"Jakbyśmy zabijali im bliskich". O traumie ludzi, którzy uczestniczyli w likwidacji ognisk ASF

Rodzina rolnika wodzi mokrymi oczami za mężczyznami w kombinezonach ochronnych, którzy w chlewni rozstawiają sprzęt. - Wyglądają wtedy, jakbyśmy zabijali im bliskich. Ten widok to dla mnie trauma - mówi Sławomir Cichosz z Inspektoratu Weterynarii, który uczestniczył w likwidacji pięciu ognisk ASF.
Zobacz wideo

Mężczyzna, który widział taką akcję, mówi, że to sceny jak z wojny. Na podwórko zjeżdżają służby i odcinają teren. Z wozów z kogutami wysypują się policjanci i strażacy. Są też przedstawiciele lokalnych władz, no i oni - ubrani od stóp do głów w hermetyczne kombinezony.

Wszystko musi być też "ubrane" w odpowiednie pisma, wśród których najważniejszy jest urzędowy nakaz zabicia wszystkich zwierząt. Na nim stempel, data i podpis. Dzięki temu nie ma wątpliwości, że masowe uśmiercanie w XXI w. jest sygnowane przez oficjalny organ Rzeczpospolitej Polskiej i odbywa się zgodnie z procedurami Unii Europejskiej.

Od tej pory liczy się czas. Akcję masowego zabijania trzeba przeprowadzić jak najszybciej, żeby cierpienie trwało jak najkrócej. Ale i tak wszystko musi potrwać przynajmniej kilka godzin, bo do wybicia jest kilkaset, a czasem nawet tysiące istnień. To ciężka robota fizyczna, podczas której pot leje się po plecach kilku-kilkunastu mężczyzn.

Gospodynie biegają po podwórku i krzyczą: "Nieee!". Momentami krztuszą się tym krzykiem i wpadają w niemą rozpacz. Po ich policzkach płyną wtedy łzy. Kobiety w kombinezonach też nie mogą tego znieść. Na ich twarzach widać rozmazany makijaż.

Następnie wynosi się zwierzęce trupy i za pomocą specjalnych podciągników ładuje na ciężarówki. Po wszystkim mężczyzna, który podpisał się na urzędowej decyzji i w tej akcji uczestniczył, ściąga kombinezon i jedzie do domu. - Po powrocie nawet jak sześć razy wezmę prysznic, to i tak śmierdzę przez kolejne dwa dni. Czy to smród w psychice? Pewnie też - przyznaje.

"Jedynym sposobem walki jest eliminowanie nosicieli"

Tym mężczyzną jest Sławomir Cichosz z Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Krasnymstawie. Uczestniczył w likwidacji pięciu ognisk ASF, czyli afrykańskiego pomoru świń. - Zadyma z ASF na Lubelszczyźnie zaczęła się w 2018 roku. Pierwsze ognisko, z jakim miałem do czynienia, wybuchło poza moim rejonem, w powiecie chełmskim. Pojechałem tam, żeby pomóc kolegom z sąsiedniego inspektoratu. Mieli do uśmiercenia 600 świń. To była moja pierwsza trauma związana z masowym zabijaniem zwierząt. Cały dzień tam spędziliśmy. Byłem w szoku. Gdy w tym samym roku wybuchły dwa ogniska na moim terenie, to już wiedziałem, jak do tego podejść. Później jeszcze w 2019 roku miałem do zlikwidowania kolejne dwa ogniska. Odtąd na szczęście jest spokój – mówi.

Dodaje, że ten spokój może okazać się chwilowy, bo ASF to wirus odporny na mrozy i wysokie temperatury, dlatego trudno go zwalczyć. Ciągle pozostaje w środowisku, więc zakażają się nim dziki i świnie. - Na ASF nie ma szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem walki z nim jest eliminowanie jego nosicieli – stwierdza.

Jak wyjaśnia, wirus do Polski przyniosły w 2014 roku dziki z Białorusi i Ukrainy. Tutaj zakaziły się nim świnie. Przenosi się na narzędziach i pojazdach rolnych, w wodzie i odpadach, które zawierają nieprzetworzone mięso zakażonych dzików. Sławomir Cichosz mówi, że w rozprzestrzenianiu ASF dużą rolę odgrywają też ludzie. - Jeśli nie zostanie odpowiednio wcześnie wykryty u świń, to trafia do chałupniczego przetwórstwa i jest aktywny w produktach spożywczych. Ludziom nie zagraża, ale podróżując z kanapkami z domową wędliną, mogą go rozwlec. Bo resztki tej kanapki mogą przedostać się do świń - tłumaczy.

Podaje przykład ogniska ASF, które ostatnio wybuchło na dużej słowackiej fermie. - Na tym terenie nie ma dzików z ASF, a mimo to wirus pojawił się w fermie liczącej ponad 20 000 świń. Nie wykryto, jak to się stało, ale tłumaczę to sobie tak, że wirusa przywieźli pracownicy pochodzący z krajów, gdzie ASF się rozprzestrzenia. Mogli go przywlec w domowej wałówce. Ludzi nie da się upilnować, mają swoje nawyki żywieniowe i dlatego ten wirus się rozprzestrzenia - podkreśla.

U świń ASF powoduje chorobę, której ostre objawy nasz rozmówca porównuje do tych znanych z gorączki krwotocznej u ludzi (Ebola). - Na skórze są czerwone plamy, które świadczą o tym, że krew wydostaje się z naczyń pod skórę. Pojawia się gorączka. Uszy najpierw są czerwone, a później stają się fioletowe. Do tego mogą dojść krwawa biegunka i wymioty. Zwierzę bardzo cierpi i może paść - opisuje.

Zazwyczaj jednak nie dochodzi do tak gwałtownego przebiegu choroby. - Z moich obserwacji wynika, że ostra jej postać, która powoduje zgony, dotyczy 10-15 proc. populacji. Jak pobieraliśmy próbki w takim stadzie, to stwierdzaliśmy, że reszta była zdrowa. Ale mogłaby rozchorować się później, więc gdy tylko wykrywamy wirusa, to wdrażamy procedurę jego zwalczania, która niestety polega na jak najszybszym wybiciu wszystkich zwierząt i dezynfekcji – mówi.

Nakaz zabicia

Zazwyczaj dzień przed rzezią odbiera telefon od lekarza weterynarii albo od samego rolnika i słyszy, że w gospodarstwie padło kilka świń lub że mają objawy przypominające ASF. Sławomir Cichosz pakuje wtedy sprzęt, ubranie ochronne, narzędzia do dezynfekcji i jedzie do tego gospodarstwa. Na miejscu ogląda zwierzęta, mierzy im temperaturę i pobiera próbki krwi.

- Później idę do domu gospodarza i zamieniam się w urzędnika, czyli wydaję mu nakaz izolacji zwierząt. Nie może ich sprzedać, kupić nowych, wywieść ściółki ani paszy, czyli zero ruchu w gospodarstwie. Gdy już ma to na papierze, wracam z próbkami do Inspektoratu Weterynarii, ubieram je w odpowiednie pisma i wysyłam do laboratorium. Ale jeśli już wtedy podejrzewam ASF, to dzwonię do żony i mówię: "Sorry, nie wrócę dzisiaj, muszę przygotować do powołania sztab kryzysowy". Bo gdy wynik przyjdzie następnego dnia, wszystko już musi być gotowe. Zanurzam się więc w papierologii, piszę zawiadomienia do wójtów, starostów i lekarzy weterynarii o ognisku ASF na ich terenie - tłumaczy.

Jeśli następnego dnia przychodzi wynik dodatni, jedzie ze współpracownikami do gospodarstwa. - Tam idę do hodowcy, wydaję nakaz zabicia wszystkich jego świń i poddania utylizacji tych zwierząt, ale też ściółki, paszy, materiałów z drewna w chlewni. Decyzja jest wystawiona na rolnika, więc formalnie to on powinien się tym zająć, ale w praktyce wszystko robi Inspekcja Weterynaryjna. Inaczej w życiu byśmy nie zwalczyli tej choroby - podkreśla Sławomir Cichosz.

"Jakbyśmy zabijali im bliskich"

Nie robi się tego w rzeźni, bo - jak tłumaczy lekarz weterynarii - przy chorobie zakaźnej zwierzęta nie mogą opuszczać siedziby stada. Wszystko więc odbywa się w gospodarstwie rolnika. Niejednokrotnie na jego oczach i całej jego rodziny. - Czasem chcą przy tym być, bo właśnie tracą całą hodowlę, z której żyli. Wyglądają wtedy, jakbyśmy zabijali im bliskich. Ten widok to dla mnie trauma - przyznaje Cichosz.

Na twarzach ludzi widać smutek i płacz. Często popadają w rozpacz i krzyczą, a czasem pojawia się też agresja. - Rozmawiam z nimi w taki sposób, żeby do niej nie dochodziło. Mnie się to nie przytrafiło, ale słyszałem od kolegów, że niekiedy gospodarze nie chcą przepuścić lekarzy weterynarii do chlewni, do akcji musi wkroczyć policja i dochodzi do szarpaniny - mówi.

Rodzina rolnika wodzi więc mokrymi oczami za mężczyznami w kombinezonach ochronnych, którzy w chlewni rozstawiają sprzęt. - Są trzy metody humanitarnego zabijania zwierząt. Pierwsza to usypianie farmakologiczne, za pomocą zastrzyku. Sprawdza się tylko w małych gospodarstwach, gdzie jest kilka świń. W większych takie zabijanie za długo trwa, co powoduje zbyt duży stres u zwierząt. Druga to uśmiercenie gazem, dwutlenkiem węgla, ale w chlewniach tego nie można zrobić, bo to są pomieszczenia otwarte i kręcą się tam ludzie. Gaz stosujemy przy zwalczaniu ptasiej grypy. W kurnikach, gdzie jest np. kilkanaście tysięcy ptaków, zamykane są wszystkie okna, budynek jest uszczelniany, ludzie wychodzą, podjeżdża cysterna z tonami CO2 i ten gaz jest tam wpuszczany. Wygląda to masakrycznie, ale to najlepszy sposób, żeby te zwierzaki nie cierpiały, nie były narażone na zbyt duży stres - tłumaczy.

- W przypadku średniego gospodarstwa, które liczy np. 600 świń, zostaje trzecia metoda, czyli prąd. To robi wynajęta ekipa z doświadczeniem, która na co dzień pracuje w rzeźni. Ma aparat ubojowy, czyli takie kleszcze, które przystawia są do głów kolejnych świń i one padają. Trwa to parę sekund. Po ich upływie lekarz weterynarii podchodzi i sprawdza, czy zwierzę już nie żyje - opisuje.

Na tym jego rola jednak się nie kończy. Wśród 600 świń są małe prosiaki, większe warchlaki i lochy, które ważą po 200 kg. Cichoszowi zależy, żeby ta traumatyzująca akcja trwała jak najkrócej, dlatego się w nią włącza. - Liczy się tylko to, żeby te zwierzęta jak najszybciej zabić i żeby jak najmniej cierpiały. Małe łatwiej i szybciej poskromić, dlatego są usypiane farmakologicznie i tym się zajmują lekarze weterynarii. To była dla mnie trauma, która pozostała ze mną przez dłuższy czas. Młode gospodynie, które wcześniej wszystko obserwowały, przy usypianiu młodych nie wytrzymywały i wybiegały z chlewni – wspomina. 

Po wszystkim zostaje widok np. 600 ciał zabitych zwierząt. - Dla mnie, lekarza weterynarii, który uczył się przez wiele lat, jak pomagać zwierzętom, to obraz masakryczny. To jest po prostu szok. Ale nie ma innego wyjścia, żeby tę chorobę zlikwidować - dodaje.

Uśmiercone zwierzęta wynosi się z chlewni i ładuje na podnośnik, który wyciąga je na kolejne ciężarówki. - Do noszenia dołączają wszyscy: lekarze weterynarii, strażacy, nawet gospodarze. Wszystko po to, żeby było szybciej. By zwłaszcza rolnicy nie musieli patrzeć na to dłużej, niż to konieczne - mówi.

Ciężarówki przewożą ciała zwierząt do zakładu utylizacyjnego. Tam maszyna je rozdrabnia, po czym gotowane są ogromnych kadziach, w których ginie wirus. Na końcu pozostaje tylko mączka.

Najczarniejszy scenariusz

Cichosz lekarzem weterynarii jest od 2005 roku i przez 14 lat prowadził swój gabinet. Jeździł do zwierząt gospodarskich i domowych, którym - jak mówi - codziennie ratował życie. - Oczywiście zdarzało się, że poddawałem zwierzę eutanazji. To też było dla mnie przeżycie, ale tłumaczyłem sobie, że nie miałem innego wyjścia, bo np. zwierzę było śmiertelnie chore lub po wypadku i cierpiało. Natomiast przy likwidacji ognisk ASF zaskoczyła mnie skala. Jestem zszokowany marnotrawstwem tylu istnień. W dodatku większość z tych wybijanych świń jest zdrowa. Zastanawiałem się, czy nie można byłoby tego jakoś inaczej ustawić, ale nie da się. Prawdopodobnie choroba by się rozprzestrzeniła i spowodowała śmierć jeszcze większej liczby zwierząt - stwierdza.

Jak dodaje, większość ludzi wyobraża sobie lekarza weterynarii jako kogoś, kto stoi nad "zielonym stolikiem i zagląda psu lub kotu w pyszczek". - Tymczasem to zawód, w którym często obcuje się ze śmiercią. Każdy z nas ma wśród znajomych po fachu przypadki prób samobójczych. Niestety, skuteczne. Czy zdarza się to tym, którzy likwidują ogniska ASF? Jeszcze nie słyszałem. Ale lekarze ze słabszą psychiką mogą tego nie wytrzymać, pójść w alkohol albo targnąć się na swoje życie - przyznaje.

Boi się najczarniejszego scenariusza, czyli wyjazdu do likwidacji ogniska ASF, w którym byłoby kilkanaście tysięcy zwierząt do uśmiercenia. - Część z nich to byłyby ciężarne i matki, które dopiero co się wyprosiły (urodziły). Nie wyobrażam sobie, żebym mógł w czymś takim uczestniczyć. Co prawda, usypiałem już prosięta, ale jeden miot. A w dużej fermie jest ich setka i w dodatku takich, które nawet nie wyschły po porodzie. To jest coś przerażającego - podkreśla.

Mówi, że na obrazy masowego ubijania świń nie da się uodpornić. Przywozi je do domu i próbuje radzić sobie z nimi, "zaszywając się w pracy przy ratowaniu zwierząt po godzinach albo oddając się rodzinnemu życiu". - Właśnie dołączył do niego drugi kot, przybłąkało się to stworzenie i musiałem je odrobaczyć. Moi synowie nazwali go Mietkiem, ale ja mówię na niego Mieczysław, żeby dodać mu powagi - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM