Lekarka z granicy: Żeby ludzie byli w tak ciężkim stanie w XXI wieku? Dla nas to nieakceptowalne

- To, co widzimy na dyżurach na Podlasiu, to jest coś, z czym nigdy w naszej pracy zawodowej się nie spotkaliśmy - mówiła w TOK FM endokrynoloża Kaja Filaczyńska działająca w grupie "Medycy na granicy". Jak oceniła, sytuacja przy granicy z Białorusią "będzie już tylko gorsza".
Zobacz wideo

Lekarze stowarzyszeni w grupie "Medycy na Granicy" są rozczarowani brakiem dialogu z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Strażą graniczną. Od miesiąca apelują o wpuszczenie ich do strefy stanu wyjątkowego, by mogli pomagać przebywającym tam uchodźcom. Bezskutecznie.

W TOK FM lekarka Kaja Filaczyńska mówiła, że ostatnią nadzieją na przekonanie władz są mediacje, do których zachęca arcybiskup Wojciech Polak. - Mamy nadzieję, że rząd, który powołuje się w wielu sytuacjach na wartości chrześcijańskie, tego głosu prymasa wysłucha - powiedziała endokrynolożka. Przypomnijmy, pod koniec września abp Polak poparł medyków i w oficjalnym liście przypominał o prawie każdego człowieka do uzyskania niezbędnej pomocy lekarskiej. "Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której chory i cierpiący byłby tego pozbawiony" - pisał.

Filaczyńska podkreślała, że baza medyków znajduje się kilkaset metrów od zony i w każdej chwili może nieść pomoc osobom potrzebującym. Bo że takie są - nie ma żadnych wątpliwości. - Wiemy, że za tą linią są nasi pacjenci. Są osoby w stanie hipotermii, którym chcemy pomóc. Widzieliśmy przez ostatnie dwa tygodnie grupy zmarzniętych rodzin, małe dzieci upominające się o wodę. Pomagamy, na ile możemy poza granicą strefy. Chcemy pomagać na większą skalę i do tego potrzebujemy zgody ministra Kamińskiego - tłumaczyła w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

Lekarka podkreśliła, że medycy nie potrzebują od rządu ani innych instytucji państwowych żadnej pomocy finansowej czy organizacyjnej. Bo swoją działalność finansują ze zbiórek.

- Mamy swoją karetkę, sprzęt i leki. (...) Karetkę wzmocniliśmy o wyposażenie dla pacjentów w hipotermii, bo to jest właśnie podstawowy problem, z jakim tam się spotykamy - informowała. - Jest wielu pacjentów, którzy są bardzo wychłodzeni. Mają urazy, są po prostu głodni i wycieńczeni. Dla nas, jako medyków, jest niedopuszczalne etycznie i moralnie, by te osoby zostawić bez pomocy medycznej. Uważam, że każdemu - niezależnie od statusu, pochodzenia czy rasy - przysługuje prawo do otrzymania pomocy w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia. Przysługuje jedzenie, ciepło i czysta woda do picia, żeby nie trzeba było pić z kałuży - argumentowała dalej lekarka.

"Jesteśmy tam potrzebni"

Gościni TOK FM zwróciła też uwagę na to, że z każdym dniem sytuacja przy granicy będzie coraz trudniejsza, bo jest coraz zimniej, coraz częściej w nocy pojawiają się przymrozki. Obecnie zgłoszeń jest o wiele więcej niż na początku działania grupy "Medycy na granicy". - Obawiam się, że sytuacja będzie już tylko gorsza - oceniła lekarka.

Dopytywana, co jeśli nie uda się osiągnąć porozumienia z MSWiA, zapewniła, że lekarze, ratownicy medyczni i pielęgniarki, którzy pracują przy granicy jako wolontariusze, na pewno zostaną na miejscu jeszcze przez jakiś czas. - Jesteśmy tam potrzebni. Moglibyśmy zrobić więcej, mając możliwość wjazdu do strefy stanu wyjątkowego, ale i tak jeździmy na interwencje i będziemy to robić - mówiła Kaja Filaczyńska.

Przypomniała jedną z głośniejszych takich interwencji - opisywaną szeroko w mediach - podczas której lekarze udzielili pomocy grupie 30 Irakijczyków. Wśród nich była kobieta w ciąży, jedna osoba niepełnosprawna i aż szesnaścioro dzieci.

- Duża część naszego zespołu to medycy z kilkunastoletnim doświadczeniem i naprawdę [na co dzień - red.] towarzyszymy naszym pacjentom w dramatycznych sytuacjach życiowych. Natomiast to, co widzimy na dyżurach na Podlasiu, to jest coś, z czym nigdy w naszej pracy zawodowej się nie spotkaliśmy - przyznała lekarka.  - Żeby ludzie byli w lesie w tak ciężkim stanie, tak wycieńczeni w XXI wieku? I cierpieli na schorzenia, które można wyleczyć... Dla nas medyków to jest sytuacja nieakceptowalna i naszym obowiązkiem jest to, by temu zapobiegać i tym ludziom pomóc - podsumowała.

DOSTĘP PREMIUM