"Co zrobiłam, że zabrali mi dziecko?". Koszmar mamy małej Julii po błyskawicznej decyzji sądu

Julia miała trzy dni, gdy sąd odebrał ją karmiącej piersią mamie. Decyzję podjął na podstawie jednego faksu. - Położna powiedziała, że zabrali mi dziecko. Chciałabym przytulić córeczkę, a nie mogę. Dlaczego? Co ja zrobiłam? - pyta Patrycja Kozłowska.
Zobacz wideo

Julia ma niespełna miesiąc. Już w trzecim dniu jej życia zaczęła się historia, której prawie wszyscy bohaterowie płaczą lub cierpią na bezsenność.

- Opiekowałam się nią tylko w pierwszych dniach. Z początku położne pomagały mi zmieniać jej pieluszki, w końcu się tego nauczyłam. Jak malutka popłakała, to ją uspokajałam i usypiała ładnie w łóżeczku. Później dostałam wypis ze szpitala, ale dalej do niej przychodziłam, żeby ją karmić. Tego 17 stycznia też przyszłam, ale okazało się, że już jej nie ma. Pani położna powiedziała tylko, że zabrali mi dziecko. Dlaczego to się stało? Przecież nic złego nie zrobiłam. Od ponad dwóch tygodni nie śpię - mówi 25-letnia Patrycja Kozłowska.

- Ciągle oglądamy nagrania Julki, które zrobiliśmy telefonem w szpitalu. Trudno po tym spać po nocach - dodaje 27-letni Michał Dragon, ojciec dziewczynki.

- Gdy usłyszałam o tej historii, przez dwa tygodnie nie mogłam spać, mimo że jestem już doświadczoną prawniczką - przyznaje pełnomocniczka pary Ewa Dobrucka-Ruka.

- Jest mi cholernie trudno z tą historią - przełyka łzy prezeska Fundacji Szczęśliwej Drogi Kamilla Gibas.

Płakała też sama Julia, gdy mama widziała ją na ekranie telefonu. Tylko tak - przez kamerkę - mogła zobaczyć dziecko i tylko raz w ostatnich dwóch tygodniach. - Chciałabym przytulić córeczkę, a nie mogę. Dlaczego? Co zrobiłam, że mi ją zabrali? - powtarza kobieta.

Większość życia w domach dziecka

Patrycja i Michał poznali się dwa lata temu, przez wspólnych znajomych. - Z początku pisaliśmy do siebie na Messengerze, później spotykaliśmy się u kolegów. Ciężko mi było ją przekonać do siebie, chyba się wstydziła. Aż w końcu kiedyś odprowadziłem ją do domu i mnie objęła. Dała mi nawet buziaka - uśmiecha się Michał.

Pomyślał wtedy, że wszystko nareszcie zaczyna się układać. Miła odmiana po tym, kiedy - jak mówi - życiowy start okazał się niefartem. - Całe dzieciństwo spędziłem w domach dziecka. Najpierw na Dalibora w Warszawie, potem na Rakowieckiej, w Brwinowie u sióstr zakonnych, w końcu na Jaktorowskiej w domu im. Janusza Korczaka - wymienia.

Po wyjściu z ostatniego bidula był zagubiony, jak wielu ludzi z podobną przeszłością. Nie bardzo wiedział, jak załatwić sprawy w urzędzie, a co dopiero znaleźć stałe zatrudnienie i mieszkanie. Niby skąd miałby mieć o tym pojęcie? Dlatego wejść w dorosłość pomogła mu Fundacja Szczęśliwej Drogi. - Jak trafił do nas, był w kryzysie bezdomności. Miał problemy z wysławianiem się, bo jest osobą z lekką niepełnosprawnością intelektualną. Nie wiedział, gdzie trzeba pójść, żeby odnowić orzeczenie o niepełnosprawności, co ułatwia znalezienie pracy dzięki PFRON (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych) - wspomina Kamilla Gibas, prezeska fundacji.

Jej pracownicy i wolontariusze pomogli Michałowi znaleźć i odremontować mieszkanie. Nauczyli go, jak gospodarować pieniędzmi i załatwiać codzienne sprawy. - Zresztą nie tylko my mu pomogliśmy, wokół niego pojawiła się cała masa życzliwych ludzi. Dzięki temu zrobił gigantyczny skok. Niesamowite, jak mózg może się rozwinąć, jak człowiek może powiększyć zasób słownictwa i umiejętności społeczne, gdy ma wokół siebie dobrych ludzi. Jesteśmy z niego dumni. To niezwykły człowiek z dużym poczuciem przyzwoitości i potrzebą rozwoju – ocenia.

Gdy Michał znalazł stałą pracę w firmie ochroniarskiej i umościł się w życiu, Kamilla Gibas pomyślała, że on ma już wszystko. Chłopak jednak powtarzał, że trawi go niedosyt, bo potrzebuje jeszcze miłości. - W końcu poznał Patrycję, która też ma lekką niepełnosprawność intelektualną. Okazała się dla niego spełnieniem życiowym, więc bardzo im kibicowaliśmy w fundacji. Kochają się, wspierają, a czasem przekomarzają, jak każda para - opisuje.

- Kiedyś powiedziałem narzeczonej, że chcę wziąć z nią ślub, założyć rodzinę i mieć dziecko jeszcze przed trzydziestką. Zgodziła się. Po tym niełatwym dzieciństwie wreszcie pojawiła się okazja, by spełnić marzenie - opowiada Michał.

Spełniło się 8 stycznia tego roku, kiedy urodziła się Julia. - Gdy zobaczyłem ją w ramionach Patrycji, przytuliłem je obie. Ale tak delikatnie, bo Patrycja miała szwy po porodzie. Chciałem wziąć córkę na ręce, ale bałem się - wspomina.

Teraz żałuje, że tego nie zrobił, bo to - jak dotąd - był ostatni raz, kiedy miał okazję przytulić córkę.

"Zagrożenie dla zdrowia noworodka"

Patrycja i Michał mieszkają w starym, zdezelowanym budynku. Choć mieszkanie udało się odremontować i przerobić taras na łazienkę, to nadal ogrzewają je tylko kozą. - Tam jest ładnie, ale strasznie zimno. Kiedyś ich odwiedziłam, oboje siedzieli zmarznięci, więc poprosiłam Michała, żeby zagrzał. Patrycja nie umiała napalić w kozie, dlatego siedziała w zimnie, gdy on rano wychodził do pracy. Zaproponowałam, że przydzielę jej taką asystentkę rodzinną, która wszystkiego ją nauczy: ogrzewania mieszkania, gotowania, sprzątania itd. Ale Patrycja nie chciała – wspomina Kamilla Gibas.

Pomyślała, że nic na siłę, odpuściła. Gdy jednak dowiedziała się, że Patrycja jest w ciąży, znowu się do nich odezwała. - Powiedziałam: "Słuchajcie, pomożemy wam, bo inaczej nie będziecie w stanie zaopiekować się dzieckiem". Michał się na mnie obraził i straciłam z nim kontakt. Później pytałam osoby, które bywały u niego i Patrycji, czy jest tam lepiej i czy zamontowano grzejniki na prąd. Ale nic się nie zmieniło i dalej było straszliwie zimno - opowiada.

Patrycja urodziła 8 stycznia w Szpitalu św. Zofii w Warszawie, a dwa dni później dotarło tam pismo, w którym Kamilla Gibas w imieniu fundacji informowała o warunkach, w jakich mieszkają Michał i Patrycja. "Mamy poważne przypuszczenia i obawy, że powrót p. Patrycji z nowo narodzonym dzieckiem do mieszkania będzie stanowił bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia noworodka. […] Zwracamy się z prośbą o otoczenie p. Patrycji i jej dziecka specjalną opieką oraz kontakt z odpowiednimi służbami w opisanej sprawie" - podkreśliła.

- Decyzja o wysłaniu tego pisma była dla mnie bardzo trudna, bo Michał jest mi strasznie bliski, ale bałam się o dziecko i miałam poczucie, że coś powinnam zrobić. Najpierw zadzwoniłam do ośrodka pomocy społecznej, żeby zapytać, jak można ich wesprzeć. Nie udało mi się dodzwonić, więc porozmawiałam ze szpitalem. Tam poproszono mnie o opisanie sprawy, co też zrobiłam. Poprosiłam o wszczęcie odpowiednich procedur, bo standardem jest, że szpital w takiej sytuacji kontaktuje się z OPS. Byłam przekonana, że tak zrobią - mówi.

Jak dodaje, już po wysłaniu pisma do szpitala, jeszcze raz zadzwoniła do OPS, gdzie usłyszała, że Michał z rodziną mogliby zamieszkać w ośrodku interwencji kryzysowej. - To takie miejsce, gdzie ludzie w kryzysie mogą przebywać do sześciu tygodni w cieple, korzystać ze wsparcia psychologa i jak trzeba, to też pielęgniarki. Byłam przekonana, że w ten sposób uda się im pomóc. Chciałam, żeby ośrodek pomocy zobaczył, czy Michał i Patrycja są w stanie podołać opiece nad dzieckiem, czy potrzebują pomocy. Ustaliłam z panią z OPS, że zadzwoni do szpitala. Tyle że jak to zrobiła, było już po wszystkim - opisuje prezeska Fundacji Szczęśliwej Drogi.

"Telefon się ścinał i tak marnie było widać moją córeczkę"

Szpital św. Zofii w Warszawie natychmiast przekazał pismo Kamilli Gibas do Sądu Rejonowego dla Warszawy Woli, dodając: "W trosce o dobro i bezpieczeństwo małoletniej Julii proszę o wydanie zarządzeń opiekuńczych".

Na to sędzia Monika Kopeć - na posiedzeniu niejawnym - zareagowała błyskawicznie, bo jeszcze tego samego dnia, 11 stycznia: "Sąd postanawia (...) zarządzić wszczęcie z urzędu postępowania z udziałem Patrycji Kozłowskiej o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad małoletnią Julią Kozłowską". Dalej czytamy, że sąd zabezpiecza sprawę, "w trybie natychmiastowym umieszczając w pieczy zastępczej małoletnią Julię Kozłowską".

O tym, że sąd tymczasowo odebrał jej dziecko, Patrycja nie wiedziała jeszcze przez sześć dni. Szpital znał już decyzję sądu. Zatrzymał Julię u siebie i wypisał jej mamę 14 stycznia, nie poinformowawszy jej o niczym. W kolejnych dniach Patrycja odwiedzała córkę, by karmić ją piersią. Jednak 18 stycznia nie zastała dziecka w szpitalu. Usłyszała od położnej, że odebrano jej Julię.

- Dostała kontakt do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie, gdzie ją poinformowano, że Julia jest w rodzinnym domu dziecka w Rembertowie. Nie podali jej dokładnego adresu, bo - jak mówili - i tak nie może odwiedzić córki ze względu na pandemiczne restrykcje. Usłyszała też, że Julia jest za mała, żeby mogła zostać przewieziona do WCPR, do specjalnego pokoju, gdzie Patrycja mogłaby ją nakarmić - relacjonuje radczyni prawna Ewa Dobrucka-Ruka, która zajęła się sprawą Patrycji.

Później prawniczka dzwoniła do rodzinnego domu dziecka, gdzie została umieszczona Julia. - Poinformowano mnie, że ze względu na rozporządzenie dyrektora WCPR co najmniej do 13 lutego wstrzymane są wszystkie spotkania rodzinne, widzenia z dzieckiem i możliwość karmienia je piersią. Matce odmówiono więc kontaktu z dzieckiem na około miesiąc, mimo że karmiła. Patrycja może tylko oglądać córkę przez kamerę - mówi.

Informację o wstrzymaniu do 13 lutego odwiedzin w rodzinnych domach dziecka potwierdziła nam Marcelina Bogdanowicz z Urzędu m. st. Warszawy, któremu podlega WCPR. - Rodzice dzieci przebywających w pieczy zastępczej mogą kontaktować się telefonicznie z opiekunami - powiedziała.

- Niby pozwolili mi oglądać córeczkę na kamerze, ale co dzwonimy, to ta pani, która opiekuje się Julią, nie ma czasu. Dlatego przez ponad dwa tygodnie widziałam swoje dziecko tylko raz na kamerze. I to jeszcze telefon się ścinał, dlatego marnie było widać - opisuje Patrycja.

"Sąd się nie fatygował"

Ewa Dobrucka-Ruka, gdy tylko dostała pełnomocnictwo od Patrycji, złożyła do sądu wniosek o zmianę  postanowienia w trybie pilnym. - Chodzi o to, żeby otoczyć opieką dziecko i jego mamę, a nie je rozdzielać. Zrobiłam swój wywiad i wiem, że Patrycja z Michałem to nie jest żadna patologia. Nie nadużywali alkoholu ani narkotyków, nigdy nie naruszyli prawa. To są po prostu osoby z lekką niepełnosprawnością intelektualną, którym trzeba pomóc. I to wszystko - podkreśla.

Prawniczka wysłała do sądu orzeczenie o lekkim stopniu niepełnosprawności Patrycji, bo sędzia, gdy postanowiła odebrać tymczasowo dziecko, nie dysponowała żadnymi dokumentami. - W uzasadnieniu jej decyzji są tylko informacje oparte na faksie ze szpitala. W sensie formalnym to nawet nie jest dokument. Sąd nie pofatygował się, żeby zadzwonić do szpitala i sprawdzić te informacje. Nie ustalił nic innego, nie zlecił przeprowadzenia wywiadu przez kuratora ani jakichkolwiek innych działań – wylicza.

W przesłanym nam oświadczeniu sędzia Beata Adamczyk-Łabuda - rzeczniczka prasowa ds. karnych, rodzinnych i nieletnich Sądu Okręgowego w Warszawie - informuje, że Sąd Rejonowy dla Warszawy Woli w uzasadnieniu postanowienia "wskazał, że dobro dziecko jest zagrożone, a sytuacja opiekuńczo-wychowawcza noworodka wymaga natychmiastowej ingerencji sądu i dla dobra dziecka niezbędne jest umieszczenie małoletniej w pieczy zastępczej do czasu wyjaśnienia istotnych okoliczności sprawy". Na jakiej podstawie sąd to stwierdził? Sędzia Adamczyk-Łabuda wspomina tylko o piśmie ze Szpitala św. Zofii w Warszawie, które w rzeczywistości było faksem.

Sędzia Adamczyk-Łabuda pisze dalej, że "równocześnie" z postanowieniem o umieszczeniu Julii w pieczy zastępczej sąd zarządził zbadanie jej sytuacji opiekuńczo-wychowawczej różnym instytucjom: OPS, kuratorowi i policji. Chciał też od Stołecznego Ośrodka dla Osób Nietrzeźwych informacji, czy Patrycja była tam zatrzymana. To nieprawda. Według akt sprawy sąd zwrócił się o to dopiero 14 stycznia, czyli trzy dni od decyzji o odebraniu Julii matce.

Jak to się stało, że na podstawie jednego pisma, w którym Kamilla Gibas z fundacji poprosiła o otoczenie Julii i Patrycji opieką, sąd postanowił oddzielić córkę od karmiącej ją matki?

- Gdy wgryzłam się w tę sprawę, pomyślałam, że ktoś chce odebrać córkę rodzicom tylko dlatego, że są lekko niepełnosprawni. Że instytucje nie chcą pomóc, tylko zabrać dziecko. I nie chodzi o Fundację Szczęśliwej Drogi ani o szpital, bo oni podobno byli w szoku, że dziecko zostało odebrane. Nie o to im chodziło, tylko o umożliwienie matce opieki nad córką przy wsparciu instytucji państwowych, czyli np. opieki społecznej. Można było wyznaczyć asystenta rodzinnego, przyznać lokal socjalny. Zresztą ojciec Patrycji zapewnił na piśmie, że będzie wspierał córkę finansowo i w wychowaniu wnuczki. Jest w stanie przyjąć do siebie Patrycję z dzieckiem. Sąd o tym wie od 17 stycznia i przez ponad dwa tygodnie nie zrobił z tym nic - podkreśla Ewa Dobrucka-Ruka.

Zarzuty dla sądu

Prawniczka poprosiła o interwencję Rzecznika Praw Obywatelskich. - Sprawa dopiero do nas wpłynęła, wysłaliśmy już pismo do sądu, które wskazuje, że można było podjąć inne działania, np. zaopiekować się matką i dzieckiem w szpitalu, jednocześnie zbierając informacje - mówi Michał Kubalski z Biura RPO.

We wspomnianym przez niego piśmie RPO powołuje się na uchwałę Sądu Najwyższego, w której podkreślono, że umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej lub w placówce opiekuńczo-wychowawczej powinno być stosowane w ostateczności, gdy "środowisko rodzinne wywiera ujemny wpływ na wychowanie dziecka albo gdy rodzice nie są w stanie poradzić sobie z codziennymi problemami wychowawczymi". A więc dziecko powinno zostać odebrane rodzicom w ostateczności, nie zaś - jak się stało - w trybie natychmiastowym, bez zbadania sprawy.

Ewa Dobrucka-Ruka zaskarżyła postanowienie o tymczasowym odebraniu dziecka. Zarzuciła sądowi, że nie pozwolił Patrycji się wypowiedzieć i pozbawił ją prawa do obrony. Że przed wydaniem orzeczenia nie zebrał jakiegokolwiek wiarygodnego materiału dowodowego. Że nie próbował zapewnić rodzinie pomocy ani wsparcia. Że mimo to podjął działania, które prowadzą do zerwania więzi emocjonalnej matki z dzieckiem, jaka wykształca się w pierwszych dniach jego życia. Że pozbawił Julię naturalnego pokarmu matki, co godzi w dobro dziecka.

Dopiero 1 lutego sąd wydał zarządzenie, by zawiadomić OPS o "konieczności udzielenia wsparcia socjalnego dla Patrycji Kozłowskiej, w szczególności rozważenia zapewnienia jej właściwych warunków mieszkaniowych". 1 lutego, a więc 21 dni po decyzji o tymczasowym odebraniu dziecka Patrycji.

"Jest mi z tym cholernie trudno"

Zdaniem Kamilli Gibas reakcje instytucji państwowych są niekiedy spóźnione, przez co dochodzi do tragedii dzieci. Ale w tym przypadku decyzja sądu była nadgorliwa. - Wydaje mi się wręcz okrutna. Byłam zszokowana, że moje pismo do szpitala wystarczyło sądowi, by podjąć taką decyzję. Nie skontaktował się z ośrodkiem pomocy społecznej, by poznać sytuację Michała i Patrycji. OPS w rozmowie ze mną też się dziwił, że nikt z nimi nie rozmawiał - mówi Kamilla Gibas.

Zapewnia, że gdy wysyłała pismo do szpitala, ani przez moment nie chciała, żeby Michałowi i Patrycji odebrano dziecko. - Bałam się o nie, ale nie wiedziałam, że to tak strasznie się potoczy. Jest mi z tym cholernie trudno. Chciałam, żeby była przy nich wolontariuszka lub asystentka rodzinna, która przychodziłaby do nich np. przez pierwszy miesiąc i wspierała ich w opiece nad dzieckiem. Cały czas jest możliwe, by rozwiązać tę sprawę humanitarnie, tylko potrzeba do tego odrobiny dobrej woli wszystkich instytucji. Michał i Patrycja zasługują na to, bo to cudowni ludzie, którzy czują i kochają pewnie bardziej niż my. Zamiast im pomóc, traktuje się ich przedmiotowo - podkreśla.

- Odebrano im dziecko jak przedmiot - zgadza się prawniczka Ewa Dobrucka-Ruka. - A przecież to ich córka, wyczekana i wymarzona. Byli przeszczęśliwi, gdy się urodziła. Opiekowali się nią i karmili. Michał chciał nawet pójść na tacierzyński – dodaje.

Gdy Kamilla Gibas dowiedziała się o odebraniu Julii, zadzwoniła do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie, które nadzoruje rodziny zastępcze i domy dziecka. - Mówiłam, że ktoś Michałowi musi powiedzieć, dlaczego zabrali mu córkę i jakie ma prawa w tej sytuacji, bo on nic nie wiedział. Powiedziano mi, że to nie należy do ich kompetencji - opisuje.

- Michał i Patrycja to nie są osoby wyszczekane i same nie będą walczyć o swoje – dodaje Ewa Dobrucka-Ruka. - Dlatego zajęłam się tą sprawą. Poprosiłam Michała, żeby zadzwonił do WCPR z prośbą o wydanie mu dziecka, bo - w przeciwieństwie do Patrycji - nie zostało wszczęte wobec niego żadne postępowanie o ograniczenie praw rodzicielskich. Dostał jednak informację, że jeśli sąd zmieni postanowienie, to dziecko mu zostanie wydane, a jeśli nie, to ono będzie przebywało u nich - relacjonuje prawniczka.

Epilog

Michał robi wszystko, czego oczekuje od niego świat, jakby chciał zasłużyć na swoją córkę. - Załatwiam wszystkie sprawy, nie piję, nie wracam późno, zajmuję się narzeczoną. Pracuję od godz. 6 do 18, żeby zarabiać na rodzinę. Teraz wziąłem urlop, żeby odzyskać Julię - mówi.

W mieszkaniu urządził kącik dla dziecka. Łóżeczko dostał od kolegi, a szafkę na bieliznę dla córki sam kupił. - Mam też wózek, bujak dla Julki, zabawki, ubranka, pampersy, a nawet nawilżone chusteczki. Lada dzień przywiozę jeszcze przewijak od siostry. Brakuje mi tylko mojej córki... Tęsknię za nią - podsumowuje.

Po publikacji naszego tekstu Marcin Kubalski z biura Rzecznika Praw Obywatelskich zapowiedział interwencję w sądzie, w sprawię maleńkiej Julii. Jak poinformował, chodzi o "pilne działania i przywrócenie matce możliwości fizycznego kontaktu i karmienia noworodka". Także wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł zapowiedział, że sprawa pani Patrycji i jej córki "zostanie w trybie pilnym zbadany". 

DOSTĘP PREMIUM