Resort Czarnka zmienia zdanie ws. zaszczepionych uczniów. "Nie tylko nie pomaga, ale utrudnia"

Ministerstwo Edukacji i Nauki zmienia zdanie w sprawie zaszczepionych uczniów. Od teraz będą mogli mieć lekcje stacjonarne, nawet jeśli reszta niezaszczepionych dzieci z klasy zostanie wysłana na kwarantannę i naukę zdalną do domów. - Nowe pomysły ministerstwa nie tylko nie pomogą, ale jeszcze bardziej utrudnią funkcjonowanie szkół - przekonuje dyrektorka jednej z warszawskich podstawówek. Opowiada też o tym, jak trudna jest praca w szkole w czasie IV fali pandemii.
Zobacz wideo

O nowej strategii ministerstwo poinformowało za pośrednictwem kuratoriów w poniedziałek, po tym jak w piątek padł historyczny rekord liczby osób w kwarantannach. Znalazło się w niej ponad 550 tys. ludzi, większość z nich to uczniowie (według Ministerstwa Zdrowia 70-80 proc. stanowią dzieci w wieku szkolnym).

Ministerstwo Edukacji i Nauki zastrzega, że nowe rozwiązanie to możliwość, a nie obowiązek, a zadanie zorganizowania jednoczesnych lekcji stacjonarnych i zdalnych przerzuca na dyrektorów szkół. Nie daje im jednak dostępu do informacji o szczepieniach. Szkoły będą musiały prowadzić własne dochodzenia i sprawdzać, które dziecko jest na kwarantannie, a które nie. Jednak to rozwiązanie krytykują dyrektorzy. - W tej sytuacji rodzice zaszczepionych dzieci będą mieć pretensje do szkół, a nie do rządu, jeśli nie będzie dla nich zajęć stacjonarnych - ocenia dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie Danuta Kozakiewicz.

"Spychanie odpowiedzialności"

Sugeruje, że to zwykłe spychanie odpowiedzialności, bo w praktyce zalecenie resortu jest bardzo trudne do wykonania. Szkoły nie mają odpowiednich narzędzi, by je wprowadzić w życie. Nauczyciele się nie rozdwoją, by prowadzić osobno lekcję zdalną, a osobno stacjonarną. Z kolei do nauczania jednoczesnego na dwa sposoby brakuje dobrego sprzętu, kamer w klasach czy szybkiego internetu. - Nowe pomysły ministerstwa nie tylko nie pomogą, ale jeszcze bardziej utrudnią funkcjonowanie szkół - przewiduje dyrektorka warszawskiej SP nr 103.

Jej zdaniem szkoły muszą mieć dostęp do danych o szczepieniach dzieci. W ten sposób na czas pandemii można by przeorganizować klasy tak, by podzielić dzieci na odporne i nieodporne. - To nie byłaby żadna segregacja, bo ona jest wtedy, gdy czegoś nie można zmienić, jak kolor skóry czy narodowość. To jest kwestia decyzji, co wybieram: nieszczepienie i naukę zdalną czy szczepienie i lekcje stacjonarne - argumentuje Kozakiewicz. Jej zdaniem taka organizacja edukacji byłaby także dodatkowym argumentem dla rodziców, by szczepili dzieci. Innego sensownego rozwiązania nie widzi.

Na razie sytuacja epidemiczna w szkołach pogarsza się z tygodnia na tydzień. - Niemal codziennie jest inny układ klas uczących się stacjonarnie i zdalnie. Są takie, które od października były wysyłane na naukę zdalną po 3-4 razy - opowiada dyrektor Kozakiewicz, która każdy dzień zaczyna od telefonu do sanepidu. - Czasami to 300 prób połączenia, zanim się uda dodzwonić. I tak w kółko, bo dzieci idą na naukę zdalną, na chwilę wracają i znów są wysłane do domu. To dla nich brak stabilności. Dodatkowo zaszczepione nie mają z tego żadnej korzyści, nic nie motywuje rodziców do szczepienia - mówi TOK FM dyrektorka SP 103 w Warszawie. 

DOSTĘP PREMIUM