Dlaczego Marsz Niepodległości wygląda dziś tak, jak wygląda? "Przełomowy był rok 2010"

- Przełomowy był rok 2010, kiedy poszerzyło się grono osób publicznych wspierających marsz, mówię o prawicowych publicystach. Byłem wtedy na placu Zamkowym i wtedy dochodziło już do poważnych starć. Mowa była o ok. trzech tys. uczestników. Wtedy wydawało się, że to sporo - mówił na antenie TOK FM prof. Rafał Pankowski, socjolog z Collegium Civitas i Stowarzyszenia "Nigdy Więcej".

Przez centrum Warszawy przechodzi Marsz Niepodległości, któremu w tym roku nadano rangę uroczystości państwowej. Przemarsz rozpoczął się od odegrania hymnu państwowego, odpalenia rac i przemówienia Roberta Bąkiewicza, szefa Stowarzyszenia "Marsz Niepodległości". 

Marsz zabezpiecza policja, a także żandarmeria wojskowa, która pojawiła się na czele marszu, co uwiecznił reporter TOK FM Tomasz Fenske. 

Jak doszło do tego, że obchody najważniejszego narodowego święta wyglądają w Warszawie właśnie w ten sposób? - Kiedy w 2009 roku marsze niepodległości rozpoczęły się w Warszawie, był to przemarsz głównie aktywistów Obozu Narodowo-Radykalnego, organizacji, która samą nazwą nawiązuje do specyficznych i niechlubnych tradycji z lat 30. XX wieku - dodajmy, że ten historyczny ONR został w 1934 roku zdelegalizowany za rządów Józefa Piłsudskiego. W 2009 roku to było raptem kilkaset osób, chociaż już wtedy mogło to być dość szokujące, zważywszy na historię Polski, Warszawy - mówił w rozmowie z Michałem Janczurą prof. Rafał Pankowski, socjolog z Collegium Civitas i Stowarzyszenia "Nigdy Więcej".

Jego zdaniem jednak przełomowy był rok 2010. Wtedy, jak mówił, poszerzyło się grono osób publicznych wspierających marsz, w tym np. prawicowych publicystów. - Byłem w 2010 roku na placu Zamkowym i wtedy dochodziło już do poważnych starć. Policja próbowała przeprowadzić marsz, zmieniając trasę. Ostatecznie marsz został skierowany na Powiśle - wspominał Michał Janczura. Prof. Pankowski przypomniał, że w 2010 roku w Marszu Niepodległości szło ok. trzech tys. uczestników. - Wydawało się, że to sporo - tym bardziej że to listopad, niekoniecznie dobra pogoda, skrajna prawica była wtedy dość słaba. LPR i Młodzież Wszechpolska straciły znaczenie polityczne, które miały do 2007, ale zostały kadry, które się zmobilizowały - wyliczał gość TOK FM.

- Zdziwił mnie wtedy widok prof. Żaryna, który zmierzał na spotkanie z uczestnikami. Tego typu osoby przyczyniły się legitymizacji inicjatywy, która wyszła ze środowisk skrajnych czy uznawanych za marginalne - dodał. Prof. Jan Żaryn od 2020 roku jest szefem Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego. 

Po roku 2010 inicjatywa Marszu Niepodległości się rozrastała. - Rekrutowane na stadionach były grupy kibiców, przyłączały się grupy polityczne. Szczególnym paradoksem jest, że udział biorą grupy o charakterze skrajnie prawicowym czy neofaszystowskim z całej Europy - mówił prof. Pankowski. Wskazywał, że mamy do czynienia z paradoksalnym zjawiskiem, którym jest internacjonalizacja nacjonalizmu. - Przez lata najbardziej widoczni byli Węgrzy z Jobiku, w ostatnich latach najbardziej widać udział faszystów włoskich z Forza Nuova, choć w tym roku liderzy tej organizacji znaleźli się w więzieniu za akty przemocy - wskazywał. 

Przyznał, że zawłaszczenie obchodów święta 11 listopada to wynik wieloletnich zaniedbań, jeśli chodzi o "reakcję na przejawy działalności skrajnie prawicowej, skrajnie nacjonalistycznej, bagatelizowanie tego problemu". - W ostatnich latach można mówić wręcz o aprobacie ze strony mainstreamu politycznego. Te zaniedbania nie dotyczą tylko Marszu Niepodległości. Materializują się przestrogi, które formułowaliśmy jeszcze w latach 90. - dodał gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM