Ograniczenia dla linii lotniczych przywożących migrantów? "To nic nie da. Pojawią się pociągi"

- To jest tłum ludzi nabitych w butelkę z benzyną. Oni są używani jako broń w wojnie hybrydowej. Białoruś dokonała wymuszaniem pod bronią przerwania polskiej granicy przez Bogu ducha winnych ludzi, dokonała zbrojnych działań na polskiej granicy - ocenił TOK FM Michał Broniatowski.
Zobacz wideo

30 pozycji ma się znaleźć na liście osób i firm, na które nałożone mają zostać sankcje związane z kryzysem na granicy polsko-białoruskiej. Chodzi o podmioty i ludzi zaangażowanych w sprowadzanie do Europy migrantów z Bliskiego Wschodu i kierowanie ich na granicę z Polską. 

W skuteczność sankcji wątpi dziennikarz Onet.pl i Politico Michał Broniatowski. - Jeśli gdzieś kiedyś wprowadzono sankcje i coś się zmieniło, to na pewno nie z powodu sankcji - stwierdził w rozmowie z Jakubem Janiszewskim. Zwrócił uwagę, że kolejne pakiety obejmują coraz ostrzejsze sankcje, tym razem mają też dotyczyć linii lotniczych, które obsługują przeloty migrantów do Europy. - To do niczego się nie przyda. Migrantów mogą dostarczać lokalne linie rosyjskie, które nie mają interesu w lataniu do Europy, więc sankcje ich nie odstraszą. A prędzej czy później doczekamy się pociągów z Tadżykistanu, którymi będą przyjeżdżać uchodźcy z Afganistanu. W ten sposób się Łukaszenki nie powstrzyma - argumentował dziennikarz.

Jak powstrzymać Łukaszenkę?

Co więc mogłoby wpłynąć na białoruskiego dyktatora? Zdaniem Broniatowskiego kluczową rolę odgrywa tu nie Łukaszenka, a Władimir Putin. - Łukaszenka się wycofa, kiedy Putin uzna, że operacja wystarczająco wiele dobrego mu dała. Nie ulega wątpliwości, że steruje tym Kreml - mówił gość audycji "Połączenie". Być może został już osiągnięty. - Chaos w UE, chaos w Polsce, zagrożenie demokracji w Polsce, bo mamy stan wyjątkowy na granicy - wyliczał.

Wedle opinii Broniatowskiego to, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej, ma znamiona "przerwania polskiej granicy". - To jest tłum ludzi nabitych w butelkę z benzyną. Oni są używani jako broń w wojnie hybrydowej. Białoruś dokonała wymuszaniem pod bronią przerwania polskiej granicy przez Bogu ducha winnych ludzi, dokonała zbrojnych działań na polskiej granicy - przekonywał gość TOK FM.

Zdaniem dziennikarza nie muszą spadać bomby i latać kule, by można było stwierdzić, że polska granica została przerwana. - To jest podobna historia, jak z mieszaniem się Rosji do amerykańskich wyborów. Wielu obserwatorów USA uznało to naruszenie integralności Stanów Zjednoczonych za akt wojny, za drugie Pearl Harbor - wskazywał. 

Czy słowo "wojna" to przesada?

Pytany, czy powołanie się na art. 4 Paktu Północnoatlantyckiego, mówiącego o konsultacjach w obliczu zagrożenia, nie jest przesadą na tym etapie kryzysu, odpowiedział: "Nie widzę powodu, żeby zmniejszać znaczenie tego, co się tam dzieje". - Polska granica jest systematycznie naruszana i poddana zagrożeniu. Latają samoloty, ćwiczą spadochroniarze, a konsultacje to jeszcze nie jest działanie wojskowe - dodał.

Inny argument, jaki podnosił dziennikarz Onetu i Politico, to użycie w tym konflikcie argumentu kluczowych surowców, bo Alaksandr Łukaszenka zagroził odcięciem płynących przez Białoruś dostaw gazu. - Nie ma się co obawiać używania takich sformułowań. To stało się wyobrażalne, kiedy Rosja najechała na Krym i Donbas - przypomniał.

Inna kwestia jest taka, że - jak podkreślał rozmówca Jakuba Janiszewskiego - do tej pory polskie władze systematycznie powtarzały, że UE czy NATO nie są im do rozwiązania tej sytuacji potrzebne. - Konsultacje, które teraz trwają, trzeba było rozpocząć w lipcu-sierpniu, żeby przekonać partnerów, że sytuacja jest poważna, że zagrożone jest bezpieczeństwo. Rozpoczynanie ich, kiedy może dojść do naruszenia integralności terytorialnej Polski i kiedy być może trzeba będzie przywoływać art. 5 (mówiący o tym, że zbrojna napaść na jednego z członków NATO będzie uznana za napaść na cały Sojusz - red.), jest zdecydowanie spóźnione - wskazywał.

Broniatowski pytany, co więc należałoby zrobić, by faktycznie powstrzymać Łukaszenkę, przyznał, że nie potrafi wskazać prostego rozwiązania. - Nie wiem, co UE może jeszcze zrobić. Ma tylko argumenty gospodarcze, łatwe do wprowadzenia, jak zamknięcie granicy z Białorusią - kolejowego w Małaszewiczach. To brama polskiego eksportu na wschód i końcówka jedwabnego szlaku z Chin. To by uderzyło w Łukaszenkę, ale sami też ponieślibyśmy konsekwencje. Ale skoro mamy wojnę... - dodał dziennikarz.

DOSTĘP PREMIUM