Wojskowe polary premiera i propaganda oparta na strachu. Ekspert o tym, dlaczego ponad połowa Polaków boi się wojny

Ponad połowa Polaków boi się, że kryzys na białoruskiej granicy przerodzi się w konflikt zbrojny. Zdaniem dr. Pawła Cywińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, to efekt propagandy rządu opartej na strachu. - Mówi nam się, że mamy do czynienia z wielką wojną, do tego dochodzą obrazy premiera, który non stop paraduje w wojskowych mundurach czy polarach. To działa na Polaków i wzbudza w nich poczucie zagrożenia - mówił w TOK FM ekspert.
Zobacz wideo

Według sondażu "Rzeczpospolitej", ponad 55 proc. Polaków obawia się konfliktu zbrojnego na granicy polsko-białoruskiej. To głównie osoby mniej zamożne, żyjące w miastach do 20 tys. mieszkańców. W ocenie dr. Pawła Cywińskiego z Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego, groźba wybuchu wojny na granicy z Białorusią jest mało prawdopodobna, a strach przed tym wynika głównie z "militaryzacji języka" i "zarządzania strachem", które stosuje rząd.

- Mówi nam się, że mamy do czynienia z wielką wojną, do tego dochodzą obrazy premiera, który non stop paraduje w wojskowych mundurach czy polarach. To działa na Polaków i wzbudza w nich poczucie zagrożenia. Stąd wyniki tych badań, które wskazują, że Polacy uwierzyli w zagrożenie wybuchu otwartej wojny, na co przecież się nie zapowiada. To bardzo mało prawdopodobny scenariusz, bo Polska jest członkiem NATO, najsilniejszego sojuszu militarnego na świecie - podkreślił ekspert.

Zwrócił również uwagę, że to głównie elektorat PiS najbardziej boi się konfliktu zbrojnego na granicy polsko-białoruskiej oraz samych uchodźców. - Tak jest m.in. dlatego, że to właśnie do tych wyborców dociera najwięcej komunikatów rządu wysyłanych przez media publiczne. Zarządzanie strachem, które stosuje rząd, najlepiej działa w tej grupie wyborców. Wiadomo, że osoba przestraszona bardziej się skupia na sobie i uruchamiają się w niej nieobywatelskie postawy. Bez wątpienia jest nią o wiele łatwiej manipulować - wyjaśniał.

Podkreślił, że zbiorowy strach dotyczy zaledwie kilku tysięcy migrantów na granicy. - A przypomnijmy, że w Polsce mamy prawie tysiąc miast, więc jeśli mamy na granicy 2-3 tys. migrantów, to na każde miasto przypadają 2-3 osoby. To przeliczenie wiele mówi o rzeczywistej skali tego kryzysu - stwierdził.

"Jedyne, o czym marzą, to wrócić do domu"

Dr Cywiński odniósł się również do zapowiedzi dot. organizacji lotów czarterowych dla migrantów. Mówiła o tym w poniedziałek rzeczniczka Straży Granicznej Anna Michalska. - Do tej pory cudzoziemcy byli deportowani samolotami rejsowymi. Kolejna grupa 20 osób ma wylecieć w tym tygodniu. Polska planuje jednak też lot czarterowy do Iraku dla 80 osób - zapowiedziała.

- W ramach Grupy Granica pytamy migrantów, których spotykamy w lesie, co teraz chcieliby zrobić. Często dostajemy odpowiedź, że chcieliby już wrócić do domu. W związku z tym to jest odpowiedź na oczekiwania części migrantów, bo wyobrażam sobie, że jeśli ktoś 5 czy 15 razy był przerzucany przez granicę z polskiej strony na białoruską i z powrotem, ileś razy wydawało mu się, że umrze w lesie z zimna, to jedyne, o czym marzy, to wrócić do domu - mówił dr Cywiński.

Podkreślił jednak, że to absolutnie nie zakończy kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią. - Żeby zdeeskalować tę sytuację, trzeba po pierwsze dopuścić dziennikarzy do strefy przygranicznej, by zrównoważyć propagandę białoruską. A po drugie należałoby stworzyć ośrodki, do których można byłoby przyjąć migrantów i w nich - przy pomocy Fronteksu i innych instytucji europejskich - pytać, kto z tych osób chce się ubiegać w Polsce o status uchodźcy, wszcząć te procedury wobec osób, którym to się należy, a całą resztę przewieźć korytarzem humanitarnym w inne miejsca Europy albo deportować do krajów pochodzenia, jeśli ich życie nie byłoby tam zagrożone - podsumował gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM