Skąd tylu migrantów na granicy? "Mińsk się zatkał. Władze białoruskie poczuły potrzebę opróżnienia miasta"

To, co widzę tutaj, to niekończące się kolumny jadących na sygnale policyjnych pojazdów prewencji - mówił reporter TOK FM Jakub Medek, który jest kilka kilometrów od miejsca, gdzie znajduje się duża grupa migrantów. Jak ocenił, "nie widać, żeby polskie władze były zainteresowane rozwiązaniem problemu". - Odnoszę wrażenie, że wspólnie z Łukaszenką współuczestniczą w jego eskalowaniu - stwierdził.
Zobacz wideo

Jakub Medek poinformował, że znajduje się około 4,5 kilometra od miejsca, w którym jest obecnie duża grupa migrantów. Do strefy stanu wyjątkowego, podobnie jak inni dziennikarze i przedstawiciele organizacji pozarządowych, wjechać nie może, ze względu na ustanowione przez rząd ograniczenia. - To, co widzę tutaj, to niekończące się kolumny jadących na sygnale policyjnych pojazdów prewencji - powiedział.

- Z filmów, które w mediach publikują osoby, będące wśród migrantów wynika, że ta prewencja jest na granicy. I to jest nowość, bo do tej pory policja przy samej granicy nie działała. Teraz widać funkcjonariuszy w białych kaskach z pałkami. Widać tez żołnierzy próbujących odganiać te osoby, pryskając gazem - dodał reporter TOK FM. 

Takie nagrania udostępniają też przedstawiciele rządu, chociażby resort spraw wewnętrznych i administracji. Widać na nich funkcjonariuszy policji, Straży Granicznej i żołnierzy stojących wzdłuż ogrodzenia na granicy polsko-białoruskiej. Po drugiej stronie, na terytorium Białorusi, widać grupę migrantów.

Jak opowiadał reporter TOK FM, w komunikatach puszczanych przez wojsko w pobliżu granicy (w języku angielskim) słychać ostrzeżenie, że "niszczenie infrastruktury granicznej jest przestępstwem". - Jednak to niespecjalnie robi wrażenie na tych osobach. Na filmach widać, że został już przez tych ludzi usunięty płot, który znajduje się od zewnętrznej strony i ma chronić zwierzęta. Zostały też, na kilku odcinkach, zduszone zwoje drutu żyletkowego - opisywał Medek.

Sytuację na Twitterze relacjonuje m.in. białoruski dziennikarz Tadeusz Giczan. Podał, że migranci - do sforsowania zasieków - wykorzystują chociażby drzewa.  MSWiA poinformowało niedawno, że "służby udaremniły próbę siłowego przedarcia się na polską stronę przez migrantów na południe od przejścia granicznego w Kuźnicy" i że "sytuacja została opanowana".

"Mińsk zatkał się migrantami"

Dlaczego akurat teraz strona białoruska zdecydowała się na wypchnięcie tak wielu cudzoziemców w stronę granicy z Polską? Jak mówił nasz reporter, można jedynie spekulować, opierając się na informacjach, które docierały wcześniej ze stolicy Białorusi. - Zdaje się, że trochę się Mińsk zatkał tymi migrantami. Białoruskie władze poczuły potrzebę opróżnienia miasta w sposób gwałtowny i masowy - ocenił.

Medek wskazywał, że grupa, która pojawiła się dziś przy granicy, to prawdopodobnie głównie Kurdowie, bo to ich relacje dominują w mediach społecznościowych. Jak mówił, prawdopodobnie wszyscy zostali w poniedziałek rano w sposób zorganizowany przywiezieni do Grodna. Bo trudno przypuszczać, by tak liczna grupa samodzielnie dostała się tu z oddalonego o setki kilometrów Mińska. Bazując na relacjach zamieszczanych w mediach społecznościowych - dziennikarz TOK FM wskazał, że grupie są kobiety i dzieci. Ale trudno oszacować, ile ich może być.

Co dalej?

Jak powinien zachować się polski rząd? Od godziny 13 obraduje w tej sprawie sztab kryzysowy, w którym są m.in. premier Mateusz Morawiecki i wicepremier Jarosław Kaczyński.

Jakub Medek zwrócił uwagę, że w Polsce nie brakuje specjalistów, którzy - bazując na swoim doświadczeniu dotyczącym polityki migracyjnej - podają praktycznie gotowe rozwiązania. - To chociażby kwestia zaangażowania Fronteksu, uruchomienia mechanizmu relokacji czy po prostu stosowania międzynarodowego prawa - wyliczał. 

- Natomiast nie widać, żeby polskie władze były zainteresowane rozwiązaniem tego problemu. Odnoszę wrażenie, że wspólnie z Łukaszenką współuczestniczą w jego eskalowaniu. Ci ludzie z tej granicy nie znikną. Będą siłowo wypędzani przez funkcjonariuszy i będą umierać - podsumował dziennikarz w rozmowie z Mikołajem Lizutem.

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM