"Każdy przywozi diament na miarę swoich możliwości". O zakazanych rzeczach, które Polak ma w walizce

Podróbki markowych torebek, maski z żółwi i mikstury ze skorpionów na potencję - to wszystko "diamenty", które celnicy na lotniskach znajdują w bagażach Polaków. Są jeszcze zawiniątka w jelitach "połykaczy". - Każdy przywozi "diament" na miarę swoich możliwości - mówi celniczka Daria Nowacka.
Zobacz wideo

Na taśmie przejeżdżają przed nią bagaże, a w nich wszystko, w co Polacy ubierają swoją codzienność na wakacjach, urlopach i wyjazdach służbowych. Są więc markowe ciuchy, perfumy na specjalne okazje i... wspomagacze.

- Tych jest coraz więcej. Chodzi o różne antydepresanty, uspokajacze i pigułki polepszające nastrój na receptę. Chyba wielu osobom sam wyjazd na wakacje już nie wystarcza i potrzebują go podkręcać chemicznie. Nie dziwię się, bo trudno po 11 stresujących miesiącach w pracy nagle zrobić pstryk, zmienić krajobraz przed oczami i znaleźć spokój. Tym bardziej, że wielu na wakacje bierze służbowe laptopy i ciągle tam sprawdza firmowe maile. Wakacje XXI wieku to dla niektórych ciąg dalszy codziennej udręki i trochę to widać na naszej taśmie z bagażami - mówi celniczka Daria Nowacka.

Większość z nich stosuje się do przepisów i przewozi nie więcej niż pięć najmniejszych opakowań danego leku. - Ale niektórzy nie znają tej zasady albo celowo ją łamią, bo przykładowo w Turcji kupili leki bez recepty, w dodatku o wiele taniej i nie mogli się powstrzymać - tłumaczy Hubert Leonik, funkcjonariusz Oddziału Celnego Osobowego na Lotnisku Chopina w Warszawie.

Wtedy rentgen do prześwietlania bagaży pokazuje kształty zbyt wielu opakowań, a wpatrzone w ekran oczy celników się ożywiają. - Proszę podróżnego na bok, by tam otworzył bagaż. Bywa, że znajduję większe ilości leków i wtedy pasażer musi się z nimi pożegnać - opowiada Daria Nowacka.

Jak dodaje, zdarzają się wśród nich specjalne "medykamenty", np. mikstura ze skorpionów czy chronionych gatunków zwierząt. - Kiedyś kobieta, która przewoziła taką miksturę, wpadła w szał, że ośmielam się zaglądać jej do walizki. Później poczerwieniała, ale ze wstydu. W końcu zaczęła cicho tłumaczyć, że to lek na przetrwanie związku. Gdy dopytywałam, o co chodzi, odpowiedziała: "To dla męża. No wie pani, na potencję" - opisuje celniczka.

Kiedy ciało podróżnego wpada w dygot?

Zanim pasażer trafi do specjalnego pokoju kontroli, kładzie na taśmie swój bagaż i zazwyczaj przechodzi przez tzw. zielony korytarz, który jest przeznaczony dla osób deklarujących, że nie mają nic do oclenia. Czasem idzie "na pewniaka", nie dając nic po sobie poznać, a niekiedy zaczyna się pocić, ma rozbiegane oczy, a jego ciało wpada w dygot.

- Bardziej niż na obserwację mowy ciała zdajemy się na obraz skanowanych bagaży. Jesteśmy na tyle doświadczeni, że potrafimy wyłapać w nim wzrokowo podejrzane kształty. Czekamy wtedy, aż pasażer zabierze swoją walizkę i zapraszamy go do pokoju kontroli. Tam robimy rewizję i okazuje się, czy nasze podejrzenia się potwierdzają - tłumaczy Grzegorz Swoboda z lotniska w Katowicach-Pyrzowicach.

Wśród rzeczy, które najczęściej budzą jego podejrzenia, są papierosy i alkohol. Do krajów Unii Europejskiej można wwieźć bez opłat celnych karton (200 sztuk) papierosów, litr mocnego alkoholu (powyżej 22 proc.), 4 litry wina oraz 16 litrów piwa. - Powyżej tych limitów nakładamy kary, a nadwyżkę przewożonych towarów zatrzymujemy i kierujemy do utylizacji. Kary są dość wysokie. Jeśli ktoś próbuje wwieźć 10 kartonów papierosów, musi się liczyć z tym, że ubędzie mu z portfela 800-900 zł - wyjaśnia.

Hubert Leonik z Lotniska Chopina w Warszawie przypomina sobie kobietę, którą rutynowo zapytał, ile papierosów przewozi. - Pewnie znała przepisy, bo odpowiedziała, że 200. Poprosiłem, by położyła swoje walizki na taśmę i by je otworzyła. Okazało się, że rzeczywiście miała 200, ale kartonów - opowiada.

Drugą grupą rzeczy, które najczęściej zatrzymują celnicy, są towary o wartości powyżej 430 euro. - To markowe torebki, paski, buty, okulary głównie z Dubaju. Zdarza się też elektronika, którą pasażerowie kupują po okazyjnej cenie w Stanach Zjednoczonych i przywożą do Polski bez świadomości, że takie towary trzeba zgłosić do oclenia. Jeśli tego nie zrobią, a my to wykryjemy, musimy te przedmioty zatrzymać - mówi Hubert Leonik.

Z owoców i warzyw przewozić na teren Unii Europejskiej można tylko banany, duriany, ananasy, kokosy i daktyle. Reszta musi wpaść do specjalnego pojemnika na lotnisku, a potem do utylizacji. Trafia tam też sporo produktów, które przewożą tzw. smakosze. - To mięsa, wędliny, jaja, mleko i sery. Najczęściej z Gruzji, ale też z Turcji, Ukrainy, Rosji, Białorusi. Ze względów sanitarnych takie produkty przez kontrolę nie przechodzą - podkreśla Leonik.

Oprócz Polaków-smakoszy niezadowoleni z lotniska wychodzą miłośnicy roślin i zwierząt, którym grozi wyginięcie albo zrobionych z nich rzeczy. - Najczęściej zatrzymujemy rafę koralową, którą podróżni kupują na wakacjach lub znajdują na plaży. Są też skorupy żółwi i zrobione z nich maski, nalewki z węży, buty z krokodyla czy innych chronionych gatunków. Kiedyś mężczyzna przewoził żywego sokoła z Dubaju - wymienia funkcjonariusz z warszawskiego lotniska.

- Jeśli podczas przeszukania widzimy w bagażu np. futro z lamparta, kość słoniową czy skórę niedźwiedzia, a podróżny nie posiada zezwolenia na jego przewóz, to nie ma o czym mówić. Nieważne, czy ktoś jest świadomym przemytnikiem, czy beztroskim turystą - popełnia przestępstwo. Grozi mu za to od 3 miesięcy do 5 lat więzienia - dodaje Grzegorz Swoboda.

Zdarza się też przemyt zabytkowych rzeźb i obrazów. Jeśli funkcjonariusze mają wątpliwości, czy przewóz danego dzieła sztuki jest legalny, robią mu zdjęcie, wysyłają je do rzeczoznawców i konsultują się z nimi. - Jak ktoś wwozi zabytek, to sprawę przekazujemy do sądu, a tam najczęściej na podróżnego nakładana jest kara grzywny, choć możliwa jest też kara 2-letniego więzienia - zastrzega funkcjonariusz z Katowic.

- Żaden Rembrandt ani nawet Malczewski jeszcze nie trafił mi się na służbie. "Moi" podróżni wolą upiększać sobie życie innymi "diamentami" - uśmiecha się Daria Nowacka.

"Każdy przywozi diament na miarę swoich możliwości"

Zdaniem funkcjonariuszki, na lotnisku dobrze widać, że niektórym Polakom nie wystarczają zdjęcia z wakacji, potrzeba im czegoś więcej. - Żeby życie było ozdobione jakimś "diamentem". A że na prawdziwy tak naprawdę wciąż mało kogo stać, to pozostają namiastki, np. podróbki torebek Prady czy Gucciego, paski ze skóry węży i błyskotki. Mają pewnie nadzieję, że dzięki tym rzeczom życie w Polsce będzie im bardziej błyszczało w oczach znajomych - stwierdza.

Przypomina sobie kobietę po trzydziestce, która próbowała wwieźć do kraju buty ze skóry krokodyla. Szybko się okazało, że to tylko udana podróbka, choć podróżna o tym nie wiedziała. - Tłumaczyła, że kilka miesięcy wcześniej przeprowadziła się z chłopakiem do miasta, razem poznali tam ludzi i chciała, żeby ten nowy świat przyjął go jak swojaka. A że miała o tym świecie wyobrażenie, jakie miała, to kupiła narzeczonemu właśnie te buty na wakacjach. Widać, każdy przywozi "diament" na miarę swoich możliwości - mówi celniczka i dodaje, pasażerka straciła jednak buty, bo podróbek również nie można przewozić.

Daria Nowacka zakłada, że niektórzy na wyrobach z egzotycznych zwierząt pewnie chcą zarobić, ale dla innych stały się one synonimem luksusu. - Oglądają bogaczy na filmach, którzy mają nad kominkiem np. drobiazg z kości słoniowej, więc chcą do nich doskoczyć. Pamiętam, że jeden pan mocno się wkurzył, gdy znalazłam w jego bagażu taką kość. Krzyczał, że Amerykanin może ją mieć, a Polak to co, ma być gorszy?! - opowiada celniczka.

W środku rozdrażnienie, na zewnątrz poker face

Niekiedy podróżni wszczynają awantury albo płaczą, gdy funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej odkrywają w ich bagażach zakazane rzeczy. - Czasem robi się bardzo nerwowa atmosfera, gdy coś dzieje się nie po ich myśli, czyli gdy zatrzymujemy ich towar i grożą im konsekwencje - mówi Grzegorz Swoboda.

Najbardziej go zaskoczyło, kiedy młody chłopak dochodząc do stanowiska kontroli celnej, dostał ataku epilepsji. - Myślę, że puściły mu wtedy nerwy. Zareagowaliśmy z kolegą szybko, wzywając lekarza, który na szczęście był wśród pasażerów - wspomina.

Przyznaje, że emocji w jego pracy nie brakuje. Niekiedy wyładowują je pasażerowie, którzy czekają na bagaże nawet dwie godziny. Zmęczenie po podróży przechodzi wtedy we frustrację, która wylewa się na funkcjonariuszy, bo to z nimi jako pierwszymi turyści mają kontakt.

- Ale i tak najgorzej jest z niektórymi młodymi ludźmi wychowanymi na tiktokach. Są roszczeniowi i już pozbawieni szacunku dla munduru. Im jestem starszy, tym słabiej to znoszę. Nie czekając na odbiór bagażu, przechodzą przez nasze stanowiska kontroli celnej i idą na papierosa, a później wracają. Tłumaczę, że nie przechodzi się przez strefę dozorowaną, zanim odbierze się bagaż. Bo tu jest kontrola celna. Bywa, że wtedy słyszę: "To ty, gościu, przynieś mi walizkę". Bezczelność – mówi.

Hubert Leonik z Lotniska Chopina dodaje, że w takich sytuacjach emocje są po obu stronach, tyle że funkcjonariusze przeżywają je "do wewnątrz". - Gdy pasażer rzuca walizkami, kopie je w moją stronę, ma nieprzyjemne odzywki albo krzyczy, że chcę grzebać w jego bieliźnie albo robię z niego przemytnika, to też jestem rozdrażniony, ale mam poker face i tłumaczę spokojnym tonem, na czym polega moja praca. Wszystko po to, by nie zaogniać sytuacji – opowiada.

Niekiedy jednak kontrola bagażu zamienia się w groteskę. Tak było na warszawskim lotnisku z pewnym paparazzi, który dałby się pokroić za swoje zdjęcia. - Pojawił się tam tylko po to, żeby zrobić zdjęcia celebrytce, która akurat wróciła z wakacji. Skierowaliśmy go do kontroli, a on strasznie się gorączkował. Wyrywał się i pytał wściekły: "Dlaczego ja, a nie inni?". Gdy celebrytka zaczęła wychodzić z lotniska, nagle rzucił się za nią. Wołaliśmy, żeby natychmiast wrócił, ale uciekł. Powiadomiliśmy służbę ochrony lotniska, przyjechała też policja, w końcu go zatrzymali i musiał poddać się kontroli. Okazało się, że nie przewoził niczego niedozwolonego, ale został surowo ukarany za utrudnianie nam działań – wspomina Hubert Leonik.

Połykacze

Zdarza się, że szmuglowanych towarów nie widać na monitorze podpiętym do rentgena, bo pasażerowie ukrywają je w ciałach. - To tzw. połykacze, którzy przewożą narkotyki drogą wewnątrzustrojową. Porcjują je na małe dawki, zawijają szczelnie w folijki i połykają. Zażywają do tego jeszcze tabletki, które spowalniają metabolizm, żeby za szybko nie wydalić paczuszek – tłumaczy Hubert Leonik.

By móc wykryć taki przemyt, funkcjonariusze robią tzw. analizę ryzyka. Ich uwagę zwracają np. pasażerowie, którzy przylatują z Ameryki Południowej, ale zanim dotrą do Polski, przesiadają się w dwóch-trzech krajach europejskich. Oprócz zawiłej trasy celnikom do myślenia daje fakt, że tacy podróżni często pilnują się, by za bilety płacić tylko gotówką.

- Jeśli mamy podejrzenie, że ktoś może przemycać narkotyki, robimy mu testy na ich obecność w moczu. Bo mimo że narkotyk jest szczelnie zapakowany, to w minimalnych ilościach przedostaje się do organizmu. Jeśli test wychodzi pozytywnie, podróżny musi jechać na szczegółowe badania do szpitala, a gdy i one potwierdzą obecność narkotyków w jego ciele, musi za przemyt ponieść konsekwencje – mówi funkcjonariusz z warszawskiego lotniska.

Daria Nowacka dodaje, że "połykacze" czasem nie wyglądają na profesjonalistów, po których można byłoby się spodziewać stalowych nerwów. - Te zawiłe międzynarodowe trasy, częste kontrole na lotniskach i świadomość, że popełniają przestępstwo dużego kalibru, niekiedy robią z nich kłębki strachu. Ale w naszej pracy nie wystarczy zauważyć czyjś strach, by uznać człowieka za przemytnika. Tak pewnie jest w państwach z reżimową władzą. U nas strach jest taki, jaki jest, czyli mylący. Bo wiemy, że może wynikać choćby z kompleksu nieśmiałości – podkreśla.

Czas strachu

Jej zdaniem strach i niepokój to najbardziej uniwersalne emocje, które widać na lotniskach. - Pojawiają się na twarzach biznesmenów, celebrytów i zwykłych rodzin latających tanimi liniami. Ja też czuję niepokój, gdy przechodzę kontrolę na lotnisku w Nowym Jorku, bo choć nie mam nic na sumieniu, to nigdy nie wiem, czy nagle nie zrobi się jakiś twist i czy nie zostanę zawrócona do Polski – przyznaje.

Jak dodaje, mimo że w Europie de facto już nie ma granic, to jednak dalej istnieją w naszych głowach. - Znakiem, że na nich stajemy, jest właśnie niepokój. Wiem z opowieści starszych kolegów, że strachu jest więcej na lotniskach, gdy światem wstrząsają zamachy terrorystyczne. Tak pewnie będzie też, gdy nasilą się wędrówki migrantów z powodu katastrofy klimatycznej. Mój mąż, który jest politologiem, mówi, że jeszcze zanim przejdę na emeryturę, jako pierwsza poczuję w swojej pracy, że wszyscy wchodzimy w czas strachu. Odpowiadam, że wtedy przejdę na jego utrzymanie, bo nie chce na to patrzeć – podsumowuje celniczka.

DOSTĘP PREMIUM