Matrix istnieje i żyją w nim tysiące Polaków. "Tam wejście w kałużę może skończyć się amputacją nogi"

Aby trafić do matriksu, wystarczy nieszczęśliwy przypadek - pojedynczy błąd systemu, który wylogowuje nas z dotychczasowego życia. - Ludziom po 30-40 latach normalnego funkcjonowania w społeczeństwie niekiedy nagle wali się życie bez względu na to, jak sobie w nim radzili - mówi Rafał Muszczynko, ratownik Ambulansu z Serca, który patroluje matrix.
Zobacz wideo

Rafał Muszczynko nazywa to matriksem. Zagląda tam od 3 lat. Do godz. 14 pracuje jako informatyk w firmie i - jak mówi - pomaga "panu Władziowi, gdy nie działa mu myszka", a potem przebiera się w strój ratownika i razem z kolegami wsiada do wozu, by patrolować stołeczny matrix.

Jednak matrix to nie tylko Warszawa - wpadło do niego wiele polskich miast i ich mieszkańców, którzy odtąd żyją poza systemem i są niewidoczni dla innych. Ostatnio policzono ich w 2019 roku na zlecenie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Z danych, które wtedy zebrano, wynika, że matrix zamieszkuje ponad 30 tys. osób, z czego prawie 84 proc. to mężczyźni. Jednak nieoficjalne szacunki mówią, że tych osób jest wielokrotnie więcej.

To, czym jest matrix, może najlepiej pokazał lockdown podczas pandemii. - Ludzie tam żyjący obudzili się z poniedziałku na wtorek i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyli puste ulice. Nie mieli internetu ani telewizji, więc nie mogli sprawdzić, co się dzieje. Wielu z nich nie słyszało o pierwszych zakażeniach koronawirusem ani o lawinie kolejnych. Nie oglądali też konferencji premiera, gdy mówił o lockdownie. Wyobraź to sobie: miasto nagle zamiera, a ty nie wiesz dlaczego. Nawet nie ma kogo zapytać, o co chodzi. Chciałbyś skoczyć do sklepu z telewizorami, by zobaczyć, jak w mediach to tłumaczą, ale przecież wszystko zamknięte - mówi Muszczynko.

Można tylko wyobrazić sobie ten lęk, który narastał w mieszkańcach matriksu, gdy rzeczywistość dookoła gwałtownie się zmieniła, a oni nie mogli jej oswoić żadną opowieścią. - Myśmy mieli na to szansę i czas, bo o pierwszych zakażeniach koronawirusem usłyszeliśmy w grudniu 2019 roku, a lockdown został ogłoszony cztery miesiące później. Oni po prostu obudzili się w zamkniętej Polsce nieświadomi niczego - podkreśla.

Zostali też bez dostępu do pomocy, a wielu z nich ma nadciśnienie, cukrzycę i inne choroby. - Czyli żeby żyć, muszą zażywać leki. A nagle się okazało, że przychodnie zostały zamknięte. Odbijali się od drzwi, na których wisiała informacja, że lekarze przeszli na teleporady. Tylko jak z nich skorzystać, gdy nie ma się telefonu? - mówi Rafał Muszczynko.

W matriksie wszystko wymyka się zasadom logiki

Do matriksu Muszczynko i jego ekipa wjeżdżają "karetą". Tak nazywają 20-letni ambulans, który jest już rzęchem, jednak nie mają pieniędzy, by go zmienić. - "Kareta" ma 350 tys. km przebiegu, ale zużyta jest, jakby przejechała trzy razy więcej, bo kiedyś w pogotowiu latała do ratowania życia. Była tam odpalana i zaraz "butowana" na zimnym silniku. Więc to już truchło, w którym ciągle coś się psuje. Niedawno w "karecie" odpadły boczne drzwi, te od przedziału pacjenta. Kiedyś siadła w niej elektryka i stanęła na mieście. Innym razem odleciał jej wydech. A teraz mamy problemy z nawiewem, bo jest jakiś hokus-pokus w elektryce, a z zaparowanymi szybami troszeczkę ciężko się jeździ. Rok czy dwa i nasza "kareta" padnie - ocenia.

Co Muszczynko może, to w niej reperuje, choć sama w sobie jest matriksem. Niedawno pisał o tym w mediach społecznościowych. - "Nawaliło oświetlenie. Poświęciłem kilka godzin na walkę z elektryką i wiecie co? Spalona instalacja, bezpiecznik stopił się razem z gniazdem, w którym siedział. Trup, kaplica. Można tylko wypruć, ale wczoraj nie było na to czasu. I wiecie co? Dziś działa. Wszystko. Każdy jeden obwód elektryczny. Nikt nie wie czemu. To nie ma sensu i nie powinno się wydarzyć!" - zauważył.

Pod tym względem "kareta" dobrze pasuje do rzeczywistości, którą codziennie patroluje. Matrix ma bowiem mnóstwo błędów, wszystko w nim co chwilę się wiesza i wymyka zasadom logiki. "Jeździmy ostatnio m.in. w okolicę dworca Warszawa Wschodnia. Konia z rzędem temu, kto będzie umiał policzyć osoby tam przebywające i zrobić listę ich problemów medycznych. Próbujemy się tego doliczyć. Niby prosty temat, mimo to za każdym razem wychodzi nam inna liczba pacjentów i inne problemy. Wczoraj było 3 panów i pań, dziś jest 7 osób, w tym 2 kobiety. Jutro pewnie nie będzie nikogo albo będą 2 osoby - mocno zdziwione, że szukamy tu kogoś innego. Wczoraj pan miał problem z kolanem, dziś ma problem z drugą nogą. Tak jakby system komputerowy losował liczbę podopiecznych i zagadnienia medyczne za każdym razem na nowo" - napisał Muszczynko na Facebooku.

"Karetę" kupił ratownik Jacek Niewęgłowski, gdy kilka lat temu zakładał firmę świadczącą usługi medyczne podczas imprez sportowych. - Obstawiał głównie maratony i wyścigi rowerowe, a że to imprezy weekendowe, to wóz w tygodniu stał na parkingu i się marnował. Jacek dogadał się medykami, którzy chcieli pomóc osobom mieszkającym w matriksie. Wspólnie założyli Fundację Ambulans z Serca, w której teraz jest ok. 20 medyków i 3 kierowców, w tym ja - opowiada Rafał Muszczynko.

Załoga "karety" ma pełne ręce roboty, a to dlatego że system opieki zdrowotnej jest jak apka, w której zabrakło kilku linijek kodu, przez co część użytkowników nie może się do niej zalogować. - Żeby otrzymać pomoc medyczną, trzeba być ubezpieczonym, a mieszkańcy matriksu przeważnie nie są. Karetka "systemowa" może do nich przyjechać, ale tylko gdy są w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, czyli mają np. udar czy zawał. Gdy jednak cierpią na choroby przewlekłe, jak cukrzyca czy nadciśnienie, mogą liczyć tylko na nas. A to choroby, które też zabijają, tyle że nie od razu - tłumaczy.

Kim są mieszkańcy matriksu?

Po 3 latach pracy w matriksie Rafał Muszczynko dobrze wie, że obiegowe wyobrażenia o ludziach tam żyjących są nieprawdziwe. - Gdy się ich poznaje, można się mocno zdziwić. Takie osoby kojarzą nam się z kloszardami, którzy leżą pijani na widoku albo żebrzą, a tak naprawdę większość z nich jest zupełnie niewidoczna. Bo nie odróżniają się od nas - są tak samo ubrani, czyści, wykształceni, znają języki obce i chodzą do pracy. Różnica jest taka, że nie mają domów - wyjaśnia.

Odkąd zaczął jeździć do nich "karetą", poznaje Warszawę na nowo. - Mieszkam tutaj od 38 lat, czyli całe swoje życie, więc wydawało mi się, że świetnie znam to miasto. Ale dopiero, gdy wsiadłem do "karety", odkryłem tę Warszawę bezdomną, zupełnie inną, schowaną. Wcześniej dwa razy dziennie przejeżdżałem rowerem obok jakiegoś miejsca i nie wiedziałem, że tam ktoś mieszka i potrzebuje pomocy. Tych osób jest naprawdę wiele. Mieszkają w pustostanach, namiotach rozłożonych w krzakach nad Wisłą, altanach śmietnikowych, na ogródkach działkowych, w piwnicach bloków, na strychach kamienic, w bramach, pod schodami i w innych zakamarkach architektonicznych miasta - wymienia.

Jak dodaje, jeśli ktoś nie wie, że w tych zakamarkach żyją ludzie, to ich nie zobaczy. - Myślałem, że ostatnia stacja metra to jest miejsce, gdzie ludzie się przesiadają i nic tam specjalnego nie ma, a okazuje się, że tam otwiera się matrix. Jeździłem do pracy mostem i nie miałem pojęcia, że w jego konstrukcji żyją ludzie. Są tam tragiczne warunki bytowe. Ludzie nie mają ogrzewania, a gdy chcą zjeść ciepły posiłek, to muszą przynieść chrust i rozpalić ognisko. Obrazki jak ze średniowiecza, a przecież to wszystko ma miejsce w XXI w., w środku Europy i w stolicy dużego cywilizowanego kraju. Więc to zupełnie zmienia wyobrażenie o tym, jak wygląda nasze społeczeństwo - podkreśla.

Najbardziej zaskoczyła go sytuacja, w jakiej część tych ludzi się znalazła podczas lockdownu. - Nie za bardzo mogliśmy pomagać medycznie tym ludziom, bo nie mieliśmy kombinezonów chroniących przed zakażeniem. Podrzucaliśmy im głównie paczki z żywnością. To był dla mnie szok, że w 2020 roku wiozę ludziom pasztet, makaron i pieczywo, bo przymierają głodem. Wtedy wszystkie instytucje pomocowe zostały zamknięte i nawet gdy osoby w kryzysie bezdomności wiedziały, dokąd pójść po ciepły posiłek, to odbijały się od zamkniętych drzwi. Pomagaliśmy, żeby nie umarły z głodu - mówi.

Jak ludzie trafiają do matriksu?

Stereotyp mówiący, że wszyscy mieszkańcy matriksu stracili domy z własnej winy, bo je np. przepili albo dlatego że są życiowo nieporadni, daje poczucie bezpieczeństwa. Pozwala uniknąć skonfrontowania się z myślą, że aby trafić do matriksu, wystarczy nieszczęśliwy przypadek - pojedynczy błąd systemu, który wylogowuje nas z dotychczasowego życia.

- W matriksie spotykam emerytów, którzy przez kilkadziesiąt lat uczciwie pracowali, a później przyszła ta upragniona emerytura i okazało się, że mają tysiąc złotych na życie i leki, a już na utrzymanie mieszkania nie starcza. Co ciekawe, są wśród nich byli pracownicy systemu ochrony zdrowia: pomoce kuchenne, pielęgniarki, sanitariusze. Spotykamy tam też ludzi, którzy normalnie pracują, tylko na czarno i za minimalną pensję. Czasem, by trafić do matriksu, wystarczy stracić bliskiego, który wcześniej pokrywał część kosztów utrzymania domu. Ludziom po 30-40 latach normalnego funkcjonowania w społeczeństwie niekiedy nagle wali się życie bez względu na to, jak sobie w nim radzili - tłumaczy.

Przytacza też historię stomatolożki, która miała dobrze prosperujący gabinet i świetnie radziła sobie w życiu, dopóki nie zachorowała. - Długo leżała w szpitalu, biznes padł, zadłużyła się i wylądowała na ulicy. Ten przykład i wiele innych pokazują, że osoby w kryzysie bezdomności często nie są ludźmi nieporadnymi, tylko w ich życiu zdarzyło się coś dramatycznego i przestali być samodzielni - podkreśla.

Bywa, że te traumy odbijają się na psychice mieszkańców matriksu i ich blokują, co tylko pogłębia ich kryzys bezdomności. - Znajomi już nie poznają ich na ulicy, choć przecież się nie zmienili, ale gdyby nawet wpadli na kumpli, wstydziliby się poprosić o pomoc. Wolą żyć w ukryciu. Osoby, które dłużej są na ulicy, niekiedy mają problem z porozumiewaniem się z innymi - mówi.

Załoga Ambulansu z Serca to często pierwsze osoby, które okazują zainteresowanie mieszkańcom matriksu, co czasem budzi ich nieufność. - Bo nagle wyskakuje ktoś z karety i mówi: "Dzień dobry, czy czegoś potrzebujesz?". Nie pomaga to, że mamy stroje ratowników, bo wcześniej jak do tych ludzi przyjeżdżała karetka "systemowa", słyszeli, że śmierdzą i że nic im nie jest. Albo że nie zostaną zawiezieni na SOR, bo nie mają ubezpieczenia i "cześć, czapka!" - opowiada.

Zwykłe przeziębienie może skończyć się śmiercią

Zgłoszenia dostają od strażników miejskich, przechodniów i streetworkerów. Średnio takich próśb o interwencję mają 10 dziennie. Zazwyczaj na początku nie brzmią dramatycznie, bo wezwania do osób z zagrożonym życiem trafiają na numery alarmowe, a później do "systemowych" karetek. Bywa jednak, że niegroźnie zapowiadające się interwencje nabierają dramatycznego przebiegu.

- Ostatnio dostaliśmy wezwanie do pana w przyczepie kempingowej, która była zaparkowana na ogródku działkowym. Przyjeżdżamy i widzimy, że przyczepa nie ma okna, wiatr po niej hula, a na zewnątrz jest tylko 5 st. Celsjusza. W środku człowiek wagi słusznej. Nie ma problemów medycznych, ale nie powinien w tej przyczepie zostać. Bierzemy go na łaźnię, bo niestety parę ładnych dni tam leżał i robił też pod siebie, a potem chcemy go przewieźć do ośrodka dla bezdomnych. Ale w drodze do karetki się przewraca i zaczyna sinieć. Nasz lekarz mówi, że to prawdopodobnie skrzep, który się oderwał i zablokował jakieś naczynie płuca. Więc szybko niesiemy pacjenta do karetki, podłączamy go pod tlen i na bombach lecimy do szpitala. Już pod jego drzwiami pech chce, że kończy nam się tlen w butli. Lekarz wbiega na SOR i krzyczy: "Dawajcie butlę!". Pacjent trafia na intensywną terapię. Nie wiem, jak ta historia się kończy, bo zazwyczaj na SOR-ze wpadamy w RODO - opowiada Rafał Muszczynko.

W matriksie nawet niegroźne przemoczenie butów może przerodzić się w sytuację zagrożenia życia. - W okresie jesienno-zimowym to częsty powód naszych interwencji. Dla ludzi spoza matriksu wejście w kałużę to zupełnie niegroźna sytuacja. Mamy mieszkania, więc do nich idziemy, zdejmujemy buty, zmieniamy skarpety i się ogrzewamy. Nawet gdy się przeziębimy, to przez dwa dni leżymy w ciepłym łóżku i wracamy do zdrowia. A u osoby bezdomnej taka prosta sytuacja może być katastrofą życiową. Na nogach robią się odparzenia i wcześniej czy później te rany się zakażają. Bardzo trudno je wyleczyć, dlatego czasem kończy się to amputacją nogi - wyjaśnia.

Zwraca uwagę, że te dramaty są dla systemu ochrony zdrowia niewidzialne. - Karetka "systemowa" przyjeżdża do pacjenta z taką paskudną raną, ale on nie ma ubezpieczenia, więc ratownicy mu mówią, że to nie jest stan bezpośredniego zagrożenia życia, a tylko w takich mogą wziąć nieubezpieczonego do szpitala. "Serdecznie dziękujemy, pozdrawiamy i życzymy miłego życia" - dodają. Bo owszem, ten człowiek ma potężną ranę na nodze, ona go prawdopodobnie zabije, ale nie dziś czy jutro, tylko za jakiś czas - tłumaczy.

Jak dodaje, ekipie Ambulansu z Serca zdarza się przyjeżdżać do osób, na które wystarczy spojrzeć, by stwierdzić, że nie dożyją poranka. - Bo chodzili przez wiele dni w totalnie przemoczonych ciuchach, nie mieli gdzie wyschnąć i się ogrzać, a na zewnątrz były 2 st. Celsjusza. W matriksie zwykłe przeziębienie tak może się rozpędzić, że kończy się śmiercią - podkreśla.

Jak na ratowników z "karety" patrzą służby "systemowe"? - To zależy od ludzi, nie procedur. Jest wielu bardzo pomocnych dla nas policjantów i lekarzy, ale zdarza się, że przywozimy do szpitala pacjenta, a lekarz mówi: "O Boże, znowu bezdomny! Przecież on śmierdzi. Czemu przywieźliście go do nas, skoro to nie zawał". Jeszcze pacjenta nie dotknął, a już ma pretensje. Tłumaczymy, że nawet jeśli przywieźliśmy jednego, to wcześniej "obrobiliśmy" dziesięciu i oni do szpitala już nie trafią, przynajmniej na razie. Odciążamy więc system, który zwłaszcza w pandemii jest niewydolny. Nie obraziłbym się, gdyby jego pracownicy okazali nam więcej zrozumienia - mówi.

System nie zakłada ich istnienia. Ale skoro już są, traktuje ich jak darmowy element siebie. - Kiedyś wpadłem w trzygodzinną dziurę, dzwoniąc na policję i straż miejską. Mieliśmy pana kompletnie pijanego, który leżał przemarznięty w kałuży i prawdopodobnie nie dożyłby następnego dnia. Dzwoniłem, żeby go wzięli na izbę wytrzeźwień na Kolską. Telepał się z zimna, bo już wpadał w hipotermię, a policja ze strażą miejską się przerzucała odpowiedzialnością, kto powinien go zawieźć. Jak nie oni, to my - stwierdza kierowca "karety".

"Matrix to społeczeństwo w miniaturce"

Wyjazdy do matriksu czasem jednak kończą się śmiechem. - Wczoraj mieliśmy dość ciekawego pacjenta po czterdziestce, który twierdził, że robak mu wszedł do ucha i go gryzie. Owady w grudniu to raczej rzadkość, ale pan był trzeźwy, więc trzeba było to sprawdzić. Zaglądaliśmy mu po kolei do ucha przez otoskop. Jeden mówił, że to może być odwłok, drugi - że strupek. W końcu wezwaliśmy znajomego lekarza, który akurat był w okolicy. Powiedział, że chyba nic tam nie ma, ale na wszelki wypadek trzeba przepłukać. Pojechaliśmy na SOR, gdzie przez 5-6 godzin pacjenta "obrabiało" kilku medyków. Też nie byli pewni, co w tym uchu siedzi. W końcu laryngologia dorwała się do mikroskopu i stwierdziła, że robaka to nie ma, natomiast szkód, jakich pan sobie narobił, gdy próbował tego rzekomego robaka wyjmować patyczkami, jest bardzo dużo - opowiada kierowca "karety".

Zdarzają się też wzruszenia, bo - jak mówi Muszczynko - matrix to "społeczeństwo w miniaturce", więc jest tam także miłość i narodziny. - Mieliśmy panią, która mieszkała na działkach, nie chciała się przenieść do ośrodka dla bezdomnych, więc przyjeżdżaliśmy i doglądaliśmy ciąży. Tuż przed rozwiązaniem okazało się, że pani zakaziła się koronawirusem. Nie miała ubezpieczenia, a musieliśmy załatwić jej miejsce w szpitalu ginekologicznym i w dodatku covidowym, więc to była trochę kombinacja alpejska. Ale udało się, pani urodziła zdrowe dziecko, co wynagrodziło nam ten trud - stwierdza.

W matrixie jest też przyjaźń i poświęcenie. - Kiedyś jechaliśmy do osoby, która mocno się poparzyła, gdy ratowała przyjaciela z pożaru altany na ogródkach działkowych. Bo ludzie w kryzysie bezdomności czasem są ze sobą mocno zżyci. Tworzą społeczności, w których czują się bezpieczniej. Jeden opiekuje się drugim, gdy ten niedomaga. Ale chodzi też o bezpieczeństwo fizyczne, bo gdy trzymają się w kupie, to napitym kibolom trudniej ich napaść i okraść - wyjaśnia.

Przypominają mu się również poruszające sceny, w jakich wziął udział w Wigilię. - W ten dzień jeździmy do nich trochę wcześniej, żeby zdążyć wrócić do rodzin. Doceniają to bardzo, częstują nas ciastkami, jakimś owocem, cokolwiek mają. Oni też świętują, tyle że skromniej niż my. Zapalają świeczkę, żeby podkręcić choć odrobinę świąteczną atmosferę i żeby mogli poczuć, że to nie jest taki zwykły dzień w roku - mówi Rafał Muszczynko.

"Matrix uzależnia"

Najtrudniejsze dla niego jest obserwowanie i wsłuchiwanie się w tragedie mieszkańców matriksu. - Spotykam się tam ze wszystkim: kogoś pobito i okradziono, komuś zmarł bliski, inny za uczciwą pracę nie dostał pieniędzy i nie ma co jeść. Albo ktoś wsiada do karety i mówi: "Mam zdiagnozowaną cukrzycę i nadciśnienie, ale nie mam pieniędzy na leki". Patrzę na człowieka i wiem, że tak naprawdę jest żywym trupem, bo jeśli do 2-3 dni nie dostanie insuliny, to wpadnie w śpiączkę i umrze. Oczywiście, stajemy na głowie i załatwiamy mu insulinę, po prostu ktoś z nas płaci za nią z prywatnych pieniędzy. Ale najgorsza jest świadomość, że mam do czynienia z człowiekiem, który zaraz umrze i nie dlatego, że musi, tylko przez to, że wpadł w jakąś absurdalną dziurę w systemie - podkreśla Rafał Muszczynko.

Jak jednak dodaje, te tragedie nie mogą go zdominować, bo ekipa Ambulansu z Serca ma średnio dziesięciu pacjentów w ciągu dyżuru i gdyby usiedli już przy pierwszym, by z nim popłakać, to dziewięciu pozostałoby bez pomocy. - Nie mogę za bardzo nasiąknąć tymi tragediami też dlatego, że po powrocie do domu muszę zająć się rodziną, a rano iść do zarobkowej pracy. Muszę szybko się otrząsnąć, gdy wracam z uczuciem, że nie daliśmy rady, bo ktoś nam umarł - stwierdza.

Przyznaje, że żona nie jest zadowolona, gdy zbyt długo przebywa w matriksie. - Ale i tak mam szczęście, że wybacza, gdy dzwonię o godz. 21 i mówię, że niestety jeszcze 2-3 godz. muszę tam pobyć. Mam też szczęście, że mój szef jest wyrozumiały i czasem pozwala mi wcześniej wyjść z pracy, by wsiąść do "karety". Jeśli postawiłby mi ultimatum: praca albo "kareta", to musiałbym z matriksu zrezygnować. Więc na to moje jeżdżenie "na karecie" pracuje cała moja rodzina, szef i koledzy. Bez ich wsparcia nie mógłbym jeździć - podkreśla.

- Dlaczego nie rzucę tego w cholerę? Nie umiem usiedzieć w domu przed telewizorem. Muszę się do czegoś przydać. Poza tym matrix uzależnia. Fascynujące jest to poznawanie miasta z poziomu "karety" - mówi.

Jednak najważniejszym powodem, dla którego nie porzuca matriksu jest "to niesamowite uczucie pomagania innym". - Kiedyś ocaliliśmy człowieka, który zamarzał na ulicy. Jak tylko usiadł w "karecie", to zasnął. Prawie się rozpłakałem. Poczuł się tak bezpiecznie w ciepłym ambulansie, że po prostu zamknął oczy. A od kilku dni nie dosypiał, bo tułał się po bramach i nigdzie nie mógł się ogrzać. To uczucie, że mu pomogliśmy, było nieporównywalne z żadnym innym. Różne sporty uprawiałem, chodziłem po ściankach wspinaczkowych, jeździłem na rowerze, latałem do innych krajów, ale wszystko to jest niczym w porównaniu z ratowaniem komuś życia. Nie byłyby w stanie przebić tego wszystkie dragi świata razem wzięte - podsumowuje kierowca Ambulansu z Serca.

Postscriptum

Fundacja Ambulans z Serca finansuje się z wpłat darczyńców, a do paliwa i opatrunków dorzuca się im Caritas. - Marzy nam się jednak nowa "kareta", bo ta 20-letnia jest naszą największą bolączką. Może się zdarzyć, że któregoś dnia nie wyjedziemy na ulice, bo się rozsypie. A kupno nawet używanego ambulansu to są olbrzymie pieniądze. Takie nawet największe truchło, jakie mamy, to koszt 50-70 tys. zł. Nowy wóz kosztuje ponad 400 tys. zł - mówi.

Informacje o tym, jak można wesprzeć Fundację, dostępne są na jej stronie.

DOSTĘP PREMIUM