Jak nie zamienić się w rzeźnika z "Zielonej mili"? "Łatwo nasiąknąć tym syfem, który wylewa się z akt osadzonych"

Dzień pracy w areszcie śledczym zaczyna od sprawdzania atmosfery, jaka panuje pomiędzy osadzonymi. Bo ich emocje to beczka prochu. Nawet z pozoru błahe zdarzenie może się okazać iskrą, która wywoła wybuch. Ale najtrudniejsze w tej pracy jest dla niego powstrzymywanie swoich emocji. - Czasem trudno to zrobić, gdy ma się do czynienia z osadzonym, który został skazany za zabójstwo dziecka - mówi w TOK FM Marek Pikulski.
Zobacz wideo

Każdego dnia robi parę ładnych kilometrów po korytarzach więzienia, a potem po parku przebiega kilkanaście następnych. Co więc wychodził w robocie, musi potem wybiegać. Bo codziennie wynosi z pracy wiele toksycznych obrazów, których nikt nie chciałby nosić pod powiekami.

- Pochodzą z akt spraw więźniów, którzy do nas trafiają. To np. migawki ze zbrodni popełnianych ze szczególnym okrucieństwem, ale też z gwałtów na kobietach i dzieciach. Trudno to udźwignąć, dlatego nawet jak te sprawy są medialne, to tylko mała część ich szczegółów wycieka do prasy czy telewizji. One po prostu mogą zatruwać i wywoływać emocje, które trudno kontrolować. Gdyby rozniosły się po ludziach, zaczęłoby cuchnąć samosądami – mówi Paweł, funkcjonariusz Służby Więziennej z ośmioletnim stażem.

Cuchnąć samosądem zaczęło 24 stycznia, gdy do aresztu w Starogardzie Gdańskim trafił Dominik P., któremu prokuratura zarzuciła zabicie swojej córki ze szczególnym okrucieństwem. Osadzeni w areszcie zgotowali mężczyźnie powitanie, wykrzykując w jego kierunku wyzwiska i groźby: "Witaj w piekle, morderco". Do podobnych sytuacji dochodzi regularnie, a dokumentujące je filmiki trafiają do internetu.

- Oglądając to, ludzie na wolności sądzą, że sprawców tych koszmarnych czynów dosięgnie za kratami sprawiedliwość. Tylko że mają na myśli samosądy dokonywane przez osadzonych, a do nich przecież nie może dochodzić. Wiem, że to dla niektórych brzmi rozczarowująco, ale takim osadzonym, jak ten Dominik, włos z głowy w celi nie spadnie. Na tym polega nasza praca, żeby odizolować ich od więźniów, którzy mogliby stać się dla nich oprawcami. My po prostu dzień po dniu kontrolujemy i gasimy emocje: więźniów i swoje. Bo emocje są największym wrogiem sprawiedliwości – podkreśla.

Trochę przedszkole. Trochę siódmy krąg piekła

Podporucznik Marek Pikulski swój dzień pracy w Areszcie Śledczym w Grójcu zaczyna od sprawdzania atmosfery, jaka panuje pomiędzy osadzonymi. Bo ich emocje to beczka prochu. Nawet z pozoru błahe zdarzenie może się okazać iskrą, która wywoła wybuch.

- Dla ludzi na wolności takie sprawy, jak zmiana ubrania z zimowego na letnie, są błahe, bo to jest kwestia sięgnięcia do szafy po koszulkę, czy pójścia po nią do sklepu. Można to załatwić od ręki, gdy tylko przyjdzie ochota. A osoby, które przebywają w izolacji, mogą niewiele zrobić bez naszego dozoru. Po letnie ciuchy muszą pójść z nami do magazynu, bo nie mogą trzymać ich w celach. Jeśli więc zaplanują sobie takie wyjście o godz. 9, a my mamy na to czas dopiero o 11 albo następnego dnia, to ta sprawa może urosnąć do dużego problemu. Dlatego tak ważne jest ich szybkie rozwiązywanie, żeby konflikty nie narastały, emocje nie eskalowały i by został utrzymany porządek – tłumaczy.

Jak dodaje, nie chodzi o spełnianie każdej zachcianki osadzonego. Raczej o rozmowy i rozładowywanie trudnych emocji. - W sytuacji, gdy osadzony ma zaburzenia osobowości i problemy z agresją, to brak zaspokojenia jakiejś jego potrzeby może powodować konflikty czy nieprzewidziane sytuacje. Często zaczyna się od nerwowego chodzenia po celi i "walenia w kratę", czyli uciążliwego uderzania w drzwi celi, co ma na celu zwrócenie na siebie uwagi i przywołanie wychowawcy, czyli mnie – mówi.

Jeśli Marek Pikulski szybko nie zareaguje, więzień może zaatakować kolegę z celi albo siebie. Wtedy się okalecza, a wywołane w ten sposób emocje rozchodzą się po innych osadzonych, co w zakładach karnych zawsze łączy się z ryzykiem utraty kontroli nad sytuacją. - Oczywiście czasem on mówi, że coś sobie zrobi, ale te groźby pozostają bez pokrycia – zastrzega.

Zakłady karne przypominają więc trochę przedszkola, w których dzieci tupią nogami, gdy coś idzie nie po ich myśli, a trochę siódmy krąg piekła zarezerwowanego dla największych morderców. - Wszystko dlatego, że osadzeni to często ludzie, których rozwój emocjonalny zatrzymał się wcześnie i nie mają narzędzi, żeby poradzić sobie z emocjami czy wobec nich się zdystansować. To też często przesądza o tym, że nie umieją w wolność, życie w społeczeństwie, dlatego do nas trafiają – ocenia Paweł, funkcjonariusz Służby Więziennej.

Co piszą więźniowie w listach?

Właśnie po to, by rozładować trudne emocje więźniów, Marek Pikulski i inni wychowawcy codziennie robią kilometry od celi do celi. - Każdą wizytuję przynajmniej raz dziennie, ale zazwyczaj robię to kilka razy w ciągu dyżuru. Do tego dochodzi rozpatrywanie próśb osadzonych, bo piszą ich naprawdę wiele – mówi.

Na przykład, kiedy odsiadka komuś dobiega końca, pisze prośbę do ośrodka pomocy społecznej lub urzędu miasta, by przydzielił mu mieszkanie po wyjściu na wolność. Niektórzy wnioskują, by sąd umożliwił im odbywanie reszty kary w systemie dozoru elektronicznego lub udzielenie przedterminowego zwolnienia. Proszą też o pozwolenie na widzenie z bliskimi, wykonania dodatkowego telefonu czy zatrudnienie przy pracach remontowych w więzieniu albo w piekarni poza nim. Zarabiają w ten sposób pieniądze, które mogą wydać w kantynie albo na spłatę zaległych grzywien, by w ten sposób odciążyć rodziny od dodatkowych kosztów.

- Rozpatrywanie tych listów to żmudna robota, bo czasem trzeba się przy tym przekopać przez całą dokumentację osadzonego. W dodatku te prośby są powtarzalne, bo podyktowane przez nadzieje, a te u większości ludzi są jakoś podobne. Chodzi o nadzieję na bycie wolnym, na zaczęcie wszystkiego od nowa, na jeszcze jedną rozmowę z bliskimi. A jednocześnie, gdy to czytam, często myślę, że oni tak bardzo chcą tej wolności, ale nie potrafią się na niej utrzymać. Większość z nas ma tę umiejętność, bo wynosi ją z dzieciństwa i młodości. Oni często w wolności toną jak kłoda – ocenia Paweł.

"Zło to zazwyczaj banał"

Dla kogo wolność okazuje się największym wyzwaniem? - Trudno to jednoznacznie uchwycić, nie ma jednego przepisu na zło. Nie musisz pochodzić z patologicznej rodziny, żeby do nas trafić. Ale często tak właśnie jest. Ktoś jest bity, odrzucany przez bliskich, później odreagowuje przemocą albo reguluje emocje alkoholem lub narkotykami, co wkręca go spiralę przestępstw: bójek, kradzieży, czasem zabijania – tłumaczy Paweł.

Jak dodaje, choć pracuje osiem lat w Służbie Więziennej i wiele widział, to nie spotkał jeszcze żadnego uosobienia czy geniusza zła. - Zło to zazwyczaj banał. Nudne i powtarzające się historie, z których trzeba dopiero zrobić niezły film czy książkę, żeby kogoś zaczęło obchodzić. Osadzeni często nie mają z samymi sobą prawie żadnego kontaktu, nie wiedzą nawet, dlaczego sięgnęli po nóż kuchenny, dlaczego wsiedli po pijaku do samochodu, dlaczego zgwałcili. Oczywiście, zdarza się, że czytam w ich aktach rzeczy, po których trudno mi zasnąć. Ale to też jest banał, nie ma co temu nadawać jakiegoś specjalnego znaczenia – podkreśla.

- Powody, dla których ludzie są do nas kierowani, to przekrój całego Kodeksu karnego. Są recydywiści, którzy tyle razy dokonują kradzieży w sklepach, że cyklicznie do nas trafiają i to jakoś na stałe wpisuje się w ich życiorysy. Są ci, którzy nie płacą alimentów i ci, którzy spowodowali wypadki ze skutkiem śmiertelnym. Są skazani za handel lub posiadanie narkotyków. I tacy, którzy trafili tutaj za paragraf 148, który zaczyna się od słów: "Kto zabija człowieka..." - wylicza Marek Pikulski.

W oczach tych, którzy pierwszy raz trafiają za kraty, jest zazwyczaj panika i rozpacz. Są zagubieni, bo kara spadła na nich niespodziewanie. - Z dnia na dzień zostawili całe swoje dotychczasowe życie: rodzinę, bliskich i pracę. Nagle zostali zamknięci w zakładzie karnym i czują bezsilność, bo odtąd każdy ruch wykonują pod ścisłym nadzorem funkcjonariuszy, a cały ich harmonogram dnia regulują przepisy. Dla nich dźwięk zatrzaskiwanych krat, ciężkich drzwi czy dużych metalowych kluczy to jest coś nie do zniesienia i co zapamiętują na zawsze - opisuje.

Recydywiści często poprzestają na ślepym buncie. - Wracają do nas zupełnie nieświadomi skutków swojego postępowania. Nie mają umiejętności wyciągania wniosków i uczenia się na swoich błędach. Są wściekli, oskarżają cały świat dookoła, że się na nich uwziął. Mówią: "Nie będę współpracował, nie będę chodził na żadne zajęcia, nie będę rozmawiał z oddziałowym ani psychologiem, bo ja nic nie chcę, nie potrzebuję, nie muszę" - wyjaśnia.

Niektórzy z nich łatwo popadają w konflikty ze współosadzonymi, manipulują jednymi i napuszczają ich na drugich, generując kłótnie. Funkcjonariusze Służby Więziennej muszą włożyć później wiele wysiłku, by te konflikty wyciszyć.

Buntują się również osoby z uzależnieniami, które pod wpływem narkotyków lub alkoholu popełniły przestępstwa. - Zazwyczaj na początku wypierają problem uzależnienia. We współpracy z psychologiem musimy więc pomóc im to sobie uświadomić, żeby podjęli terapię w więzieniu. Niekiedy to się udaje i zaczynają zupełnie inaczej postrzegać swoje życie. Jednak czasem ktoś potrzebuje tutaj trafić drugi, czwarty, piąty raz, żeby złapał ze sobą kontakt i powiedział sobie: "Dosyć!". Dopiero wtedy zmieniają się na lepsze, bo uświadamiają sobie, że siedząc za kratami, za dużo tracą w relacjach z bliskimi, np. dziećmi – mówi Marek Pikulski.

Przypomina sobie pewnego mężczyznę, który trafił do więzienia za niepłacenie alimentów, a to dlatego, że przepijał wszystko. - Miał wyższe wykształcenie, co nieczęsto wśród osadzonych się zdarza. Dzięki temu łatwiej się nim pracowało, choć i tak musiało trochę potrwać, zanim sobie uświadomił, że właśnie przez picie stracił rodzinę, pracę i wolność. W trakcie terapii powiedział sobie: "Stop, wystarczy już tych nieszczęść, zaczynam wszystko od nowa". Po wyjściu zza krat znalazł pracę i dzięki temu mógł spłacać zaległe alimenty. Naprawił relacje z byłą żoną i dziećmi – wspomina funkcjonariusz Służby Więziennej.

Jak nie zamienić się w rzeźnika z "Zielonej mili"?

Dla Marka Pikulskiego najtrudniejsze w jego pracy jest powstrzymywanie emocji. - Czasem trudno to zrobić, gdy ma się do czynienia z osadzonym, który został skazany za zabójstwo dziecka. Bo to mnie jako ojca dotyka osobiście. Ale muszę powściągnąć emocje, bo inaczej moja praca nie miałaby sensu – tłumaczy.

- Gdybym im uległ, zamieniłbym się w rzeźnika z filmu "Zielona mila" i zdegradowałbym się jako człowiek. Niby, jak mógłbym wracać wtedy do rodziny, brać na ręce swoją córkę i tłumaczyć jej, co jest w życiu dobre. Łatwo nasiąknąć tym syfem, który wylewa się z akt spraw osadzonych, ale trzeba uważać, by nie dać mu się zdominować - dodaje Paweł.

Każdego dnia stara się więc wybiegać to, co wychodził w zakładzie karnym. Marek Pikulski robi to samo, a do tego jeszcze jest ratownikiem w Ochotniczej Straży Pożarnej. Praca tam pomaga mu odreagować trudne emocje, które wynosi z pracy. - Muszę się z nich oczyścić, żebym nie musiał ich przynosić do domu. Nie chcę obciążać nimi bliskich – wyjaśnia.

Paweł ma taką samą strategię, choć – jak dodaje – nie chodzi w niej o to, żeby wracać do domu "cały na biało". - Mam prawo mieć słabszy dzień i żona to rozumie. To nie znaczy, że chcę jej opowiadać wszystko ze szczegółami. Potrzebuje po prostu usiąść sam przed telewizorem, obejrzeć film, do nikogo się nie odzywając. Wtedy te więzienne emocje szybko ze mnie schodzą. I właśnie dlatego, zamiast maltretować mordercę za kratami lepiej z nim rozmawiać i pracować. Nie tylko nie daję mu się wtedy wciągać w jego popaprany świat, ale czasem jeszcze go z niego wyciągam. I na koniec dnia ta świadomość mnie oczyszcza – podsumowuje.

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM