"To moja wojna. Biję chłopców Putina". O polskich ochotnikach walczących w Ukrainie

- Po tym ostrzale zawinęło się do Polski dwóch naszych. Bo przeżyli tylko dlatego, że rakieta uderzyła nie tam, gdzie spali, ale od strony biurowej budynku. Nie byli gotowi na to, że ledwie wjadą do Ukrainy, a już baza z nimi w środku zostanie rozje...na - mówi Roman, polski ochotnik, który walczy w Ukrainie.
Zobacz wideo

Nad ranem 13 marca rosyjskie rakiety spadły na poligon wojskowy w Jaworowie, zaledwie 20 km od granicy z Polską. Ukraińcy podali, że zginęło tam 35 osób, a 134 zostały ranne. Wiceszef polskiej dyplomacji uspokajał, że "nie ma informacji, aby zginęli lub ucierpieli obywatele polscy". - Wszystko wskazuje na to, że ich tam nie było - dodał Marcin Przydacz.

- Oczywiście, że byli tam nasi chłopcy, gdy baza została roz....na. To polscy ochotnicy, którzy przyjechali do Ukrainy, by walczyć tutaj w legionie międzynarodowym. Ja akurat byłem wtedy 15 km dalej, ale przeżyłem trudne chwile, bo do wieczora nie miałem żadnej wiadomości o znajdujących się tam moich kolegach. Na szczęście później dowiedziałem się, że żyją – mówi Roman, który walczy w Ukrainie.

Niewiele więc brakowało, żeby zginęli pierwsi Polacy w tej wojnie. Nasze władze o tym nie poinformowały, bo Polaków walczących w Ukrainie oficjalnie nie ma. Są więc jak widma, nierealne postacie, które biorą udział w prawdziwych walkach.

"Dobra, przyjedź, czeka na ciebie 25 tys. zł"

Zaczęło się od słów Wołodymyra Zełenskiego, które wygłosił 27 lutego, a więc 3 dni po wybuchu wojny. Poinformował wtedy, że Ukraina tworzy legion cudzoziemski dla ochotników z zagranicy. Zaprosił do niego tych, którzy chcą "przyłączyć się do oporu wobec rosyjskiego okupanta i obrony bezpieczeństwa światowego". - Będzie to kluczowy dowód waszego wsparcia dla naszego kraju – dodał.

Dzień wcześniej polskie media obiegła wiadomość o siedmioletniej dziewczynce, która zmarła po ostrzale przedszkola w ukraińskiej Ochrytce. - To była chwila, w której coś we mnie pękło. Poczułem przymus działania – wspomina Jan Plewka, były żołnierz zawodowy, a teraz członek Wojsk Obrony Terytorialnej i instruktor strzelectwa.

Wrzucił na Facebooka ogłoszenie, w którym napisał, że "poszukuje osób z przeszkoleniem wojskowym do pracy na Ukrainie". - Ludzie zaczęli udostępniać ogłoszenie, a potem ruszyła lawina maili i telefonów. Wielu z tych, którzy się zgłosili, należało do naszego kręgu strzeleckiego, ale byli też obcokrajowcy z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Wybraliśmy 28 Polaków i paru cudzoziemców. Szybko się zorganizowaliśmy i stworzyliśmy plan działania – opisuje.

Rozpuścili wici po znajomych przedsiębiorcach, bo potrzebne były pieniądze na "wyposażenie chłopaków w ochronę balistyczną". Chodzi o hełmy, kamizelki, noktowizję i termowizję. Część z ochotników miała już ten sprzęt, bo szkoli się na nim na co dzień, ale reszcie trzeba było go dokupić.

- A to nie są tanie rzeczy, zwłaszcza po wybuchu wojny. Do niedawna hełm w Polsce kosztował 1,6 tys. zł, teraz za taki klasy 3+ trzeba dać ok. 2,3 tys. Za kamizelkę drugie tyle, a profesjonalne zestawy do noktowizji, tzw. PWS-y chodzą nawet po 25 tys. zł. W dodatku trudno to dostać, bo nawet cywilne noktowizje dla myśliwych wyszły już z Polski i zostały wysłane na Ukrainę. Na szczęście jako instruktorzy strzelectwa mamy swoje kanały i zamawiamy sprzęt w większych firmach – mówi Jan Plewka.

Jak dodaje, w pewnym momencie sponsorzy sami zaczęli się do niego zgłaszać. Tak było z jego znajomym, który ma dobrze prosperującą firmę. - Zadzwonił do mnie i zapytał, czego nam potrzeba. Odpowiedziałem, że głównie to kasy, bo z resztą sobie poradzimy. Stwierdził: "Dobra, przyjedź, czeka na ciebie 25 tys. zł" - opowiada.

Wkrótce potem zaopatrzeni przez Jana Plewkę ochotnicy byli już gotowi do drogi. Kupili jeszcze żywność, którą mieli zawieźć uchodźcom na granicę oraz – w ramach pomocy humanitarnej – do Lwowa. Nie mieli jednak papierów, które pozwoliłyby im walczyć za inne państwo. Po przekroczeniu granicy stali się więc widmami.

"Trzy miesiące chodzenia za ZUS-ami i innymi głupotami"

Według polskiego prawa nie można ot tak wyjechać do innego kraju, by się za niego bić. Potrzebna jest na to zgoda Ministerstwa Obrony Narodowej. - Problem w tym, że to trzy miesiące chodzenia po urzędach, zdobywania zaświadczeń ze skarbówki, ZUS-u, "srus-u"  i, k...a,  innych głupot. A i tak cała robota pójdzie na marne, bo prośba o zgodę na służbę w innej armii zostanie odrzucona. Wiemy to od lokalnego polityka, który pracuje w MON. My to rozumiemy, ale chcemy działać – podkreśla Jan Plewka.

PSL zapowiedziało, że zgłosi w Sejmie projekt przepisów, które ułatwią Polakom wstępowanie do międzynarodowego legionu Ukrainy. Jednak póki co wielu ochotników próbuje na własną rękę przedostać się do ogarniętego wojną państwa. Jak powiedział prezydent Zełenski, żeby walczyć za jego kraj, wystarczy zgłosić się do ambasady Ukrainy.

- To też nie do końca tak jest. Myśmy się tam zgłosili, ale po 45 minutach smutnej gadki o niczym stwierdziliśmy, że wykorzystamy swój kontakt we Lwowie. Znamy tam Ukraińca, który wcześniej studiował w Polsce, a teraz przez ojca ma dostęp do tematu werbunku. Dostaliśmy namiar na punkt, w którym zgłaszają się ochotnicy do legionu międzynarodowego – tłumaczy Roman.

Jak tłumaczy, w punkcie werbunkowym Ukraińcy weryfikują dokumenty ochotników, a potem kierują ich na krótki test, podczas którego sprawdzane są ich umiejętności bojowe. - To nie jest tak, że chłopaki zgłaszają się do legionu i następnego dnia lądują na froncie. Najpierw muszą zostać sprawdzeni, a potem jeszcze trafiają do ośrodków szkoleniowych, gdzie się przegrupowują i uzupełniają sprzęt. Dopiero później dostają przydział do oddziałów, w których wykonują powierzone im zadania pod tematem obrony terytorialnej Ukrainy – wyjaśnia.

Nie wszystkim jednak to się udaje. Niektórzy mieli pecha i zostali zweryfikowani przez wojnę, zanim jeszcze chwycili za broń. Tak było 13 marca, gdy rosyjskie rakiety spadły na Jaworów. To tam – według mojego rozmówcy – był ośrodek szkoleniowy, w którym przegrupowywali się polscy ochotnicy.

"Ostrzegam: to prawdziwa wojna, a nie gra 'Call of Duty'"

- Po tym ostrzale zawinęło się do Polski dwóch naszych i trzech z zagranicy. Bo przeżyli tylko dlatego, że rakieta uderzyła nie tam, gdzie spali, ale od strony biurowej budynku. Nie byli gotowi na to, że ledwie wjadą do Ukrainy, a już baza z nimi w środku zostanie roz....na – ocenia Roman.

- Dlatego każdego ostrzegam, zanim jeszcze wyjedzie z Polski, że to prawdziwa wojna, a nie gra w "Call of Duty". Ale czasem, gdy dostaję maile od ochotników, to łapię się za głowę. Mają takie podejście, jakby jechali na wycieczkę. Ktoś pisze, że nie ma żadnego przeszkolenia ani sprzętu, ale chce jutro jechać. No ludzie! Wojna to nie jest fajna sprawa. Mówię to jako facet, który ją trochę liznął, bo wyjeżdżał za granicę w celach wojskowych. Ryzykowałem już swoim życiem i niestety musiałem używać broni palnej w stosunku do ludzi. Więc jeśli ktoś pisze, że wojny się nie boi, to naprawdę niech zostanie w domu i pogra se w "Call of Duty" – tłumaczy Jan Plewka.

Dodaje, że na razie odpowiada tych na zgłoszenia od "ogarniętych chłopaków", wśród których są - jak twierdzi - byli członkowie polskich jednostek specjalnych, ale też SAS, czyli elitarnej jednostki brytyjskich sił zbrojnych. - Podejrzewam, że jak ci dobrze przeszkoleni się skończą, to będziemy sięgać po prawie każdego ochotnika. Bo Ukraińcy ciągle ponoszą straty i trzeba ich zastępować. Na razie jednak nie mamy problemów z ogarniętymi wojskowo kandydatami. Robimy już drugi nabór i mamy wiele takich zgłoszeń. A przecież nie jesteśmy jedyną grupą, która w Polsce szuka ochotników. Wiem, że ruszył Gorzów Wielkopolski, Poznań i inne miasta – mówi.

"Piekielna strefa zniszczeń"

W Ukrainie polscy ochotnicy mają dostawać broń i być wcielani do oddziałów obrony terytorialnej. - Na razie to służba bardziej na tyłach niż na froncie. Obstawiamy blockposty (uzbrojone barykady i posterunki – przyp. red.) i ewakuujemy cywilów. Ale niektórzy nasi chłopcy robią w temacie Kijowa, czyli zajmują się obroną miasta – tłumaczy Roman.

Niedawno z kolegami podjechał pod sam Mariupol, miasto oblężone przez Rosjan, w którym ma miejsce katastrofa humanitarna. - Ewakuowaliśmy rodzinę przyjaciela z Kanady, która została tam tak długo, aż zrobiło się gorąco. Wiele takich zadań przychodzi do nas też z Polski od rodzin ludzi, którzy utknęli gdzieś blisko frontu – twierdzi.

Na zawsze zostaną mu w pamięci obrazy Mariupola i Charkowa, które wyglądają, jakby były na granicy istnienia. Podobnie z okolicami Kijowa - prawie wszystko obróciło się tam w gruz. - To, co uderza, gdy jedzie się przez Ukrainę, to piekielna strefa zniszczeń. Ten kraj został cofnięty o 20 lat, więc można sobie policzyć, ile odbudowa tego wszystkie potrwa. Do tego ta katastrofa humanitarna. Im bliżej miast, np. Kijowa, tym więcej spotykamy rannych cywili, których Ukraińcy nie zdążyli jeszcze wycofać na zachód kraju. Z kolei za Lwowem ciągnął się sznur samochodów zostawionych przy drodze. Ludziom skończyło się paliwo i ruszyli do granicy z Polską. To był tłum głównie kobiet z dziećmi – opisuje.

W jego ocenie Ukraina to kraj, w którym nie ma już miejsc bezpiecznych. A jeśli nawet któreś za takie uchodzą, jest to złudne. Wszędzie więc czuć niepewność i niepokój. - Dlatego jak jadą z nami "misjonarze", czyli uczestnicy misji w Czadzie czy Kosowie, gdzie nie musieli podejmować działań stricte wojennych, to teraz w Ukrainie otwierają oczy. Bo tam wszystko szybko się zmienia – w jednej chwili są bezpieczni, a w drugiej trafiają pod ostrzał. Tak jest na blockpostach, miejscach ogarniętych przez Ukraińców, a nawet we Lwowie, który do niedawna wszyscy mieli za bezpieczny, dopóki Rosjanie nie rozp......li w pobliżu bazy, a później nie ostrzelali samego miasta. Wszędzie można zginąć – podkreśla.

"Przed demonami się nie ucieknie"

Roman już dwa razy brał udział w wymianie ognia. Ukraiński wywiad zapewniał, że droga, którą jechała jego grupa, jest "czysta", a okazało się, że zasadzili się tam Rosjanie. - Nadzialiśmy się na ich patrol, zaczęli strzelać w nasze samochody. Musieliśmy odpowiedzieć ogniem i się ewakuować – relacjonuje.

- Co dzieje się na wojnie, tam powinno zostać. Nie ma sensu tego wynosić do cywili. Bo nawet, jak ci opiszę rozk.....ne pociskami ciało, to nic ci to nie powie. Dla cywila to scena z filmu. Twój mózg od takich skojarzeń nie ucieknie. Chodzi o to, żebyś uznał takie zagrożenie za nierealne i poczuł się bezpiecznie. Moje myśli już nigdy od tego nie uciekną. Będę je miał nawet podczas kupowania głupiej srajtaśmy po powrocie do Polski – wyznaje Paweł, ochotnik ze Śląska.

Roman najgorzej znosi sceny z wojny, w których występują dzieci. Niedawno taką widział, gdy przyjechał z pomocą humanitarną do jednej z ukraińskich szkół. Kolega go poprosił, żeby weszli do sali gimnastycznej i porozdawali maluchom jedzenie i cukierki. W środku zobaczył ranne i chore dzieci, np. z porażeniem mózgowym, które zostały ewakuowane z "gorącej strefy" i czekały na transport w stronę Polski.

- To było wstrząsające. Mnie naprawdę pewne rzeczy nie ruszają, choćby z tego względu, że jako myśliwy jestem obeznany z tematem zabijania i patroszenia. Ale krzywdy dzieci nie jestem w stanie znieść. Spędziłem w tej szkole chwilę i postanowiłem wyjść. Powiedziałem koledze, że niepotrzebnie mnie tam wciągnął, bo to we mnie zostanie - wspomina.

Podkreśla, że takie sceny wżerają się w mózg i "wszystko w człowieku zmieniają". - Wojna się kiedyś skończy, pewnie wrócę do spokojnego życia, ale już obciążony tymi obrazkami. Znów będę zasypiał bezpiecznie w swoim łóżku, tylko że po nocach z szafy będą wychodziły demony. Rozmawiam z chłopakami, którzy byli już na misjach w Iraku i Afganistanie. Mówią, że mają te demony i że przed nimi się nie ucieknie – opowiada.

"To moja wojna"

Mimo tych traumatycznych scen, jakie widzi w Ukrainie, Roman nie zamierza zrezygnować z walki. - Przecież jeżeli nie będziemy wspomagać Ukrainy, to tamtejszy poligon może się przenieść do nas. Wtedy swoje rodziny będziemy musieli ewakuować i walczyć u siebie. Dlatego to też moja wojna i całej Europy – tłumaczy.

W jego ocenie Ukraińcy mają wysokie morale, determinację i bronią się heroicznie, ale ponoszą duże straty. - W mediach powtarza się, że Ukraińcom dobrze idzie. I fakt, idzie, bo bronią swojego kraju i nie odpuszczają, ale ginie ich wielu. Starają się to ograniczyć, dlatego nie tworzą większych skupisk żołnierzy, tylko uderzają małymi grupami, które są wyspecjalizowane w kąsaniu czy zatrzymywaniu rosyjskich transportów. Mimo to straty Ukraińców są duże – ocenia.

Jak dodaje, pomaga im to, że rosyjscy żołnierze są niezorganizowani i popełniają wiele błędów, np. przemieszczając się po drogach, co powoduje, że są łatwym celem. - Pierwsze ich siły, które zostały rzucone na Ukrainę z zasadniczej służby wojskowej, zostały szybko rozwalone. Znajomy Ukrainiec mówił mi: "Na jednego naszego trupa przypada sześciu martwych Rosjan. Tylko że my ich zabijamy, a oni cały czas idą na nas". I to rzeczywiście tak jest: na mapie walk czerwony kolor nie znika. Jest go ciągle trochę więcej, bo Rosjanie idą do przodu. Okrążają, bombardują, niszczą i przejmują. Wojna się nie zatrzymuje – podkreśla.

Dlatego – jak dodaje – chce walczyć i nie zniechęca go nawet to, że po powrocie do Polski może mieć nieprzyjemności, bo walczył w Ukrainie bez potrzebnych zezwoleń.

Jednym z moich rozmówców już zainteresowała się Służba Kontrwywiadu Wojskowego. - Zostałem ostrzeżony przez polskie służby, że wiedzą o moim wyjeździe do Ukrainy i że nie jestem dla nich anonimowy. Mam już postępowanie ze strony SKW. Nie wiem, czy nie zostanę kiedyś zatrzymany i ktoś mi nie postawi jakichś zarzutów. Biorę to na klatę. Wiem, że w prawie to wygląda, jak wygląda, ale nie robię nic złego. Po prostu staram się pomóc. Walczę w naszej wojnie, nap.......jąc się, bijąc się z chłopcami Putina – tłumaczy.

Niedokończone rozmowy z żoną

Paweł, ochotnik ze Śląska, ma tylko jednego moralniaka w związku z wyjazdem na wojnę. - Chodzi o niedokończoną rozmowę z żoną. Rodzicom powiedziałem, że jadę w dłuższą trasę, bo pracuję jako kierowca tira, ale żona nie dała się nabrać. Zbierała mnie do kupy po Iraku i powiedziała, że nie ma ochoty na powtórkę. Nic nie umiałem odpowiedzieć. Chyba widziała w moich oczach, że to silniejsze ode mnie i że muszę jechać. Rozryczała się i na tym niestety skończyliśmy - wspomina.

Dzwoni do niej, gdy tylko ma łączność, i zapewnia, że nic mu nie jest. O samej wojnie nie opowiada, ale jego żona jest do tego przyzwyczajona. W końcu jego żelazna zasada po Iraku brzmi: "Co dzieje się na wojnie, tam powinno zostać". - Rozmawiamy o codziennych duperelach, np. o remoncie naszego mieszkania, który wisi nad nami od dłuższego czasu. Ona jest bystra i wie, że jak nie będę mógł skupić się na tych duperelach, to będzie ze mną źle. Więc chyba mnie sprawdza. Na razie te testy ogarniam – mówi.

Zaraz jednak dodaje, że drąży go poczucie niedosytu. - Czegoś w tamtej ostatniej rozmowie na żywo zabrakło. Sam nie wiem czego. Ale żałuję, że tego nie powiedziałem – puentuje.

Niektóre szczegóły zostały zmienione ze względu na bezpieczeństwo bohaterów tekstu.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

DOSTĘP PREMIUM