Anna z Granicy: Twarze tych osób, które spotkałam w polskich lasach, na pewno ze mną zostaną

- Słyszę wołanie o pomoc. Słyszę też słowa, które wyrażają ogromny strach wobec Straży Granicznej - zarówno polskiej, jak i białoruskiej - mówi TOK FM Anna Dąbrowska, aktywistka Grupy Granica, która od tygodni pomaga uchodźcom koczującym w lasach.
Zobacz wideo

TOK FM: Sytuacja na polsko-białoruskiej granicy staje się coraz trudniejsza. O coraz większej grupie ludzi, którym pomogliście, niewiele wiadomo. To m.in. nastolatkowie z Konga, po których ślad zaginął, kobieta w ciąży, rodziny z dziećmi czy dzieci z Michałowa. Wiele wskazuje na to, że mogli zostać wywiezieni znowu na Białoruś. 

Anna Dąbrowska, Stowarzyszenia Homo Faber i Grupa Granica: Mamy kontakt z coraz większą liczbą osób, które przekraczają polsko-białoruską granicę. Bardzo często są to liczne grupy, choćby ostatnio grupa 30-osobowa, w tym kilkanaścioro dzieci. I rzeczywiście, większość z tych historii kończy się tak, że nie mamy absolutnie żadnych informacji co do dalszego losu tych osób, które były z nami w kontakcie, którym pomogliśmy, dla których mamy pełnomocnictwa i wiemy, że chciały ubiegać się w Polsce o ochronę międzynarodową.

Czy prawdą jest, że ci ludzie, których spotykacie w lasach, coraz częściej nie chcą z tych lasów wyjść? Nie chcą, by wzywać policję, Straż Graniczną czy nawet lekarzy?

Z tym jest różnie, ale rzeczywiście w ostatnim czasie osób, które panicznie boją się policji czy Straży Granicznej, jest więcej. Boją się tego, że zostaną po raz kolejny zastraszeni i wyrzuceni na Białoruś. I właściwie ten ich los jest niekończącą się historią prób przekroczenia granicy i przymusowych powrotów na Białoruś.

Życie i śmierć - to dwa pojęcia, które w kontekście tego, co dzieje się na Podlasiu, są szczególnie ważne. O kruchości życia wiemy od dawna. Ale jak bardzo teraz, przy tym ludzkim dramacie, twoje podejście do tych pojęć się zmienia?

To trudne pytanie, bo ja cały czas walczę. My w Grupie Granica codziennie walczymy o życie konkretnych ludzi, których poznajemy, wiemy, jak się nazywają, mają konkretne twarze i konkretne historie za sobą. Dlatego to nie jest dla nas jakaś anonimowa grupa cudzoziemców, którzy przekraczają granicę. Poza tym my doskonale wiemy - z prawnego punktu widzenia - co powinno ich w Polsce spotkać. Powinni móc złożyć wnioski o nadanie statusu uchodźcy i czekać w ośrodkach na rozpatrzenie tych wniosków. Prawo jest jasne, ale tak się nie dzieje.

Od początku września jest na Podlasiu strefa stanu wyjątkowego, do której nie macie wjazdu ani wy, aktywiści, ani my, dziennikarze. Kompletnie nie wiemy, co się tam dzieje.

Dokładnie. Wiemy tylko tyle, co mówią nam mieszkańcy strefy, którzy też włączają się w akcję pomocy konkretnym ludziom. Mam wrażenie, że jest to skonstruowana strefa śmierci - takie miejsce w Polsce, gdzie bez wsparcia medycznego i humanitarnego ludzie niestety po prostu umierają.

Śmierć dzieje się w strefie wyjątkowej, niejako za zamkniętymi drzwiami. To też jest tak - w kontekście życia i śmierci - że pomagacie ludziom poza strefą, przekazujecie jedzenie, ubrania, leki, ale za trzy godziny czy dziesięć godzin już nie wiecie, co się z tymi ludźmi dzieje.

Niestety, ta nasza praca ogranicza się do tego, by przedłużyć życie tych ludzi - przedłużyć możliwie najlepiej, to znaczy dostarczyć im wszystko, co pozwoli im jeszcze kolejne dni przetrwać w lesie i przetrwać te pushbacki, które ich prawdopodobnie czekają.

Wciąż część Polaków neguje, że komukolwiek na granicy dzieje się krzywda. Słychać głosy, że sami chcą tu przyjeżdżać, że niepotrzebnie się tu pchają, że to ich wina. Co byś powiedziała wszystkim tym "sceptykom"?

Ja mogę zaświadczyć o tym, co widzę i czego byłam świadkinią. Przybywają do nas osoby skrajnie wycieńczone, po wielodniowych pobytach po białoruskiej stronie. Niektórzy opowiadają, jak to tam wygląda - śpią na gołej ziemi i pewnego dnia czy wieczorem dostają informację od białoruskiego pogranicznika "teraz wasza kolej". I wtedy po raz kolejny są wypychani do Polski. Większość tych osób jest wychłodzona, niedożywiona, mają problemy zdrowotne. Jeżeli pomoc medyczna i humanitarna do nich nie dotrze, to mamy bardzo duże prawdopodobieństwo kolejnych zgonów na granicy. Tylko przyjęcie wniosków o ochronę międzynarodową od tych osób jest szansą na to, że nie dojdzie do kolejnych śmierci.

Pomagałaś dziesiątkom, jeśli nie setkom ludzi. Wysłuchałaś szeregu ich opowieści. Co zostanie z tobą na zawsze?

Na pewno zostaną ze mną twarze tych osób, które spotkałam w polskich lasach. A co słyszę? Przede wszystkim błaganie o pomoc i to taką pomoc, która zapewniłaby, że te osoby nie umrą na granicy. U nich jest ogromna obawa o życie - swoje i swoich dzieci. Słyszę też słowa, które wyrażają ogromny strach wobec Straży Granicznej - zarówno polskiej, jak i białoruskiej. Z relacji tych ludzi wynika, że białoruscy pogranicznicy nie szczędzą im przemocy, szczują psami, czasami dochodzi do pobicia.

Jakie emocje są w migrantach, uchodźcach, których spotykacie w lasach? Agresja, ból, rozpacz, niemoc?

Nigdy się nie spotkałam z zachowaniami agresywnymi. Większość osób, do których docieramy, na wieść o tym, że nie jesteśmy z policji ani ze Straży Granicznej, jest gotowa nas uściskać z radości - że przyszedł do nich ktoś, kto jest w stanie im pomóc, podać coś do jedzenia, wodę, jakieś cieplejsze ciuchy. Wiemy, że niektórzy mówią o nas "anioły z lasu".

To - jako anioł z lasu - o czym marzysz najbardziej na dziś?

Chciałabym, żeby zlikwidowano strefę stanu wyjątkowego, bo ona służy tylko dwóm rzeczom. Po pierwsze ludzie umierają w lesie bez świadków, a po drugie - służy przemytnikom i temu, by ten przemyt szedł przez Polskę poza wszelką kontrolą. Ta strefa powinna zniknąć, bo jest to strefa hańby i strefa śmierci. Z drugiej zaś strony życzyłabym sobie, by polskie władze zaczęły wreszcie respektować prawo.

DOSTĘP PREMIUM