. I co dalej? Żadnej odpowiedzi na horyzoncie nie widać. Bo budowa muru absolutnie mnie nie przekonuje. Traumy w tych ludziach rosną.

Mieszkańcy i aktywiści mówią wprost, że nie mogą spać, cały czas o tym myślą, czują bezsilność i niemoc. To chyba bardzo mocno emocjonalnie obciąża i powoduje traumę?

Tak, dokładnie. Z jednej strony trauma jest udziałem uchodźców, którzy biorą udział w chorej, survivalowej grze, spędzają w lasach wiele nocy i to jest coś, co w nich zostanie. Czytałam, że niektórzy czekają w lasach na to, aż się zmieni polityka polskiego rządu, a to jest przecież nie do wyczekania w tym momencie. Nie wiem, jak sobie ze swoją traumą poradzą i co się z nimi stanie dalej - oczywiście pod warunkiem, że to wszystko przeżyją.

Druga grupa to aktywiści. Jak z ich traumą?

Z ogromnym współczuciem o nich myślę. Wiem, że bardzo mało śpią, często nie są w stanie spać. I to nie jest tylko kwestia tego, że cały czas są w lesie i szukają migrantów, ale poziom traumy jest w tej chwili w nich tak duży, że po prostu nie pozwala zasnąć.

Aktywiści mają oczywiście zaoferowaną pomoc psychologiczną, ale od kilku osób słyszałam, że nie mają na to czasu. Bo wiedzą, że jak poświęcą godzinę na rozmowę z psychologiem, to będzie to godzina, w której mogliby komuś pomóc. Godzina stracona.

I ja to dokładnie rozumiem. To jest pewien poziom skrajności. Nie chce się tracić czasu na takie sprawy, bo może się pojawiać gdzieś z tyłu głowy głos "Jak to zrobię, to ktoś może nie przeżyć". Zaczynają nosić w sobie piętno poczucia winy - przeżywają już w tej chwili tzw. syndrom ratownika, któremu się nie powiodło. Psycholodzy od dawna zauważają, że osoby, które ratują życie i to się czasami nie powiedzie, niosą ze sobą ogromną traumę.

A tu mamy przecież sytuacje, gdy aktywiści szukają w lesie ludzi, ale ich nie znajdują. Albo znajdują uchodźców, ale muszą od nich odejść, zostawić ich, po udzieleniu doraźnej pomocy. Z tym naprawdę sobie trudno poradzić. I ja, tak po ludzku, nie dziwię się, że na dziś nie chcą tracić czasu na psychologów, aczkolwiek - gdybym mogła - to bym do tego zachęcała. Bo będzie im coraz trudniej - ta trauma będzie narastać, będzie ich jakby wykańczać od środka. Ale to oczywiście tylko i wyłącznie ich decyzja.

Są też mieszkańcy wiosek na terenie objętym stanem wyjątkowym.

Tak, i to są niejednokrotnie ludzie, którzy pamiętają - często z rodzinnych opowieści - wydarzenia z historii, z czasów okołowojennych. I nie można się dziwić, że to, co się dzisiaj dzieje, porównują z wydarzeniami sprzed lat. Bo my naprawdę tam zaczynamy dokonywać zagłady. Nie strzelamy ludziom w głowę, ale przecież wywozimy ich do lasu, a tym samym godzimy się z tym, że mogą tam umrzeć. Ci mieszkańcy są najbliżej, dlatego u nich trauma może być i pewnie jest największa. My, którzy jesteśmy daleko, mamy różne metody psychicznych obron, by o tym nie myśleć.

Ale to ci ludzie, tam na miejscu, dokonują wyborów - wiedzą o tym, że jeśli zamkną drzwi, a ktoś będzie potrzebował pomocy, to oni z tym potem zostaną. Obawiam się, że sposobem radzenia u niektórych będą nałogi albo depresje. Może się też pojawić syndrom PTSD - syndrom stresu pourazowego. Pewne obrazy będą do nich wracać w snach, ale też w ciągu dnia. I wtedy też zachęcam do skorzystania pomocy psychologicznej, to niezwykle ważne. 

Wiem też, że ma pani również na uwadze traumę funkcjonariuszy Straży Granicznej.

Tak, bo nie mam wątpliwości, że ich też to dotknie: pograniczników, policjantów, wojskowych. Ich rękoma jest wykonywana ta eksterminacja - nie boję się już tego słowa. Nikt nie każe im strzelać do uchodźców, nie ma egzekucji, rozstrzeliwań, które znamy z książek. Ale robimy to "na miękko" - zostawiając ludzi w lesie, przerzucając ich na teren Białorusi, wiemy, że oni mogą nie przeżyć. I wiemy, że ta śmierć się dzieje i będzie się działa.

Pogranicznicy robią to własnoręcznie, zaganiają tych ludzi do samochodów, wywożą ich tam, gdzie rozkaz każe, czasami straszą bronią czy psami. Słyszą płacz dzieci, błagania uchodźców o pomoc. To wszystko nie przejdzie tak po prostu, bez konsekwencji. To będzie ich trauma, ale również ich rodzin. Może to jest dziwne, bo raczej jest mi bliżej, by się na nich złościć, że robią to co robią, ale z drugiej strony im współczuję, bo wiem, że to jest trauma. Ogromna. Mogą stać się innymi ludźmi - dla swoich dzieci, dla swoich rodziców, znajomych.

Jest pani 600 km od granicy, ale czyta pani o tym, co się tam dzieje. To ogromny kryzys. Kryzys człowieczeństwa?

Po pierwsze, wiem, że jest to kryzys, który najbardziej dotyka samych uchodźców. Ale rzeczywiście, dotyka także osób, które zdecydowały się im pomagać: szukają ich w lesie, starają się dostarczyć najpotrzebniejsze rzeczy do przetrwania. Jest to również kryzys dla ludzi, którzy tam mieszkają. Ale jest to też kryzys dla nas wszystkich, każdy z nas podejmuje w sobie decyzję, jak ma się wobec tego zachować. Czy włączyć w sobie tę część, która bardzo się boi i reaguje agresją, czy też tę część bardziej ludzką, opartą na chęci pomocy, na empatii, na współczuciu? I myślę, że to, jak się zachowamy, co z tym zrobimy,  będzie decydowało, jakimi będziemy ludźmi, jak będziemy wychowywać nasze dzieci.

To, co dzieje się na granicy, nazywa pani zagładą. To bardzo mocne słowa.

Bo myślę, że nie ma już miejsca na miłe określenia tylko na nazywanie rzeczy po imieniu. Tam przecież giną ludzie. Wiemy o sześciu ofiarach, ale czy nie ma ich więcej? Nikt z nas nie zna odpowiedzi, bo nie mamy wstępu do strefy stanu wyjątkowego. Ważne jest jednak coś jeszcze - niemal każdy z nas, w swoich rodzinach, miał doświadczenia uchodźcze.

Doświadczenia uchodźcze, ale też doświadczenia związane z udziałem naszych bliskich w wojnach, powstaniach, wywózkach.

Dokładnie. To są traumy poprzednich pokoleń - naszych rodziców, dziadków, pradziadków, a nawet dalej. Mamy też traumy związane ze śmiercią, zabijaniem, egzekucjami, nasi przodkowie musieli podejmować dramatyczne decyzje w dramatycznych sytuacjach. Gdy pracuję z ludźmi w terapii, zapraszam ich do przyjrzenia się temu, co przeszli ich przodkowie i jak sobie poradzili ze swoimi traumami.

Mam takie przekonanie, trochę pewnie zgeneralizowane, że my jako Polacy w większości bardzo nieużytecznie obchodzimy się z traumami, które były udziałem naszych przodków. Nie przepracowaliśmy ich, dlatego pozostaje w wielu z nas duży poziom krzywdy, lęku. Łatwo w nas wzbudzić poczucie zagrożenia.

I to się teraz wykorzystuje, gra się na naszych emocjach. Przecież dziś nas nikt nie atakuje z bronią, nie każe podejmować trudnych wyborów, a reagujemy tak, jak byśmy byli kilkadziesiąt czy kilkaset lat wcześniej. Tymczasem jesteśmy przecież w innym miejscu historii. Zamiast współczucia czy chęci niesienia pomocy, reagujemy lękiem i agresją.

DOSTĘP PREMIUM