"Jest gorzej niż rok temu". W Warszawie już więcej klas uczy się w domach niż w szkołach

Bez decyzji odgórnych zapadają oddolne. Szkoły wraz z sanepidem same muszą sobie radzić ze wzbierającą falą zakażeń wśród dzieci. Jak powiedziała reporterowi TOK FM wiceprezydentka Warszawy Renata Kaznowska, w stolicy jest już więcej klas działających zdalnie, niż tych uczących się w tradycyjny sposób. - Jest gorzej niż było w październiku ubiegłego roku, gdy rząd zamknął wszystkie szkoły - ocenia Kaznowska.
Zobacz wideo

W piątek resort zdrowia poinformował, że już ponad 560 tysięcy osób jest na kwarantannie. Według ministerstwa 70-80 proc. to uczniowie. A to znaczy, że na naukę zdalną odesłany jest w Polsce prawdopodobnie co dziesiąty uczeń. A może nawet więcej, bo zaszczepione dzieci nie trafiają na urzędową kwarantannę, ale do szkoły i tak chodzić nie mogą.

Dlatego niektóre placówki decydują się na radykalne kroki, by poradzić sobie z pandemicznym chaosem. By przerwać niekończący się łańcuch zakażeń Szkoła Podstawowa nr 340 im Bogusława Molskiego w Warszawie na własną rękę zawiesiła zajęcia stacjonarne w klasach 1-3 oraz oddziałach przedszkolnych, czyli tzw. "zerówce". Jak dowiedziało się TOK FM, na naukę zdalną trafiły wszystkie dzieci niezależnie od tego, czy w ich klasie wykryto przypadki zakażenia COVID-19, czy nie.

Najmłodsi nie będą chodzić do szkoły do 26 listopada, czyli końca przyszłego tygodnia. Dla wielu będzie to kolejna przerwa w nauczaniu stacjonarnym. W stołecznej SP 340 są klasy, które od początku października spędziły na zdalnych lekcjach trzy-cztery tygodnie, a sytuacja pandemiczna systematycznie się pogarszała. 

W całym mieście jest źle

W Warszawie naukę w całości zdalną lub hybrydową prowadzi już niemal połowa wszystkich placówek. 13 z nich jest zamkniętych na głucho, w ponad 320 wysłano na naukę do domu jedną lub przeważnie więcej klas. Dla porównania w październiku 2020 r. tuż przed zamknięciem szkół było to 8 zamkniętych i 50 hybrydowych szkół i przedszkoli. Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. - Nauczyciel przychodzi do szkoły w poniedziałek, planuje tydzień nauki z dziećmi i już we wtorek dostaje telefon od dyrektora: "bardzo przepraszam, ale od jutra mamy naukę zdalną". A do każdego z tych rodzajów nauczania trzeba się inaczej przygotować - mówi Renata Kaznowska, wiceprezydentka Warszawy. Dodaje, że w stolicy jest już więcej klas działających zdalnie, niż tych uczących się w tradycyjny sposób. - Jest gorzej niż było w październiku ubiegłego roku, gdy rząd zamknął wszystkie szkoły - ocenia Kaznowska.

Gigantycznym problemem stają się zastępstwa. Szkoły codziennie wojują z planami lekcji i próbują zatkać w nich dziury. - Tylko w październiku zastępstwa kosztowały miasto dodatkowe 10 mln złotych, za to można wybudować i wyposażyć nowe przedszkole - podliczyła wiceprezydentka stolicy.

Przypomniała apel samorządów o umożliwienie im sprawdzania certyfikatów szczepień dzieci. Można by wtedy tak zorganizować edukację, żeby w przypadku kontaktu z zarażonym zaszczepione dzieci mogły się nadal uczyć stacjonarnie (szczepienie zwalnia z kwarantanny, przyp. red.). Zdaniem Kaznowskiej, zaszczepione dzieci, a takich jest w Warszawie 60 proc., są w tej chwili pokrzywdzone. - Oni po to się zaszczepili, żeby mogli się uczyć stacjonarnie. To co się dzieje jest dla nich niesprawiedliwe - ocenia rozmówczyni TOK FM. 

Ministerstwo Edukacji i Nauki wyklucza jednak wszelkie zmiany w organizowaniu nauczania. Minister Przemysław Czarnek mówił w piątek w wywiadzie radiowym, że pomimo iż szkoły są największymi ogniskami zakażeń, to nie przewiduje się ich całkowitego zamknięcia, "bo wyrządziłoby to dzieciom zbyt wiele szkód".

DOSTĘP PREMIUM