"Mogą stać się rzeczy straszne. Ci ludzie będą w potrzasku". Dziennikarz o sytuacji na granicy

- Pokazaliśmy, że nie rozumiemy migrantów. Że się ich boimy. Że migranci to ci, którzy "przywożą choroby". Pokazaliśmy Putinowi i Łukaszence, że mamy takie słabe miejsce i oni nas dokładnie w to miejsce uderzyli - mówił Jerzy Jurecki, dziennikarz "Tygodnika Podhalańskiego", który w TOK FM komentował sytuację na granicy polsko-białoruskiej.
Zobacz wideo

W okolicy Kuźnicy przy polsko-białoruskiej granicy od poniedziałku znajduje się bardzo liczna grupa migrantów. Nie mogą dostać się do naszego kraju - zasieki pilnowane są przez wojsko i policję. Nie mogą też zawrócić, bo uniemożliwiają im to białoruskie służby. Sytuacja jest dynamiczna. W TOK FM komentował ją Jerzy Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego", który kilka dni temu był temu na granicy polsko-białoruskiej.

Pytany, czy przy granicy może dojść do rozlewu krwi - odparł krótko: "No może". - Tam jest potężna grupa ludzi, która rośnie. Za ich plecami są ci, których pamiętamy z ulic Mińska, kiedy bili swoich obywateli [podczas demonstracji przeciwko Łukaszence i wyborach prezydenckich - red.]. Teraz są w tym lesie i będą robić wszystko, żeby ci migranci, którzy odbiją się od naszej granicy, nie mogli wrócić. Napięcie będzie rosło - mówił. 

Jurecki zwrócił uwagę na coraz trudniejsze warunki atmosferyczne, w tym coraz niższe temperatury. To może dodatkowo zaogniać sytuację i sprawić, że "ludziom mogą puszczać nerwy" i "to się może wszystko rozwinąć w złym kierunku".

- Mogą się stać rzeczy straszne. Ci ludzie będą w potrzasku. Z jednej strony zaczną tracić nerwy, a z drugiej zaczną chorować - będą marznąć i zamarznąć - dodawał. Zdaniem dziennikarza Łukaszenka "na pewno się nie cofnie". Jak mówił Jurecki - "nie po to to wszystko organizuje, żeby później tych ludzi wpuszczać znów do Mińska. - Myślę, że będzie trzymał ich w tym potrzasku do końca - przewidywał gość Macieja Zakrockiego. - My z kolei [strona polska - red.], jeśli się nie ugniemy i nie zrobimy jakiegoś korytarza humanitarnego, będziemy się temu przyglądać - dodał.

Zdaniem Jureckiego, podobnych prób przejścia do Polski dużych grup osób może być niebawem więcej. - Przy takiej ilości wojska, jaka jest obecnie na granicy - raczej nie uda się tym ludziom wejść. Będą więc wracać na Białoruś i czekać. To wszystko może trwać. Ja to naprawdę widzę czarno w tej chwili - skonkludował Jurecki.

"Pokazaliśmy Łukaszence i Putinowi, że mamy słabe miejsce"

Dziennikarz "Tygodnika Podhalańskiego" zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz, mianowicie - nie do końca profesjonalne podejście polskich służb. - Jak zobaczyłem śmigłowiec, z którego ktoś łamaną angielszczyzną mówił do migrantów, by nie niszczyć zasieków, to pomyślałem, że to nie wygląda za poważnie. Tam przecież mało kto mówi po angielsku - zauważył Jurecki.

Zastanawiał się, czy nie ma po stronie polskiej tłumaczy języka arabskiego, którzy mogliby przemawiać do tych ludzi i mówić im, że są oszukani i znaleźli się w potrzasku? - To jest dla mnie taki maleńki dowód, że tacy do końca profesjonalni na tej granicy jednak nie jesteśmy - skwitował.

Jurecki przyznał też na koniec, że trochę bulwersuje go zastanawianie się, dlaczego Łukaszenka wymyślił sobie akurat taki sposób działania. Zdaniem gościa TOK FM - Łukaszenka dobrze wiedział, że "mamy kłopot z migrantami", co - jak podał - pokazaliśmy nie w ostatnich dniach, ale już lata temu. 

- Pokazaliśmy, że nie rozumiemy migrantów, że się ich boimy, że migranci to ci, którzy "przywożą choroby". Pokazaliśmy Putinowi i Łukaszence, że mamy takie słabe miejsce i oni nas dokładnie w to miejsce uderzyli - komentował gość Macieja Zakrockiego. - Ale nie zapominajmy o tym, co się dzieje teraz tam na granicy - apelował. - W lesie mamy organizacje pozarządowe, dziewczyny niosące pomoc migrantom i trochę się o nich boję. Nie wiem, jak na te obrazki z telewizji [pokazujące dużą grupę migrantów - red.] zareagują mieszkańcy okolicznych miejscowości. Oni do tej pory zachowywali się super. Ale jak będzie teraz? Nie wiem - przyznał. 

DOSTĘP PREMIUM