Dzwoni do ludzi i opowiada o tragedii na granicy. "Najtrudniejsze są rozmowy z tymi, którzy są za władzą"

Pani Barbara z grupy "Rodziny bez granic" dzwoni do znajomych i opowiada o dramacie na polsko-białoruskiej granicy. - Są tacy, od których słyszę, że czują lęk przed obcymi. Ale zdarzają się też zdania: "No trudno. Skoro już się tu znaleźli, to pochowajmy ich po chrześcijańsku" - opowiada aktywistka.
Zobacz wideo

Pani Barbara (woli nie podawać nazwiska) z wykształcenia jest filozofką, zajmowała się tematyką Holocaustu. Wywodzi się z Podlasia i przez ostanie pięć lat tam mieszkała. W połowie września z rodziną wyjechała na stałe za granicę. Jak mówi, ma kontakt z rodziną i znajomymi, którzy aktywnie pomagają uchodźcom w lasach. Dlatego postanowiła o tym opowiadać. Wszystkim, których ma swoich kontaktach w telefonie.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

- Niektórzy już na wstępie mówią, że nie chcą w Polsce "obcych", że boją się innych kultur. Ja ten lęk rozumiem, ale staram się go oswajać. Zauważyłam, że wiele osób w ogóle nie ma pojęcia, że uchodźcy na granicy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, że praktycznie wydano już na nich wyrok śmierci - tłumaczy pani Basia.

- Oni nie mogą wejść do Polski, ale nie mogą też wrócić na Białoruś, bo ich pogranicznicy nie wpuszczają. Ci ludzie są zamknięci w "kotle". Są w lesie i nie mogą ani się cofnąć, ani pójść dalej. Mogą tam umrzeć - dodaje.

"Już wiedziałeś, bo ci powiedziałam"

- Mamy w Polsce tradycję mówienia: "No, nie wiedziałem". Więc nawet jak ktoś mnie nie chce słuchać, to mówię: "Ale nie mów potem, że nie wiedziałeś. Ja ci to powiedziałam. I zostawiam cię teraz z twoim sumieniem" - mówi pani Basia.

Aktywistka wskazuje, że najważniejszy jest początek rozmowy. - Chodzi o to, by wyjść od faktów i uczynić je punktem startowym do naszej rozmowy - mówi pani Basia. Przyznaje, że na początku było to dość trudne. - Ja jak większość ludzi nie lubię konfrontować się z trudnymi tematami. Bałam się, że może potracę znajomych - dodaje. 

Trudne rozmowy

- To nie jest kwestia mojej opinii na temat działań rządzących czy na temat przyjmowanych ustaw, ale to jest kwestia tego, że na granicy umierają ludzie. I nad tym nie da się przejść do porządku dziennego - mówi pani Barbara. Jak sama opowiada, zaczęła od telefonów m.in. do znajomych, którzy są związani z Opus Dei, z Klubem Jagiellońskim. - O których wiem, że mają prawicowe poglądy. Dzwoniłam do rodziny, ale też do kolegi, z którym widziałam się 20 lat temu, jeszcze w liceum. To są bardzo trudne rozmowy - zwłaszcza z tymi, którzy identyfikują się z obecnym obozem politycznym. Najtrudniejsze słowa, które usłyszałam? To było zdanie: "No trudno, skoro już się tu znaleźli, to pochowajmy ich po chrześcijańsku". Nie znalazłam na to riposty - mówi.

W innej rozmowie zaproponowała swojemu rozmówcy, by przyjechał na miejsce, na Podlasie i sam zobaczył, jak to wygląda i wtedy dopiero wypowiadał się na ten temat. - Chciałam, by ta osoba sama poszła do lasu, ze śpiworami, z jedzeniem, by zobaczyć, co się tam w tych lasach dzieje. W odpowiedzi usłyszałam, że stosuję szantaż moralny i próbuję narzucić narrację, która spowoduje traumę - opowiada nasza rozmówczyni. Przezwycięża jednak swój lęk i dzwoni dalej, każdego dnia wykonuje po kilka telefonów.

DOSTĘP PREMIUM