"Poruszona arogancją przedstawicieli Kościoła wzięłam jajka na protest". Twarze Strajku Kobiet

- Pamiętam wypowiedź arcybiskupa Gądeckiego po decyzji TK, że ogromnie się cieszy z tej epokowej zmiany w prawie. Pomyślałam: jakie to okropne, przecież ty człowieku nie masz o tym pojęcia - opowiadała w TOK FM Zofia Nierodzińska, jedna z twarzy protestów kobiet w Poznaniu, która po publikacji wyroku w sprawie aborcji, rzuciła jajkami w drzwi kościoła.
Zobacz wideo

W październiku 2020 roku - po publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej w sprawie aborcji - Zofia Nierodzińska, wicedyrektorka Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu, rzuciła trzema jajkami w drzwi oraz fasadę kościoła garnizonowego pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Poznaniu. Została wówczas oskarżona o zniewagę publicznego miejsca przeznaczonego do wykonywania obrzędów religijnych. Finalnie miesiąc temu sprawa znalazła swój sądowy finał. Nierodzińska została uznana za winną, ale postępowanie umorzono na okres rocznej próby.

W rozmowie z Małgorzatą Wołczyńską w TOK FM Nierodzińska tłumaczyła, dlaczego rok temu zdecydowała się rzucić jajkami w kościół. - Pamiętam wypowiedź arcybiskupa Gądeckiego po decyzji TK, że ogromnie się cieszy z tej epokowej zmiany w prawie. Pomyślałam: Jakie to okropne, przecież ty człowieku nie masz o tym pojęcia. Pewnie nigdy nie rozmawiałeś z kimś po aborcji, dlaczego się wypowiadasz, jakim prawem wyrażasz radość? Poruszona arogancją przedstawicieli Kościoła wzięłam jajka na protest - tłumaczyła Nierodzińska.

Podkreślała, że jako osoba niechodząca do kościoła nawet nie wiedziała, że rzuciła akurat w garnizonową świątynię. - W sumie o tym zapomniałam. Ale dwa tygodnie później na klatce zatrzymała mnie policja. Funkcjonariusze byli dość agresywni. Zaskoczyli mnie w półmroku, jak wracałam ze spaceru z psem. Podobno śledził mnie też przez 10 dni tajny agent. Potem przyszli do mnie uzbrojeni żandarmii wojskowi, żeby wręczyć mi zaproszenie nie do odrzucenia na przesłuchanie. Tak jakby państwowa poczta nie działała. Władza odstawiła spektakl - oceniła aktywistka.

Wspominała, że proces też wyglądał dość groteskowo. - Księża pojawili się tylko na jednej rozprawie, ja byłam na wszystkich. Mówili, że przez ten mój rzut jajkami mają traumę. Tylko nie mieli na to żadnego medycznego potwierdzenia. Zresztą pomylili krytykę instytucji z własnymi uczuciami. Pomieszali porządki. Ja nie rzuciłam w konkretną osobę, to był mój gest obywatelskiego nieposłuszeństwa skierowany w instytucję Kościoła - wyjaśniała Nierodzińska.

Gościni TOK FM opowiadała o całej sytuacji z wyraźnym dystansem, choć często w trakcie procesu nie było jej do śmiechu. - Mój prawnik stwierdził, że kto w Polsce mieszka, ten się w cyrku nie śmieje. I często było tak, że byłam bezradna, bo żyjemy w kraju, w którym za nic ma się protesty i demokracje - mówiła.

 

Dziś - 22 października - minął dokładnie rok od dnia, w którym Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej wydał wyrok w sprawie aborcji. Stwierdzono w nim, że przerwanie ciąży z powodu ciężkich wad płodu jest niezgodne z konstytucją. Decyzja ta oznaczała praktycznie całkowity zakaz aborcji w naszym kraju. Szybko wyprowadziła na ulice setki tysięcy protestujących Polek i Polaków. Manifestacje odbywały się w dużych miastach, ale też w wielu mniejszych miejscowościach. 

DOSTĘP PREMIUM