Nowy prezes IPN zaczął "prawdziwą czystkę". "Instytut brunatnieje, nie mamy wątpliwości"

Karol Nawrocki został szefem IPN latem. To kolejny szczebel w błyskotliwej karierze naukowca, który uznawany jest za "człowieka" Ryszarda Terleckiego. To, co dzieje się w Instytucie Pamięci Narodowej pod rządami Nawrockiego nasi rozmówcy nazywają "prawdziwą czystką". Chodzi o pozbywanie się niewygodnych historyków. Pierwsze zmiany już są. - Koniec z wolnością badań - słyszymy.
Zobacz wideo

Zaczęło się od tego, że nowy prezes Karol Nawrocki cofnął wszystkim podwładnym pozwolenia na pracę poza IPN. Do tej pory pracownicy tej instytucji, czyli głównie naukowcy, byli też pracownikami uczelni czy Polskiej Akademii Nauk. - Każdy pracownik, któremu udzielono zgody na dodatkowe zajęcie zawodowe przed 30 sierpnia, zobowiązany został do wystąpienia do prezesa IPN z wnioskiem o udzielenie ponownego zezwolenia - poinformował nas rzecznik IPN Rafał Leśkiewicz.

Wszystko to teoretycznie odbywa się w majestacie prawa. W ustawie o IPN jest bowiem zapis: "Pracownik Instytutu Pamięci nie może, bez zezwolenia Prezesa Instytutu Pamięci, podejmować innego zajęcia zawodowego". Jednak - jak mówi nam prof. Sławomir Łukasiewicz - sformułowanie to jest bardzo nieprecyzyjne.

- Można sobie teoretycznie wyobrazić, że prezes powinien dostać pismo od pracownika, który chciałby poza godzinami pracy zająć się np. hodowlą koni. I który uprzejmie pytałby, czy może taką hodowlę prowadzić. Jeśli zgody by nie dostał, to musiałby wybierać: albo konie, albo praca w IPN - tłumaczy prof. Łukasiewicz, który sam przez ponad dziewięć lat łączył pracę naukowca na KUL z zatrudnieniem w Instytucie Pamięci Narodowej. Ale ostatnio musiał się z tą instytucją pożegnać.

Zgody i odmowy. Według jakich kryteriów?

Do nowego prezesa IPN wpłynęło 380 wniosków pracowników o zgodę na dodatkowe zajęcia. Do 27 października prezes wydał 262 takich zezwolenia, a w 15 przypadkach odmówił. Nikt do końca nie wie, z jakich powodów.

- Tu ewidentnie chodziło o to, by dać odmowy "niewygodnym", którzy patrzą na historię tak, jak powinni patrzeć historycy, a nie propagandziści. I nie boją się o tym mówić. Można się domyślać, że w tle była chęć pozbycia się z IPN osób, które nie będą pisać czy prowadzić badań pod dyktando rządzących. Instytut Pamięci Narodowej brunatnieje, nie mamy wątpliwości - mówi nam jedna z osób blisko związana z IPN.

Prof. Sławomir Łukasiewicz nie zna przyczyn, z powodu których otrzymał odmowę. Być może jednym z było to, że podpisał się pod listem 500 naukowców oburzonych "drastycznymi ingerencjami" w wystawę Muzeum II Wojny Światowej i działaniami ówczesnego dyrektora Karola Nawrockiego, czyli obecnego szefa IPN-u. "Obecne działania władz Muzeum II Wojny Światowej, mające na celu przekształcenie wystawy, uważamy za próbę wykreślenia jej uniwersalnego przesłania i zamienienia tej placówki w instytucję propagandową, która słowo muzeum ma tylko w nazwie" - napisali w 2017 roku historycy.

Kolejną osobą, która też podpisała się pod tym listem, jest dr Sławomir Poleszak, historyk od ponad 20 lat pracujący w lubelskim IPN. Dr Poleszak był też od kilku lat redaktorem naczelnym nowego portalu ohistorie.eu, którego celem od początku była prawda historyczna, krytyczne spojrzenie na fakty z przeszłości i wchodzenie w polemikę z "propagandą historyczną". Jako redaktor naczelny pracował "po godzinach" - pełnił bowiem tę funkcję społecznie, nie dostawał za to wynagrodzenia. Ale szefostwo Instytut Pamięci Narodowej uznało, że musi wystąpić o zgodę na działalność w portalu. Gdy jej nie dostał, na stronie redakcji portalu ohistorie.eu pojawiła się biała plama.

Dr Poleszak i jego badania dotyczące "Lalusia"

Dużą część swojej pracy badawczej poświęcił jednemu z Żołnierzy Wyklętych - Józefowi Franczakowi, pseudonim "Laluś". Problem w tym, że jakiś czas temu trafił na źródła, które kazały spojrzeć na "Lalusia" w nieco innym świetle niż wcześniej. Okazało się, że Franczak w czasie wojny miał strzelać do żydowskich partyzantów, a także uczestniczyć w ataku na Polaków ukrywających Żydów. I być może właśnie dlatego - już po wojnie - "ostatni partyzant" tak długo pozostawał w ukryciu.

Dr Sławomir Poleszak kilka miesięcy temu opublikował na ten temat obszerny artykuł, który ukazał się w prestiżowym roczniku "Zagłada Żydów". Tekst i ustalenia w nim zawarte spotkały się z krytyką ze strony historyków związanych z obecną władzą. Odrzucają oni stawiane przez Poleszaka tezy; zarzucają mu "szkalowanie pamięci" Józefa Franczaka.

Czy ten tekst był powodem zwolnienia Sławomira Poleszaka z IPN i wręczenia mu wypowiedzenia? Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że tak. Oficjalna odpowiedź IPN jest jednak mocno zaskakująca. "Instytut Pamięci Narodowej nie komentuje decyzji personalnych (...) Kwestie te dotyczą wyłącznie relacji pomiędzy pracodawcą i pracownikiem" - napisał nam Rafał Leśkiewicz.

Badania naukowe? "Koniec z wolnością"

- Moim zdaniem, mamy tu do czynienia z próbą zamknięcia ust historykowi, którego ustalenia badawcze stoją w sprzeczności z linią IPN pana Nawrockiego - ocenia prof. Rafał Wnuk. - Widzę w tym próbę stworzenia atmosfery, którą jako historyk znam z okresu PRL. Pracownicy instytucji mają wiedzieć, czego nie wolno im mówić, czy pisać. Już nawet przestaje chodzić o to, co mają mówić, czy pisać. Ważniejsze zaczyna być to, co ma pozostać nieodkryte, co ma pozostać w sferze milczenia. Dla mnie jest to powrót zatrutego powietrza z okresu PRL, gdzie ludzi się zastraszało. Ma zadziałać efekt mrożący - dodaje.

Inna historyczka podkreśla, że to jest "jawne ograniczanie wolności słowa i wolności prowadzenia badań naukowych". - Nie ma się już co łudzić, władza chce przejąć historię najnowszą. W całości. By opowiadać o niej młodym ludziom według swoich wytycznych i swoich założeń. Niewygodnych tez, trudnych kart w tej historii nie będzie - mówi.

Jej zdaniem, właśnie m.in. po to tworzy się teraz nowy przedmiot w szkole: Historia i Teraźniejszość. - My, historycy, doskonale o tym wiemy. Młodzież ma być uczona według określonych schematów, bez krytycznego podejścia do historii. Prace nad tym trwają od kilku lat, teraz wkracza to w fazę wykonawczą. Sam minister mówi o tworzeniu podstawy programowej do nowego przedmiotu - mówi nam.

Błyskotliwa kariera Karola Nawrockiego

Obecny prezes IPN-u to bez wątpienia osoba, która ma zaufanie rządzących. Nieoficjalnie mówi się o tym, że jest "człowiekiem" marszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego. Nawrocki najpierw zaprowadził swoje "porządki" w Muzeum II Wojny Światowej (odejścia pracowników muzeum, w tym jego twórców, zmiany w wystawie głównej i proces o to przed sądem). Teraz zabrał się za IPN, którego prezesem został w lipcu.

Od początku mówiło się o tym, że będzie chciał się pozbyć osób "niewygodnych". Na liście osób do "odstrzału" jest też prawdopodobnie dr Mariusz Zajączkowski, historyk badający m.in. wątki polsko-ukraińskie. Pracuje w lubelskim IPN od lat, ale - jak nieoficjalnie słyszymy - jego zwolnienie to już tylko kwestia czasu, bo jest postrzegany jako kolejny "niewygodny". Dr Zajączkowski od kilku tygodni ze względów zdrowotnych jest na zwolnieniu lekarskim, nie rozmawia z mediami.

Wcześniej, po objęciu stanowiska przez Nawrockiego, na jednej z zamkniętych grup Zajączkowski wyraził się o nim niepochlebnie, a ktoś przekazał to nowemu prezesowi IPN. Czy teraz rzeczywiście będzie musiał odejść? - Uprzejmie informuję, że Instytut Pamięci Narodowej nie komentuje działań związanych z prowadzoną polityką kadrową - napisał nam rzecznik IPN.

W swojej odpowiedzi dał też do zrozumienia, że odmowa na łączenie dwóch zajęć, nie jest końcem świata. "Brak zezwolenia na dodatkowe zajęcie zawodowe nie będzie się wiązało z brakiem możliwości kontynuowania badań naukowych, których swobodne prowadzenie gwarantuje art. 73 Konstytucji RP (...) Ponadto, zgodnie z obowiązującymi przepisami (art. 36 ustawy o IPN), każdy naukowiec ma swobodny i niczym nieograniczony dostęp do dokumentów przechowywanych w Archiwum IPN" - napisał Leśkiewicz.

- Tak, pięknie to brzmi. Wolność badań, otwartość. Tylko, że są to tylko słowa. "Niewygodni" muszą odejść. Kropka - mówi nam jeden z historyków.

O lubelskim IPN głośno było już w 2018 roku

Z IPN musiał odejść również dr Adam Pulawski, dziś już dr habilitowany. Przez wiele lat prowadził badania nad zagładą Żydów i relacjami polsko-żydowskimi. Nowe władze instytutu uznały, że rzekomo pisał z tezą. - Rozumiem, że chodziło o to, że za bardzo pokazuję Polaków w złym świetle. W mojej ocenie wcale tak nie robię, ale kierownictwo IPN miało inne zdanie - mówił nam Puławski.

Dowiedział się, że pracę w IPN może kontynuować, ale na zupełnie innym stanowisku: nie naukowym, lecz biurowym. Zrezygnował, bo uznał, że nie chce być urzędnikiem, tylko badaczem.

DOSTĘP PREMIUM