Białorusini wmówili uchodźcom, że granica zostanie otwarta? Aktywistka: Takie informacje krążyły od piątku

- Pojechaliśmy tam, bo wiedzieliśmy, że kilka tysięcy osób może przejść granicę i może się coś złego wydarzyć. Dla mnie świadomość, że ktoś może zacząć do nich strzelać, była przerażająca - mówi w rozmowie z TOK FM Anna Alboth, aktywistka Grupy Granica.
Zobacz wideo

W poniedziałek setki migrantów przybyły pod polsko-białoruską granicę. Przedstawiciele rządu przekonywali, że jest to "największa do tej pory próba masowego siłowego wejścia na teren Polski". 

Anna Alboth, aktywistka i dziennikarka, wie o tym od piątku. Jak twierdzi, to wtedy uchodźcy koczujący w przygranicznym pasie natrafiają w internecie na informację, że w poniedziałek przejście w Kuźnicy zostanie przez Polaków otwarte. Jej zdaniem, to wiadomość rozpowszechniana przez media Łukaszenki i jego służby.

Uchodźcy są już zmęczeni i zdesperowani, bo wcześniej wielokrotnie byli wypychani przez polskie służby na stronę białoruską - decydują się więc pójść do Kuźnicy. - To jak w 2015 roku, gdy usłyszeli, że Niemcy otwarły się na nich i zapraszają do siebie - mówi Alboth.

Jak dodaje, uchodźcy informowali aktywistów, że byli również zwożeni w okolice Kuźnicy z różnych miejsc przygranicznych, a później pilnowani, by nie przesuwali się na północ ani na południe. - Nie byli w stanie iść dalej, bo Polacy zagrodzili kordonem przejście na naszą stronę. Białorusini straszyli bronią, żeby uchodźcy szli dalej. Teraz tkwią w zawieszeniu. Nikt nie wie, co się wydarzy: czy Białorusini pozwolą im na powrót, czy każą im tam zostać - podkreśla.

O tym, że uchodźcy mieli pokojowe zamiary, świadczy - jej zdaniem - to, że na czoło marszu skierowali kobiety z dziećmi. Gdyby chcieli "szturmować" polską granicę, jak twierdzi polski rząd, nie narażaliby najsłabszych spośród siebie - przekonuje Alboth. - Ale polskie władze lubią używać słowa "szturm", bo wzbudza w ludziach strach - ocenia aktywistka.

"Służby mogą zrobić wszystko i nikt tego udokumentuje"

Strach to też motywacja dla aktywistów z Grupy Granica, którzy w poniedziałek rano ruszyli do Kuźnicy. - Pojechaliśmy tam, bo wiedzieliśmy, że kilka tysięcy osób może przejść granicę i może coś złego się wydarzyć. Dla mnie świadomość, że ktoś może zacząć do nich strzelać, była przerażająca. W sytuacji, gdy media nie mają dostępu do tego pasa przygranicznego, służby mogą zrobić wszystko i nikt tego udokumentuje. Chcieliśmy tego przypilnować - wyjaśnia Alboth.

Aktywiści nie przedostali się do samej granicy, bo dostępu do niej bronią polskie służby. - Widzieliśmy helikoptery, wozy różnych służb pędzące na sygnale w stronę granicy. Widzieliśmy grupy antyterrorystyczne jadące z Białegostoku. Widzieliśmy dużo policji i wojska. Wydaje mi się, że przygotowują się na każdy scenariusz. Gdy tam byliśmy, obawialiśmy się, że w każdej chwili polskim albo białoruskim żołnierzom mogą puścić nerwy i dojdzie do tragedii. Będąc tam, czuliśmy niemoc, ale też duży strach, bo nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W takiej chwili do głowy przychodzą najgorsze scenariusze - dodaje.

Jak podkreśla, strach jest pokłosiem również tego, że na miejscu nie ma mediów, które pokazałyby całą sytuację. A to - jej zdaniem - wykorzystuje władza, zarządzając opinią publiczną. - Może puścić w mediach społecznościowych każdą informację, a my nie wiemy, czy to prawda. To przerażająca wizja - podsumowuje Anna Alboth.

Tymczasem Straż Graniczna ogłosiła, że od wtorku od godziny 7:00 przejście graniczne w Kuźnicy zostanie zamknięte do odwołania - tak dla ruchu osobowego, jak i towarowego. Także we wtorek, o godzinie 16, zwołano posiedzenie Sejmu. 

DOSTĘP PREMIUM