"Uczniowie przewrócą śmiechem żołnierzyki Czarnka". O tym, czego o polskiej szkole nie wie minister edukacji

- Teraz w wielu szkołach jest tak, że to nauczyciele wspólnie z dyrektorami i rodzicami decydują, które wnioski ze swoich doświadczeń wprowadzić w życie. Natomiast minister ze swoją drużyną kuratorów dają do zrozumienia: "Nic nie wiecie, na niczym się nie znacie, teraz wchodzimy my, cali na biało. Słuchajcie nas i żeby było bez dyskusji!" - mówi polonistka Martyna Musiał.
Zobacz wideo

Przed tygodniem na posiedzeniu połączonych komisji edukacji i obrony miało się rozpocząć pierwsze czytanie "lex Czarnek", ale nieoczekiwanie - po przegranym przez PiS głosowaniu - projekt zmian w prawie oświatowym spadł z porządku obrad. Sejm zajmie się nim w styczniu.

Nauczyciele od dawna ostrzegają przed konsekwencjami, jakie niesie za sobą wprowadzenie regulacji przygotowanych w resorcie edukacji.

- W "lex Czarnek" widzę przede wszystkim chęć dominacji pana ministra. Traktuje małe społeczności, którymi są szkoły, jak budowle z klocków lego. Chce stanąć nad nimi jak chłopiec i przesuwać nas, jak ludziki na plastykowej planszy. Jednych opieprzać, drugich degradować, innych chwalić i awansować. Wszystko według pełnej dowolności i na zasadzie odreagowania kompleksów. Jakby ktoś chłopcu w szkole powiedział, że jest niezdolny, a koleżanka z podwórka odrzuciła jego zaloty i poczuł się mały, więc po powrocie do domu musiał rosnąć nad tymi ludzikami z lego – ocenia Martyna Musiał, polonistka z krakowskiego liceum.

Tyle tylko - dodaje - że szkoła nie jest z klocków. - Nauczyciele i dyrektorzy to dorośli ludzie z dorobkiem i doświadczeniem, którzy nie chcą oddać się w ręce wewnętrznemu dziecku pana ministra - podkreśla.

Polonistka uważa, że plan ministra edukacji może się udać. - Bo choć ma tylko jedno narzędzie, to skuteczne: strach. Dzięki niemu może wprowadzić w życie nawet największy absurd. Jedynie strachowi dorosły człowiek może ulec, gdy ktoś chce się nim bawić. To strach przed utratą pracy i odpowiedzialnością karną. Dlatego pewnie część z nas będzie musiała się podporządkować, zapominając, czego przez lata nauczyliśmy się w zawodzie. Czyli jak uczyć i wychowywać bez strachu - ocenia.

"Silna potrzeba dominacji nad uczniami"

Zdaniem Nauczyciela Roku 2021 Dariusza Martynowicza polska szkoła nadal w dużej mierze oparta jest na strachu. - Uczeń boi się nauczyciela, który boi się dyrektora, a ten z kolei boi się kuratora - wyjaśnia polonista z Małopolskiej Szkoły Gościnności w Myślenicach.

Jak dodaje, strach spływa z góry, pomagając utrzymać w systemie oświaty hierarchię władzy, ale przy okazji tłumi ponadprzeciętne osobowości i ich kreatywność. - Niestety, zdarzają się dyrektorzy, którzy budują swój autorytet głównie na strachu, potrzebie kontroli, chęci sprawdzania, oceniania, panowania nad wszystkim. Najczęściej to wynik ich bezradności i strachu właśnie - mówi.

Według naszego rozmówcy strach jest też dobrym środowiskiem dla przemocowych zachowań, co dobrze pokazała pandemia. - Gdy przeszliśmy z uczniami na system pracy zdalnej, uwypukliły się problemy polskiej szkoły. Niestety, zdarzyli się nauczyciele, którzy głowili się na forach internetowych, co zrobić, żeby uczeń nie ściągał podczas sprawdzianów. Polska żyła opisywaną sytuacją, kiedy podczas odpytywania jedna z nauczycielek kazała zasłaniać dzieciom oczy, by nie oszukiwały. To przemocowe zachowanie, które wynika z silnej potrzeby dominacji nad uczniami, ale nie mogłoby do niego dojść, gdyby w szkole nie był tak mocno obecny strach – podkreśla Dariusz Martynowicz.

Ale przekonuje, że w czasie pandemii, wielu nauczycieli zrozumiało, że szkoła nie może tak dłużej wyglądać. - Widzimy, że w tym czasie kondycja psychiczna młodych ludzi nie jest dobra. Stracili kontakt z rówieśnikami i boleśnie doświadczają alienacji. Niektórym COVID-19 zabrał bliskich. Inni nie radzą sobie z konfliktami w swoich domach, które nasiliły się po utracie pracy przez rodziców. Widząc to większość nauczycieli zrozumiała, że zamiast nakręcać spiralę negatywnych emocji, warto postawić na odbudowę relacji i wsparcie. Powstała wielka koalicja nauczycielek i nauczycieli w tej sprawie – zapewnia.

Nauczyciel Roku przyznaje, że na początku sam czuł złość, gdy podczas zdalnych lekcji uczniowie chowali się za czarnymi ekranami. - Byłem poirytowany, bo nie odpowiadali na moje prośby o włączenie kamerek i mikrofonów, a ja lubię interakcję. Później jednak usłyszałem od koleżanki historię, która wstrząsnęła jej szkołą. Jedna z nauczycielek wściekała się za każdym razem, gdy jej uczeń nie włączał kamerki ani mikrofonu. W końcu zagroziła, że jeśli tego nie zrobi, to da mu jedynkę. Więc włączył, a wtedy cała klasa usłyszała "kurwy", które dobiegały z pokoju jego ojca. To mi uświadomiło, że nasi uczniowie mają niekiedy bardzo trudne warunki w domach – stwierdza.

Od tej pory tylko zachęcał uczniów, by włączali kamerki na początku lekcji i podczas wypowiedzi. Jeśli jednak tego nie robili, nie uciekał się do gróźb, tylko pozostawiał im wybór.

"Teraz wchodzimy my, cali na biało"

W ocenie Martyny Musiał, "lex Czarnek" jest "wygumkowywaniem" tych nauczycielskich doświadczeń, które "od dołu" reformują polski system edukacji. - Teraz w wielu szkołach jest tak, że to nauczyciele wspólnie z dyrektorami i rodzicami decydują, które wnioski z tych doświadczeń wprowadzić w życie. Natomiast minister ze swoją drużyną kuratorów dają do zrozumienia: "Nic nie wiecie, na niczym się nie znacie, teraz wchodzimy my, cali na biało. Słuchajcie nas i żeby było bez dyskusji!" - mówi.

- Ten projekt od początku budzi nasz niepokój. Bo nowe regulacje są na kontrze do wizji szkoły otwartej na rozmowę, budowanie relacji i wzmacnianie podmiotowości wszystkich tych, którzy tworzą szkołę: nauczycieli, rodziców, uczniów. Te zmiany idą w takim kierunku, że o wszystkim, co dzieje się w szkole, będzie decydował kurator oświaty – podkreśla Dariusz Martynowicz.

Jego szczególny niepokój budzi zapis, który umożliwia odwołanie dyrektora szkoły, jeżeli ten nie wypełni zaleceń pokontrolnych. - Czytamy w tym projekcie, że intencją jego autorów jest to, by dyrektorzy odpowiadali karnie za niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień, które będą "działaniem na szkodę dziecka". Ale takiej odpowiedzialności już teraz podlegają dyrektorzy szkół. Więc jest pytanie, czy to nowe prawo nie będzie dodatkowym narzędziem, które posłuży wzmocnieniu kontroli nad dyrektorami i ich dyscyplinowaniu - stwierdza.

Nauczyciel uważa, że przez nowe przepisy jeszcze trudniej będzie zapełnić wakaty na stanowiskach dyrektorów, bo ludzie nie będą chcieli przyjmować tak wielkiej odpowiedzialności, ani być zależni od czyjejś woli politycznej.

- Usłużni zawsze się znajdą – nie zgadza się Martyna Musiał. - Nie zabrakło ich w mediach ani w sądach, gdy zostały przejęte przez władzę. Problem w tym, że usłużni to są zawsze chłopcy w mundurkach: bez charakteru, otwierania się na krytykę i nowe pomysły, a co za tym idzie bez kreatywności. A tacy mogą co najwyżej wychować kolejne pokolenie chłopców w mundurkach, a nie ludzi, którzy poradzą sobie w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości XXI w. – dodaje.

Politycy opozycji, którzy zakładali taki scenariusz "przejmowania szkół", odetchnęli z ulgą, gdy 8 grudnia minister Czarnek poinformował, że wycofuje się z pomysłu wybierania dyrektorów szkół na nowych zasadach. Kurator nie będzie miał więcej głosów w komisji konkursowej, jak wcześniej zapowiadał minister. - To dobry ruch, tylko że niewiele zmienia. Co z tego, że pozostanie jakaś równowaga przy wyborze dyrektora, skoro będzie go można odwołać bez zgody samorządu, rodziców i nauczycieli – studzi entuzjazm Nauczyciel Roku 2021.

"Nauczyciel nie musi być Strażnikiem Teksasu"

W czasie pandemii po powrocie dzieci do szkół Dariusz Martynowicz zaobserwował, że wpadają w wir kartkówek, sprawdzianów i nadrabiania zaległości, które narosły podczas nauki zdalnej. Nauczyciele byli przerażeni tym, że nie zrealizują podstawy programowej, więc przerzucili swój strach na uczniów. - Nie chciałem, żeby tak to wyglądało na moich lekcjach. Uznałem, że pokazywanie młodym ludziom tego, czego nie umieją, dołowanie ich złymi ocenami, nie ma sensu. Postanowiłem zaryzykować - wspomina.

Zaproponował uczniom, by sami zastanowili się nad swoimi słabszymi stronami i wymyślili, jak nad nimi popracować. - Nie wiedziałem, jakie będą efekty. Nie miałem pewności, że potraktują to zadanie poważnie. Ale pozytywnie mnie zaskoczyli. Jedna z uczennic, by uporządkować swoją wiedzę o "Antygonie" Sofoklesa, zrobiła lapbook, czyli taką książkę z wycinankami. Ktoś przygotował prezentację o interpunkcji, ponieważ miał z nią problem i chciał to wreszcie ogarnąć. Powstała też gra planszowa z pytaniami o "Dżumę" Camusa. Byłem z nich dumny - mówi.

Uczniowie zrzucili z siebie strach przed pokazaniem słabości i niespełnieniem oczekiwań, stawiając na swoją pomysłowość. - To pokazuje, że nauczyciel nie musi być grabarzem kreatywności uczniów. Może im zaufać, nie zdominować ich, tylko odsunąć się i pozwolić im działać. Bywa, że w nich nie wierzymy, a oni naprawdę potrafią nas zaskakiwać dojrzałością. Myślę, że tędy wiedzie droga do pedagogicznego sukcesu – podkreśla.

Jak dodaje, zdarza się, że uczniowie odmawiają współpracy i idą na łatwiznę, np. nie chcąc poprawić jedynki. - Przyjmuję to do wiadomości, to ich wybór. Myślę, że w polskiej szkole odpuściliśmy uczenie młodych ludzi odpowiedzialności. Czasem nauczyciele biorą ją w całości na siebie. Boją się, że coś im wymknie się spod kontroli i uczniowie wejdą im na głowy. Czują, że muszą być Strażnikami Teksasu. Staram się pokazywać uczniom, że nie tylko ja jestem odpowiedzialny za lekcje, ale także oni. Kartkówkami, ocenami ani strachem nigdy nie wzbudzę w nich motywacji wewnętrznej do uczenia się. Oceny to nie wszystko. Muszą sami chcieć się rozwijać – mówi.

"Chłopcy w mundurkach nie lubią nowinek"

Czy każdemu nowemu, "usłużnemu" dyrektorowi takie metody nauczania się spodobają? - zastanawia się Martyna Musiał. - Chłopcy w mundurkach nie lubią takich "nowinek", bo to przejaw niezależności w myśleniu i kreatywności, a te dla nich nie są w cenie – zauważa.

Dariusz Martynowicz zwraca uwagę, że "lex Czarnek" umożliwi również kuratorom kontrolowanie tego, co na zajęciach pozalekcyjnych robią nauczyciele. - Ministerstwo mówi, że chodzi o to, by rodzice mieli większy wpływ na to, co dzieje się w szkole. A to nieprawda, bo już teraz rodzice muszą wyrazić pisemną zgodę na każde zajęcia pozalekcyjne, w których biorą udział ich dzieci. Po zmianie prawa nauczyciele, jeśli będą chcieli zrobić np. warsztaty z tolerancji, będą musieli z trzymiesięcznym wyprzedzeniem wysłać kuratorowi ich plan, a ten go zaakceptuje lub nie. W praktyce to sparaliżuje działanie wielu kreatywnych nauczycieli – przekonuje.

Podkreśla, że nowe regulacje są wyrazem "totalnego niezrozumienia, że szkoła polega na dialogu i otwieraniu się na nowe pomysły". - "Lex Czarnek" ograniczy też rolę rodziców, bo jeśli ci będą chcieli, by w szkole zorganizować np. Dzień Konstytucji, a kurator nie wyrazi na to zgody, to takie wydarzenie się nie odbędzie. Mówienie o tym, że "lex Czarnek" pozwala oddać szkołę w ręce rodziców, jest po prostu nieprawdą - ocenia.

Jak dodaje, nie wiadomo, jakim kluczem w doborze zajęć pozalekcyjnych będą się kierowali kuratorzy oświaty. - W ostatnich kilkunastu latach organizowałem wiele zajęć, na które zapraszałem organizacje pozarządowe. Robiłem też warsztaty z tolerancji, na które przychodzili ludzi innej narodowości i o innym kolorze skóry. Palestyńczyk, który od wielu lat żyje w Polsce, opowiadał, z jakimi komentarzami i reakcjami się spotykał, gdy zamieszkał w naszym kraju. Na godzinach wychowawczych prowadziłem też dyskusje o mniejszościach seksualnych i tolerancji. Pytanie, czy za chwilę zrobienie takich zajęć będzie jeszcze możliwe - mówi.

W jego ocenie niebezpieczne w "lex Czarnek" jest to, że "zaraz wszystko znajdzie się w rękach jednej osoby, która będzie decydowała, co jest właściwe, a co nie". - Myślę, że dyrektorzy, nauczyciele, rodzice najlepiej wiedzą, co służy dobru dziecka, a nie kurator. Nie wiem, skąd wynika potrzeba wzmocnionej kontroli ze strony rządzących – przyznaje.

Jeśli jednak politycy narzucą polskiej szkole swoją potrzebę kontroli i dominacji, to – zdaniem Martynowicza - "nasili się w niej tabuizacja". - Szkoła stanie się miejscem, w którym nauczyciele po kilka razy będą się zastanawiać, czy poruszyć jakiś problem na zajęciach i czy nie zostaną za to pociągnięci do odpowiedzialności. To będzie blokada swobodnego dialogu w szkole - przewiduje.

Będzie to też strata dla uczniów, bo – jak przekonuje – dla niektórych uczniów szkoła jest jedynym miejscem, w którym można porozmawiać o trudnych sprawach: dyskryminacji, seksualności, wolności słowa, manipulacji w debacie publicznej. - Rodzice bardzo rzadko rozmawiają z dziećmi na te tematy. Dlatego większość szkół w Europie i na świecie decyduje się je poruszać. U nas tego może zabraknąć – ostrzega.

Romi i Dżulia na Messengerze

Strach w szkole powoduje, że zarówno uczniowie, jak i nauczyciele szybciej się wypalają. - Czasem widzę, jak potwornie zmęczeni są niektórzy nauczyciele po kilku godzinach pracy. Według mnie to najlepszy dowód, że robią coś nie tak. Sam tak kiedyś miałem - na początku mojej pracy. Szybko zdałem sobie sprawę, że moje zmęczenie wynika z chęci dominacji na lekcjach. Zacząłem więc odchodzić od modelu polskiego belfra, który wchodzi na lekcję, jest skupiony na swoim wykładzie i odpytywaniu, musi mieć wszystko pod kontrolą – wspomina Dariusz Martynowicz.

Jak dodaje, w starym modelu nauczania uczeń ma słuchać i notować, a do głosu dochodzi tylko podczas pytania na ocenę. Nie ma szansy o nic zapytać ani wypowiedzieć swojego zdania, bo to może skończyć się utratą kontroli przez nauczyciela. Wszyscy są niewolnikami sztywnego scenariusza lekcji. Martynowicz postanowił go zastąpić czymś, co nazywa "robieniem uczniom przestrzeni".

- Na przykład kiedy omawialiśmy "Romeo i Julię", pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby przełożyli dialogi miłosne z książki na własny język. Podzielili się na grupy i wymyślili Romi i Dżulię, którzy zakochują się na domówce albo romansują na Messengerze. To był punkt wyjścia do dyskusji o tym, jak Shakespeare pokazywał miłość i czym to różni się od współczesnego okazywania sobie uczuć. To było twórcze i lekkie. Ode mnie nie wymagało przygotowania pięciu stron scenariusza lekcyjnego, a od uczniów – męczenia się i nudzenia - mówi.

Zrezygnował też z robienia na czas i ocenę kartkówek z wiedzy o lekturach. - My, nauczyciele, mamy wielką moc, bo możemy sprawdzać wiedzę uczniów na różne sposoby. Nie musimy podsuwać im arkusza z pytaniami, możemy im dać szansę zaprojektować np. lapbook o lekturze. Kartkówki tylko stresują uczniów i nie zawsze weryfikują ich wiedzę. Bo czasem dziewczyna ma okres i nie jest w stanie napisać dobrze sprawdzianu, do którego się przygotowywała. Co więcej, kartkówki wcale nie sprawdzają tego, czy ktoś przeczytał książkę, czy nie. Bywa, że wyższe oceny dostają ci, którzy czytają ściągi. A tak w ogóle, nie oceny są najważniejsze, ale wiedza i droga dojścia do sukcesu. A polska szkoła mocno się zafiksowała na punkcie ocen. Wszyscy się z nich rozliczają: nauczyciele, uczniowie i ich rodzice - stwierdza.

"Uczniowie zabiją śmiechem żołnierzyki Czarnka"

Martyna Musiał wspomina, że ostatnio uczniowie sami na godzinie wychowawczej poruszyli temat kryzysu humanitarnego na polsko-białoruskiej granicy. - Oddałam im ten czas, bo widziałam, że niektórzy bardzo mocno współodczuwali uchodźczy dramat i poprzez rozmowę potrzebowali oswoić te nowe dla nich emocje. W rządowej propagandzie "murem za polskim mundurem" większość widziała śmieszną ściemę. Jak się im przysłuchiwałam, to pomyślałam, że może i żołnierzyki Czarnka po nas, nauczycieli, już idą, może nawet popsują cały system edukacji, ale do tych młodych ludzi nie dotrą. Uczniowie przewrócą ich śmiechem – podsumowuje nauczycielka.

DOSTĘP PREMIUM