"Obiecasz nam, że nie zostaniemy wyrzuceni?". Kryzys humanitarny na granicy nadal trwa

Kryzys humanitarny na polsko-białoruskiej granicy trwa od sierpnia. Migrantom na ratunek rusza wielu aktywistów, m.in. Marianna Wartecka z Fundacji Ocalenie. - To jest doświadczenie, którego nigdy nie spodziewałabym się w Polsce, gdzie przecież nie było ostatnio żadnej wojny czy innych zdarzeń uzasadniających to, że nie można udzielić tym ludziom pomocy humanitarnej - powiedziała w TOK FM.
Zobacz wideo

Interwencje aktywistów w lasach na Podlasiu cały czas się zdarzają, choć prób przedostania się migrantów do Polski jest ostatnio mniej. "W serwisach informacyjnych jest już o tym cicho, ale u nas bez zmian - są ludzie w lasach. Cierpią. Przedwczoraj były dzieci, dziewczynka i chłopiec z Syrii, 8 i 10 lat. Trwają nielegalne wywózki" - pisze na Facebooku prawnik Kamil Syller, mieszkaniec Podlasia, który od miesięcy zaangażowany jest w pomaganie uchodźcom.

Inna aktywistka - Marianna Wartecka z Fundacji Ocalenie - powiedziała w TOK FM, że ostatnio pomagała 16-letniemu Obadahowi z Syrii, który ostatecznie trafił do domu dziecka. Tym razem nie doszło do dramatu, ale widziała już ich wiele. Przed oczami nadal ma licznych migrantów błagających o pomoc. - Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, by któryś z uchodźców zareagował na nas negatywnie. Nigdy nie było żadnej agresji - zastrzega.

Dodaje natomiast, że podczas wszystkich jej interwencji spotyka się ze strachem uchodźców. - Ci ludzie się boją. W momencie, gdy do nich przychodzimy, nie mają jeszcze stuprocentowej pewności, że mogą nam zaufać. Wtedy ten strach jest dominujący. Choć w trakcie naszego spotkania to się zmienia. To ważne dla nich psychicznie, że mają kontakt z osobami, które chcą je wesprzeć, próbować zrozumieć. Te osoby po raz pierwszy w tym lesie spotykają się z sytuacją, że ktoś chce im pomóc, ich wysłuchać, dać im ciepłe ubrania. I wtedy pojawiają się - choć na chwilę - inne, już pozytywne emocje. Ale też gesty - przytulenie, podanie ręki, uścisk dłoni - mówi aktywistka.

"Obiecasz nam, że nie zostaniemy wyrzuceni?"

Mariannie Warteckiej w pamięć najbardziej zapadła interwencja związana z pomocą czterem młodym chłopakom z Afganistanu. - Wiedziałam, że chcą złożyć wnioski o ochronę międzynarodową, a tym samym, że będziemy musieli wezwać Straż Graniczną, aby tę procedurę rozpocząć. Jeden z nich bardzo dobrze mówił po angielsku. Musiałam odpowiadać mu na bardzo trudne pytania. Na przykład, czy mogę mu obiecać, że nie zostaną wyrzuceni, że nie spotka ich kolejny pushback i że ich wnioski zostaną przyjęte. Musiałam mu powiedzieć, że nie mogę nic obiecać. Nikt z nas nie może - przyznaje.

Działaczka "Ocalenia" tłumaczy, że nigdy nie wiadomo, jak zareagują konkretni funkcjonariusze Straży Granicznej - czy pomogą i zabiorą daną osobę do szpitala, czy dadzą jej szansę na złożenie wniosku o azyl. - Naprawdę trochę jest tak, że ktoś ma szczęście, a ktoś ma pecha. Wszystko jest losowe, niezależne od uwarunkowań prawnych czy systemowych - tłumaczy.

Jak dodaje, przy takich historiach zawsze pojawia się dylemat, czy informować media. Bo z jednej strony wiadomo, że to może pomóc, ale z drugiej... - To nie jest przecież moment w życiu tych ludzi, który chcieliby upubliczniać, pokazywać całemu światu. Ale wiemy, że obecność kamer, aparatów może odnieść pozytywny skutek - tłumaczy aktywistka.

Marianna Wartecka mówi, że w lesie na granicy trzeba podejmować szybkie decyzje. Najczęściej nie ma czasu na długie zastanawianie się. Wszystko dzieje się "tu i teraz". Dlatego potem do tych decyzji się wraca. - Często jest tak, że zastanawiamy się, czy w danej sytuacji mogliśmy coś zrobić lepiej, czy inna decyzja nie byłaby lepsza. Ale nasze pole możliwości i decyzyjności jest bardzo ograniczone przez system, w którym funkcjonujemy - dodaje nasza rozmówczyni.

Gdy pytamy, jak bardzo zmieniło się od sierpnia jej życie, odpowiada, że nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że będzie obserwować na własne oczy dramaty uchodźców - przerażonych ludzi, ich płacz, nerwy, ogromny ból i cierpienie. I że nie będzie mogła tych ludzi z lasu zabrać, by im pomóc: nakarmić, zapewnić bezpieczny dach nad głową czy pomoc lekarską. - To jest doświadczenie, którego nigdy nie spodziewałabym się w Polsce, kraju w Europie, stosunkowo zamożnym, w którym przecież nie było ostatnio żadnej wojny czy innych zdarzeń uzasadniających m.in. to, że nie można udzielić tym ludziom pomocy humanitarnej - podkreśla Wartecka.

Z sondażu IPSOS opublikowanego przez Okopress wynika, że aż 72 procent Polaków i Polek opowiada się za pomocą humanitarną na polsko-białoruskiej granicy.

DOSTĘP PREMIUM