Prowizoryczne namioty z plandek i dogrzewanie przy ognisku. Wajrak o "nieporadnych" działaniach wojska przy granicy

Zdaniem Adama Wajraka "polskie wojsko w lasach przy granicy zachowuje się nieporadnie". - Jeśli ci żołnierze muszą się dogrzewać przy takich dość nieprofesjonalnych ogniskach i to wcale nie w jakichś ekstremalnych warunkach, to wygląda katastrofalnie - ocenił w TOK FM dziennikarz "Gazety Wyborczej", który mieszka na terenie Puszczy Białowieskiej.
Zobacz wideo

"Jestem przekonany, że zakaz wjazdu dla dziennikarzy do strefy przygranicznej z Białorusią i dziwaczne wycieczki, podczas których media są oprowadzane przez funkcjonariuszy, służą dziś głównie temu, aby nie pokazać, w jakim stanie są armia i służby" - napisał w felietonie dla "Gazety Wyborczej" Adam Wajrak, dziennikarz mieszkający w Teremiskach, niedaleko granicy polsko-białoruskiej. 

W artykule Wajrak przekonywał, że polskie wojsko w podlaskich lasach jest "nieporadne" i nieprzygotowane do warunków, jakie tam panują. Mają prowizoryczne namioty z plandek i linek, i dogrzewają się przy ogniskach. Opisywał sytuację, kiedy pewnego razu w lesie przemieszczał się bardzo blisko żołnierzy, a ci nawet go nie zauważyli. 

- Nie wiem, czy im brakuje jakichś podstawowych elementów [wyposażenia - red.], ale sądzę, że tak po tym, jak wojsko się tu zachowuje - powiedział w TOK FM. - Wojsko jest u nas od września i w zasadzie od września żołnierze palą ogniska, przydeptując z nogi na nogę. To jest coś, co mnie jako człowieka, który chodzi i pracuje w lesie codziennie, przeraża. Jeśli żołnierze muszą się dogrzewać - przy takich dość nieprofesjonalnych ogniskach - i to wcale nie w jakichś ekstremalnych warunkach, to wygląda katastrofalnie - stwierdził w rozmowie z Mikołajem Lizutem.

"Mówię o tym z troską"

Zdaniem Wajraka, gdyby żołnierze byli ubrani odpowiednio, to nie mieliby problemu, by przetrwać w lesie bez ogniska. Natomiast ogień, który rozpalają, sprawia, że są bardzo dobrze widoczni i wyczuwalni już z daleka, więc chyba "nie do końca spełniają swoją rolę". 

- Wiem też, że żołnierze muszą sobie kupować buty gumowe, bo nie mają ich na wyposażeniu, a to jest teren podmokły, więc te ich trzewiki nie dają rady - mówił dalej dziennikarz "GW". - I żeby było jasne, ja mówię o tym z troską. Bo mnie, jako mieszkańca pogranicza, czyli takiego terenu potencjalnej agresji, przeraziło, że to aż tak źle wygląda na tym podstawowym bardzo poziomie - podkreślił.

Gość TOK FM zauważył też, że grupy aktywistów, które pomagają migrantom w lasach, często radzą sobie w terenie lepiej niż żołnierze. Przyznał również, że sam organizuje szkolenia dla takich osób m.in. z nawigacji i orientacji w lesie. 

"Staramy się udzielać pomocy"

Prowadzący audycję Mikołaj Lizut pytał swojego gościa także o nastawienie mieszkańców pogranicza zarówno do uchodźców, jak i do działań Straży Granicznej i właśnie wojska. - My tu wszyscy staramy się udzielać pomocy. Polityka władz, która pokazała, że służby działają w wielu wypadkach bardzo niehumanitarnie, w sposób nieludzki, wypychając tych ludzi na Białoruś - spowodowała, że wielu miejscowych nie chce po prostu współpracować ze Strażą Graniczną - powiedział gość TOK FM.

W normalnych warunkach, jak dodał, mieszkańcy, widząc uchodźcę, kontaktowaliby się z pogranicznikami albo żołnierzami, żeby pokierować go dalej. Jednak wiedząc, że taki człowiek może być po prostu wypchnięty znów na granicę, nie decydują się na kontakt ze służbami. Tylko albo sami organizują pomoc lub też po prostu odwracają głowę i udają, że nic nie widzieli. 

Słuchaj całej rozmowy!

DOSTĘP PREMIUM