Pełzająca nauka zdalna, czyli szkolny lockdown bez lockdownu

Ponad 300 tys. uczniów i przedszkolaków jest dziś na kwarantannie i uczy się zdalnie, a rząd deklaruje, że to szkoły są najczęstszymi ogniskami zakażeń. Jednocześnie dyrektorzy szkół gorączkowo starają się ogarnąć pełzającą naukę zdalną i sypiące się, pełne nieobecności plany lekcji. Rodzice z trudem rozumieją, jak to wszystko działa.
Zobacz wideo

Co się dzieje, kiedy u ucznia albo przedszkolaka potwierdza się COVID-19? Do domu, na kwarantannę i na naukę zdalną, na 10 dni trafia cała jego klasa, a nawet dzieci, z którymi uczeń był w świetlicy. Jeśli zachoruje nauczyciel, los taki może spotkać wszystkie klasy, z którymi miał zajęcia. W praktyce szkoła sama typuje potencjalnie zagrożone osoby i wysyła listę do sanepidu, a ten nakłada na nie kwarantannę. I tak długo, jak trwa kwarantanna, dzieci uczą się zdalnie. Przy czym formalnie takiego scenariusza nie przewidują żadne przepisy - kwarantanna i nauka zdalna teoretycznie nie mają ze sobą nic wspólnego. 

Taki mechanizm sprawia, że każdy przypadek koronawirusa w szkole to dziesiątki, a w skrajnych sytuacjach nawet setki dzieci wysłanych do domu. Dlatego dzisiaj na kwarantannie jest ponad 300 tys. uczniów i przedszkolaków - ponad cztery razy więcej niż na początku października. Są też tysiące domów, w których trzeba im zapewnić opiekę. 

Informacja o kwarantannie... na koniec odosobnienia 

Ale wszystko to, co zostało opisane powyżej, to i tak scenariusz idealny. Trudniej robi się, kiedy dochodzi do komplikacji. O ile o nauce zdalnej rodzice dowiadują się od razu, o tyle o umieszczeniu dziecka w urzędowym odosobnieniu - już niekoniecznie. Sanepid zasypany jest masą informacji, więc zdarza mu się przesłać powiadomienie o nałożeniu na dziecko kwarantanny… w ostatnim dniu jej obowiązywania. Na telefon rodzica, który zgłosił dziecko do ubezpieczenia przychodzi SMS lub dzwoni automat z sanepidu, informując, do kiedy dziecko ma zostać w domu.

Dociekliwy rodzic, którego zainteresuje przeniesienie dziecka na naukę zdalną, informację o kwarantannie znajdzie na Internetowym Koncie Pacjenta - pod warunkiem, że do niego zajrzy. Od tego wszystkiego jest jednak wyjątek - dzieci i nauczyciele, którzy są w pełni zaszczepieni lub są oficjalnie zarejestrowanymi ozdrowieńcami. Te osoby, mimo kontaktu z kimś zakażonym, na kwarantannę nie zostaną wysłane. Choć i tak będą uczyć się zdalnie.  

Problematyczne zastępstwa

Kiedy na kwarantannę idzie cała klasa, szkoła organizuje dla niej lekcje online, które prowadzą nauczyciele obecni w szkole. - Gorzej, jeśli nauczyciele też trafiają na kwarantannę, bo nie są zaszczepieni. Jeśli chcą, mogą uczyć zdalnie z domu. W innym wypadku pozostaje organizowanie zastępstw, a o to też niełatwo - mówi TOK FM Tomasz Ziewiec, dyrektor podstawówki na warszawskiej Woli, która w ubiegłym tygodniu działała hybrydowo.

Sześcioro czy siedmioro nauczycieli nieobecnych w pracy to dla szkoły armia ludzi. Dodatkowym problemem jest fakt, że w całej Polsce i tak brakuje kilkudziesięciu tysięcy pedagogów. W tej sytuacji szkoły robią, co mogą. Rodzice opowiadają, że standardem stają się cztery lekcje wychowania fizycznego z rzędu, trzy godziny wychowawcze jednego dnia i oglądanie na lekcjach filmów dokumentalnych z nauczycielką etyki.   

Organizacja nauki zdalnej to jedno, ale opieka nad przedszkolakami i młodszymi uczniami siedzącymi w domach - to drugie. Zgodnie z prawem rodzic może opiekować się dzieckiem w ramach zasiłku przez 60 dni w roku (tak w przypadku choroby dziecka, jak i innych nieprzewidzianych okoliczności, np. zamknięcia szkoły czy przedszkola). Gdy w ubiegłym roku w czasie lockdownu szkoły działały wyłącznie zdalnie, pula ta została zwiększona. Ale dziś formalnie lockdownu nie ma, więc rodzice muszą się zmieścić w 60 dniach. Wprawdzie dzisiaj zamykanie szkół ma charakter pełzający, ale są pechowi rodzice, których dzieci siedzą w domu niemal nieprzerwanie od początku października. Minister edukacji Przemysław Czarnek pytany o te kwestie odpowiada: "Rozmawiamy o tym z minister rodziny Marleną Maląg i z premierem Mateuszem Morawieckim". Ale konkretów nie ma.   

"To ze zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego"

Rząd przyznaje, że prawie połowa obecnie stwierdzanych ognisk koronawirusa dotyczy szkół. - To 80 proc. wszystkich osób wysłanych na kwarantannę - wyliczył minister zdrowia Adam Niedzielski. Jednocześnie rząd wzbrania się przed masowym przejściem na naukę zdalną. Władze uważają, że byłoby to zbyt kosztowne ze względu na zdrowie psychiczne dzieci. Dlatego przez szkoły przetacza się pełzająca nauka zdalna, która oznacza, że co tydzień z domów uczą się zupełnie inne grupy dzieci. Niektóre z nich krążyły już pomiędzy szkołą a domem wiele razy w tym roku szkolnym. Wśród wysyłanych na naukę zdalną są też dzieci zaszczepione i te, które już przeszły COVID-19.  

Według ekspertów, tak prowadzona polityka kwarantann w szkołach jest pozbawiona sensu, bo nikt właściwie nie prowadzi wywiadu epidemiologicznego. - Nie staramy się dociec, kto realnie mógł być narażony, bo łatwiej jest podjąć decyzję administracyjną: wszyscy do domów na kwarantannę. A przecież to ze zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego. Nie prowadzimy już racjonalnej dyskusji na temat epidemii. Nie próbujemy działań punktowych, celowanych, racjonalnych - oceniła prof. Marczyńska. Jej zdaniem, trudno więc oczekiwać, że efekt będzie inny niż jest. 

Z drugiej strony epidemiolodzy przyznają, że przynajmniej w części regionów należałoby na pewien czas przejść w całości na naukę zdalną, by uspokoić sytuację epidemiologiczną i ograniczyć możliwość mieszania się dzieci. Tym bardziej, że większość z nich do dziś nie mogła zostać zaszczepiona przeciw COVID-19.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM