"Potworna nagonka na dziecko". Jak w świecie dorosłych "anioł" zamienia się w "terrorystę"

Zaczęło się, gdy lokalny portal przyrównał 11-letniego chłopca z zespołem Aspergera do terrorysty. Rodzice jego kolegów domagali się od szkoły, by się go pozbyła. Dziecko dostało "obstawę" nauczycieli, bez której nie mogło wyjść nawet do ubikacji. - To potworna nagonka na dziecko - mówią nam jego rodzice zastępczy.
Zobacz wideo

Nie mieli swoich dzieci, więc postanowili zostać rodzicami zastępczymi. Chcieli tylko, żeby maluch, którego przyjmą pod swój dach, był "mniej wymagający". - Chodziło nam o dziecko, którym mogłabym się zająć mimo swoich problemów zdrowotnych. Bo po przeszczepie nerki jestem niepełnosprawna. Centrum Pieczy Zastępczej w Gliwicach poinformowało nas, że w pogotowiu opiekuńczym czeka na nas grzeczny chłopiec, z którym nie będzie specjalnych problemów - wspomina Magdalena Ciuła-Kędzierska.

Antek miał 8 lat i - jak dodaje Magdalena - rzeczywiście był "spokojnym aniołem". Tylko jakoś dziwnie mało mówił. Ale Kędzierscy tłumaczyli sobie, że miał prawo być skryty, skoro matka go porzuciła.

Po trzech tygodniach anioł zmienił się nie do poznania i stał się "tykającą bombą". Zaczął mieć wybuchy agresji, które trwały po 6-8 godzin. - To był czas ciągłego krzyku i ataku na nas. Gonił mnie z nożem po mieszkaniu, wrzeszcząc: "Ty, k..o, zabiję cię!". Bił mnie z premedytacją w przeszczepioną nerkę. Wyrywał drzwi z futryn. Wytargał węża z akwarium i zalał mieszkanie - opisuje Magdalena.

"Nie oddamy go"

- Czułem panikę i nie wiedziałem, jak się zachować. Nikt nas na to nie przygotował. Antek otwierał okno, po czym krzyczał na całą kamienicę i pół parku: "Wujek i ciocia mnie biją. Przestańcie!". A przecież nigdy go nie uderzyliśmy. Sąsiedzi spoglądali na nas spode łba - opowiada Jakub Kędzierski.

Jak mówią, dzwonili do CPZ, by poprosić o radę, jak mają się zachować podczas ataków agresji chłopca. - Ludzie z Centrum odpowiadali, że dziecko może się buntować, bo póki co nie czuje się bezpiecznie, ale wystarczą dwa-trzy miesiące i się uspokoi. Tylko że one minęły, a ja usłyszałam, że zachowanie Antka to pewnie moja wina, bo go nakręcam - wspomina Magdalena.

Kędzierscy przyznają, że czuli się bezsilnie i wielokrotnie chcieli oddać Antka. Jednak za każdym razem wracała do nich myśl: "Boże, jakie to piękne dziecko! Nie możemy mu tego zrobić. Nie oddamy go".

Po 4 miesiącach Antek chciał rzucić się z okna. Powtarzał, że już nie ma ochoty żyć. To był moment, w którym Kędzierscy nie mogli już dłużej czekać na wsparcie psychiatry, o które - jak twierdzą - nie byli w stanie się doprosić w CPZ. Poszli więc z dzieckiem na prywatną wizytę do specjalisty. Rozpoczął się proces diagnozowania chłopca i jego terapii.

- Okazało się, że Antek ma zespół Aspergera i inne zaburzenia rozwojowe. Jego zachowanie wynikało z nich, ale też z jego strasznych doświadczeń. Tylko że o nich też nie wiedzieliśmy, gdy powierzono nam dziecko. Na początku CPZ zataiło przed nami wszystko - podkreśla Magdalena.

Za każdym razem przyjmował cios

O dramatycznej przeszłości chłopca Kędzierscy dowiadywali się "na raty" podczas kolejnych spotkań z koordynatorką z CPZ. - Gdy przychodziła do nas, pytaliśmy o rodzinę Antka. Pani sprawdzała w dokumentach i mówiła, że chłopiec ma matkę upośledzoną w stopniu lekkim. I ojca, który trafił do więzienia, po czym został pozbawiony praw rodzicielskich. Matka była uzależniona od nowego partnera, a ten był uzależniony od alkoholu. Facet bardzo nękał Antka psychicznie i fizycznie. Nie robiła nic, by go powstrzymać, a wręcz mu pomagała - opisuje Magdalena Ciuła-Kędzierska.

Jak się okazało, chłopiec był krzywdzony nie tylko od wczesnego dzieciństwa, lecz jeszcze zanim się urodził. Matka piła w czasie ciąży, dlatego Antek przyszedł na świat z FAS (Spektrum Poalkoholowych Wrodzonych Zaburzeń Rozwojowych).

Gdy miał 5 lat, zostawiła go w ośrodku interwencji kryzysowej. Tłumaczyła, że sobie z nim nie radzi, bo jest agresywny. Od tego momentu przechodził z rąk do rąk. Najpierw trafił do pierwszej rodziny zastępczej, potem do drugiej i trzeciej. Każda z nich oddawała go jak nieudany prezent na walentynki.

- Z początku pewnie każdemu wydawał się miłym i ładnym chłopaczkiem, który się uśmiecha i na każdą prośbę odpowiada potulnie: "Dobrze". Bo taki był. Tylko że później nagle dostawał ataków agresji. Nikt nie wpadł na to, że należy go zdiagnozować, zapewnić mu terapię i wykazać się cierpliwością - ubolewa Jakub Kędzierski.

- Był coraz bardziej sfrustrowany, bo już nigdzie nie czuł się bezpiecznie. Nie wyobrażam sobie, jak to dziecko mogło być tak okrutnie traktowane przez dorosłych - dodaje Magdalena.

Antek więc czterokrotnie był mamiony obietnicą miłości i bezpieczeństwa, po czym za każdym razem przyjmował cios, po którym nawet dorosłemu trudno byłoby się podnieść. Ale to nie wszystko. Świat miał dla niego zarezerwowane kolejne razy.

- W wieku 7 lat trafił z powrotem do mamy. Stwierdziła, że już sobie z nim poradzi i zapewniła CPZ, że rozstała się z partnerem, który bił Antka. Obiecała, że sama się poprawi i będzie dobrą matką. CPZ wystąpiło więc z wnioskiem o zwrócenie jej dziecka, sąd się przychylił i Antek do niej wrócił. A ona po miesiącu znowu zamieszkała z tym partnerem. I powtórzyło się katowanie dziecka - mówi Magdalena.

To jednak wciąż nie koniec razów, po przyjęciu których Antek - jak oczekiwali dorośli - miał wstać, uśmiechnąć się i być grzecznym chłopcem. - Matka poprosiła, by zabrano go do szpitala psychiatrycznego, bo nie umiała nad nim zapanować. Po dwóch tygodniach odebrała go stamtąd, kazała mu się spakować i pójść z nią do CPZ. Tam znów go zostawiła. Antek trafił do pogotowia opiekuńczego, gdzie miał przebywać góra 3 tygodnie, a został ponad 3 miesiące. Usłyszał tam, że nikt już go nie chce - opowiada.

Antek umie wreszcie zapłakać

Ktoś jednak chciał. Kędzierscy zabrali "anioła" z pogotowia i przywieźli go do domu. Nie wiedzieli jeszcze, że będą musieli zdemontować prawie wszystkie drzwi w mieszkaniu. Wkrótce bowiem "anioł" miał tak nimi trzaskać, że aż cała kamienica się trzęsła. Ale w tym huku nie docierał do końca swojej frustracji. Rzucał się więc z rękami na Magdalenę, Jakuba i ich psa Klopsika.

- Wychowywaliśmy go miłością. Starałam się nie podnosić głosu, gdy nas atakował, tylko spokojnie dawałam mu do zrozumienia, że nie podoba mi się jego zachowanie. Powtarzałam cierpliwie: "Antek, nie krzycz, bo nie lubię, jak podnosisz na mnie głos", "Używasz przemocy, nie rób tego, proszę". Bardzo powoli uczył się uspokajać - wspomina Magdalena.

Od psychologa usłyszeli, że gdy dziecko z zespołem Aspergera wpada w szał, trzeba odciąć go od bodźców i pozwolić mu pobyć samemu, by się wyciszył. Odkąd zaczęli stosować się do tego zalecenia, z chłopca szybciej schodziły trudne emocje.

Wychowywanie miłością, farmakoterapia, praca z psychiatrami i psychologami po półtora roku zaczęły przynosić efekty. - Ataki szału stopniowo się skracały. Najpierw z 8 do 4 godzin, potem do 2, a teraz wybuch trwa maksymalnie 5 minut. Czyli tak jak u normalnego dziecka - cieszy się Ciuła-Kędzierska.

Do normy - w porównaniu z rówieśnikami - skoczył też jego poziom inteligencji: z 68 do 105. Dzięki temu chłopiec mógł podciągnąć się w nauce, co było ważne, bo zanim Kędzierscy go przyjęli, przeszedł warunkowo z pierwszej do drugiej klasy. - Był skrajnie zaniedbany edukacyjnie, ale szybko się poprawił. Podczas testu trzecioklasisty z matematyki i polskiego uzyskał wynik na poziomie 75 proc. - mówi.

- Pomogła mu terapia biofeedback. Polega na tym, że urządzenie odczytuje fale mózgu i je stymuluje. Dziecko ogląda obrazek, ale gdy zaczyna się dekoncentrować, fale mózgowe zmieniają częstotliwość i rysunek mu znika. Musi się dopiero uspokoić, żeby obraz znów mu się pojawił przed oczami. W ten sposób Antek ćwiczy koncentrację - tłumaczy Jakub.

Udało mu się również odblokować emocje, które musiał głęboko chować przed dorosłymi, gdy zadawali mu kolejne ciosy. W jednej z jego diagnoz znajdujemy wiele mówiące o tym zdanie: "Dopiero od niedawna ujawnia i nazywa emocje - wcześniej nigdy nie płakał". Długo więc miał dzieciństwo, w którym nie można okazać słabości i zapłakać.

- Zrobił się z niego przytulas. I to mimo że ma zespół Aspergera i zaburzenia sensoryczne, co powoduje, że boi się dotyku. Ale teraz już tylko obcych. Przytulać go mogą: mój mąż, pani psycholog, pies Klopsik i ja. No i ma jeszcze dziewczynę Lenę, z którą chodzi za rękę. Jednak gdy inni próbują go dotknąć, nadal wyrywa się i krzyczy - wyjaśnia Magdalena.

Gdy patrzy na te 2,5 roku, które razem spędzili, nie może się nadziwić, jak Antek potrafił się rozwinąć. Przecież zaczął od biegania za nią z nożem i wrzeszczenia: "Ty, k..o, zabiję cię!". Dziś rano staje nad jej łóżkiem z pytaniem: "Ciociu, zrobić ci kawy?". - Stał się cudownym dzieciakiem - podkreśla.

"Postrach nauczycieli"

Niedawno napisał o nim lokalny portal 24gliwice. Tyle że nie nazwał go "cudownym dzieciakiem", ale "postrachem nauczycieli i uczniów". "Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, uczeń klasy czwartej miał poturbować trzy nauczycielki. Tak wynika z relacji innych uczniów. Twierdzą oni, że jedna z pań przewróciła się i uderzyła. Dlatego do szkoły przyjechało pogotowie oraz policja. (…) Dziesięciolatek rzucił się także na mundurowych, a uspokoił dopiero, gdy medycy dali mu zastrzyk" - napisała Marysia Sławańska i dodała, że "dziesięciolatek od dawna terroryzuje całą klasę".

Gdy autorka przyrównała dziesięciolatka do terrorysty, niektórzy komentatorzy pod tekstem też stracili umiar. Rodziców dziecka nazwali "patologią" i domagali się, by chłopca natychmiast umieścić w szpitalu psychiatrycznym lub poprawczaku.

Mimo że Sławańska nie ujawniła danych Antka ani nazwy jego szkoły, rodzice jego kolegów z klasy dobrze wiedzieli, o kogo chodzi. Pisali w internecie, że dyrekcja powinna się pozbyć Antka ze szkoły. Zastanawiali się, czy nie wystąpić do sądu z pozwem zbiorowym o pozbawienie Kędzierskich praw opiekuńczych, by przenieść chłopca do innej szkoły. Ktoś zagroził, że nie będzie wysyłał swojego dziecka na lekcje, dopóki problem się nie rozwiąże. Inny zaproponował, żeby zgłaszać szkole każdy, nawet najmniejszy incydent z udziałem Antka, bo dyrekcja "próbuje rozwiązać ten temat".

Co ciekawe, w grupie rodziców zawrzało dopiero w dniu publikacji artykułu, czyli 21 listopada 2021 roku, a do opisywanego przez Sławańską zdarzenia doszło 19 października. Czy więc rodzice przez ponad miesiąc nie wiedzieli o tym, że Antek "poturbował" nauczycieli? A może z relacji ich dzieci wynikało, że sprawa nie wyglądała tak bulwersująco?

- Tak, dowiedziałam się o tym dopiero z artykułu. Wcześniej zdarzało się, że chłopiec biegał po klasie, chował się pod ławką, zrzucał piórniki koleżankom, szarpał się z kolegami i był agresywny, ale aż takiego incydentu nie było - mówi jedna z matek.

Co więc tak naprawdę stało się 19 października? - Akurat wtedy byłam na urlopie, ale z tego, co mi opowiadała pani pedagog, uczeń wpadł w szał na korytarzu w trakcie przerwy. Już wcześniej bywał agresywny, stwarzał zagrożenie dla siebie i innych dzieci. Dlatego nauczycielki, chcąc zabezpieczyć jego i innych uczniów, zadzwoniły na pogotowie. Nie chcę dokładnie opowiadać o tej sytuacji, ale była bardzo dziwna i niebezpieczna - mówi dyrektorka szkoły Anna Pomykała.

Dotarliśmy do Karty Medycznych Czynności Ratunkowych, którą 19 października wypełnili pracownicy pogotowia. Nie ma w niej mowy o zastrzyku uspokajającym, o którym napisano w artykule. Powołując się na relację nauczycieli, ratownicy piszą, że Antek na muzyce podnosił ławkę i krzesło, a gdy nauczycielka powiedziała mu, żeby się uspokoił, wyszedł z sali i blokował drzwi od zewnątrz. Później został znaleziony na korytarzu, gdzie "doszło do wyzwisk oraz agresji w stosunku do pracowników szkoły".

Czy ta agresja oznacza "poturbowanie" nauczycieli? Nie można tego sprawdzić, bo akurat w tym dniu w szkole nie działał monitoring. Ale nawet autorka wspomnianego artykułu przyznała, że "dyrekcja doniesień o pobitych nauczycielkach nie potwierdza".

"Powiedz, że już jej nie kochasz"

- Nie było żadnych poturbowanych nauczycielek. Antek po prostu chciał wyjść z klasy, bo był nabuzowany. Dzień wcześniej przyszedł do domu bardzo nieswój i zaczął mnie przepraszać. Dopytywałam, co się stało, a on powiedział, że spotkał na dworze biologiczną matkę. Kazała mu nagrać filmik, w którym miał przyznać, że mnie nie kocha i chce być z nią. Chodziło o to, że sąd pozbawiał ją wtedy praw rodzicielskich, a jej partner, który wcześniej bił Antka, chciał go odzyskać. A właściwie pieniądze, które przysługują na dziecko - tłumaczy Magdalena Ciuła-Kędzierska.

Jak dodaje, Antek to spotkanie z matką bardzo przeżywał. Najpierw chodził struty, potem wszystko go irytowało i miał ciągłego focha. - Te emocje przeniósł do szkoły. Gdy więc nauczycielka nie pozwoliła mu wyjść na korytarz, nie posłuchał. Wiele razy przekazywałam nauczycielom zalecenia psychologów, żeby pozwalali mu w takich chwilach wyciszyć się na zewnątrz klasy. Ma przecież nauczycieli wspomagających, którzy pracują tylko z nim i mogliby go przypilnować. Tak się nie stało, więc musieli go szukać na korytarzu - opisuje.

Według Magdaleny jedna z nauczycielek chwyciła Antka za ramię, a on zaczął się wyrywać. Wtedy złapała go jeszcze mocniej, chłopiec próbował się wyszarpać i oboje upadli. - Ciągle powtarzam, żeby go nie dotykali, bo ma zespół Aspergera i zaburzenia sensoryczne, więc na dotyk reaguje alergicznie. Wiedzą, jak z nim postępować, i wiedzą, jak go uruchomić w trzy sekundy - wzdycha.

W służbowej notatce ratownicy zanotowali, że - według pracowników szkoły - wcześniej "miał miejsce incydent, w którym doszło do zaatakowania ostrym przedmiotem (cyrkiel) nauczyciela". Może więc strach przed niebezpiecznym uczniem sprawił, że wezwano do podstawówki pogotowie, a za nim przyjechała policja?

- Po tej szkole chodzą różne wyolbrzymione opowieści o Antku. Z cyrklem było tak, że Antek bawił się nim, mówiąc, że to jego broń. Nauczyciel mu ten cyrkiel wyszarpał i zadzwonił do mnie. Twierdził, że chłopiec chce kogoś skrzywdzić. A on po prostu bawił się jak dziecko. Później byłam na spotkaniu z dyrekcją, na które wparowała nauczycielka i powiedziała, że Antek zepchnął kolegę ze schodów. No tak się akurat złożyło, że był wtedy w domu. Okazało się, że to był inny uczeń, ale wszystko spadło na Antka i rodzice dostali informację, że to on pobił kolegę - mówi Magdalena.

"Za bardzo komplikuje szkole życie"

Kędzierscy twierdzą, że dyrekcja szkoły stara się pozbyć Antka, naciskając na nich, żeby go oddali do szkoły specjalnej. - Wielokrotnie rozmawialiśmy z dyrekcją i wydaje nam się, że dziecko jest dla nich problemem. Za bardzo im komplikuje życie, bo muszą mu organizować indywidualny tok nauczania, opiekę na przerwach, nauczyciela wspomagającego - mówi Jakub Kędzierski.

- Nie chcemy go oddać do szkoły specjalnej ani oddziału terapeutycznego, do czego próbuje nas zmusić dyrekcja. Bo to dziecko jest w normie intelektualnej i specjaliści mówią, że nie nadaje się do tego typu placówek. To spowodowałoby u niego bardzo duży regres. A Antek i my przecież tak się napracowaliśmy, żeby zrobił postęp w nauce i w rozwoju emocjonalnym. I zrobił ogromny. Owszem, wymaga więcej pracy i poświęcenia, ale jest kochanym i mądrym chłopcem. A oni chcą to wszystko zniweczyć - dodaje Magdalena.

Dyrektor szkoły Anna Pomykała potwierdza, że jej pracownicy proponowali Kędzierskim umieszczenie Antka w tzw. klasie terapeutycznej. - Formalnie to wygląda tak, że chłopiec byłby dalej uczniem naszej szkoły, ale wszystkie zajęcia miałby w zewnętrznym ośrodku. W klasie terapeutycznej mamy już czworo naszych uczniów z różnymi zaburzeniami. Tam są specjaliści, którzy pracują z pięcioosobowymi grupami dzieci. Dla Antka to byłaby najlepsza rzecz - tłumaczy.

Jednocześnie zaprzecza, że chciała Antka wypchnąć do szkoły specjalnej. - Oczywiście, też ją proponowaliśmy opiekunom chłopca, bo rozważaliśmy różne możliwości, ale oni tę propozycję odrzucili i tyle - podkreśla.

Co innego mówi jednak dokument, który podpisała i wysłała do Centrum Pieczy Zastępczej. Dyrektorka informuje w nim, że jej szkoła skierowała Antka na rediagnozę do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. I dodaje: "Szkoła po otrzymaniu uaktualnionego orzeczenia, które potwierdzi pogłębiające się zaburzenia chłopca, zaproponuje (jego) opiekunom faktycznym realizację obowiązku szkolnego w szkole specjalnej lub w oddziale terapeutycznym Feniks. W razie odmowy współpracy opiekunów ze szkołą skierujemy wniosek do sądu".

A więc dyrektorka jeszcze zanim dostała rediagnozę, już zakładała, że potwierdzi ona "pogłębiające się zaburzenia chłopca", co miało jej umożliwić skierowanie wniosku do sądu. Dodajmy, że to pismo Anna Pomykała wysłała 24 listopada, a więc trzy dni po publikacji artykułu o "postrachu nauczycieli". Po nim - jak twierdzą Kędzierscy - nastąpił szereg zdarzeń, które miały izolować Antka od rówieśników i skłonić jego opiekunów, by przenieśli go do innej szkoły.

"Sam nie mógł pójść nawet do ubikacji"

- Wcześniej ustaliłam z dyrekcją szkoły, że częściowo zindywidualizujemy ścieżkę nauczania Antka. Czyli miał 10 lekcji z rówieśnikami w klasie na 9 godzin zajęć indywidualnych, np. w bibliotece. Chodziło o to, żeby nie przeszkadzał kolegom w nauce i mógł się wyciszyć, ale też, by miał z nimi kontakt. Antek podpisał kontrakt, że będzie się grzecznie zachowywał i wszystko było na dobrej drodze. Ale kilka dni później ukazał się artykuł o Antku i wszystko się odwróciło - opowiada Magdalena.

Przypomnijmy, tekst ukazał się ponad miesiąc po tym, jak Antek poszarpał się z nauczycielką. A więc artykuł nie jest dowodem na to, że chłopiec zerwał "kontrakt". - Zaraz po tej publikacji rodzice dzieci z klasy Antka dostali wiadomość, że on przechodzi na całkowicie indywidualny tok nauczania. Zostało wysłane do wszystkich rodziców, tylko nie do nas. Następnego dnia szkoła całkowicie oddzieliła chłopca od rówieśników. Nic nie mógł samodzielnie zrobić, nawet pójść do ubikacji. Był ciągle pilnowany przez nauczycieli - twierdzi.

W rozmowie z nami dyrektorka szkoły zaprzecza, jakoby Antek przeszedł na tryb zajęć indywidualnych. Mówi, że rozważała z pracownikami ten wariant, jednak się z niego wycofali i pozostali przy umówionym wcześniej trybie: 10 lekcji z rówieśnikami na 9 godzin zajęć indywidualnych.

Jednak i tu dyrektorka mówi coś innego, niż napisała w piśmie do CPZ. Informowała w nim, że jej szkoła zapewniła Antkowi zajęcia indywidualne w wymiarze 19 godzin lekcyjnych - "do czasu wydania uaktualnionego orzeczenia po rediagnozie ucznia".

Opiekunem prawnym powinna być osoba postronna

Wychowawczyni Antka poinformowała rodziców innych dzieci, że Kędzierscy zgodzili się na nauczanie indywidualne chłopca. Jednak oni temu zaprzeczają. Bo po pierwsze: nie chcieli izolacji Antka od rówieśników, a po drugie: nie mogli takiej zgody podpisać. Nie są bowiem opiekunami prawnymi chłopca. Nie mogą więc decydować ani o jego leczeniu, ani o edukacji.

Antek nie ma opiekuna prawnego od października, kiedy sąd odebrał władzę rodzicielską jego biologicznej matce. - W marcu była rozprawa, która miała być tylko formalnością i na której mieliśmy zostać opiekunami prawnymi. Okazało się jednak, że Centrum Pieczy Zastępczej wysłało do sądu pismo, w którym bardzo pozytywnie nas oceniło, ale też stwierdziło, że jest zaniepokojone naszym konfliktem ze szkołą - mówi Magdalena.

CPZ w tym piśmie stwierdziło, że "wskazane jest, by funkcję opiekuna prawnego sprawowała osoba postronna, nie sprawując tym samym bezpośredniej pieczy nad małoletnim (kurator sądowy, prawnik)". - Na rozprawie w marcu powiedziałam, że chcę Antkowi zmienić szkołę, oczywiście na zwykłą, nie specjalną, na co wcześniej wyraziło zgodę CPZ. Sędzia zadzwonił do nich, żeby to potwierdzić, ale oni stwierdzili, że nic o tym nie wiedzą. Dlatego rozprawa została odroczona. Dla mnie jest jasne, że CPZ jest w zmowie ze szkołą przeciwko nam - tłumaczy Magdalena.

Zapytaliśmy CPZ, dlaczego wnioskowało do sądu o to, by opiekę prawną nad Antkiem powierzyć kuratorowi lub prawnikowi, a nie obecnym opiekunom faktycznym. Pytaliśmy również: gdzie zdaniem CPZ powinien przebywać Antek i gdzie się uczyć; czy zachowanie chłopca wynika z zaniedbań rodziny zastępczej; dlaczego do chwili, w której Kędzierscy przyjęli do siebie Antka, nie był diagnozowany; czy dostali od CPZ pomoc psychologiczną dla chłopca? Na żadne z tych pytań nie dostaliśmy odpowiedzi.

"Urządzono nagonkę"

Zanim Antek trafił do Kędzierskich, był oddawany aż 3 razy przez rodziny zastępcze i 2 razy przez matkę. Za każdym razem powód był ten sam - "bo sobie nie radziliśmy". Gdy już Kędzierscy go zdiagnozowali i zapewnili mu terapię, przez co dziecko zrobiło ogromne postępy, szkoła - w ich ocenie - chce się go pozbyć. Bo sobie nie radzi.

- Od samego początku popełniono w niej mnóstwo błędów w odniesieniu do Antka. Na początku roku szkolnego połączono jego klasę z inną, przez co grupa stała się zbyt liczna i trudno nauczycielom ją ogarnąć. Przyznano mu nauczycielkę wspomagającą do pracy jeden na jeden, ale później zastąpiono ją innymi, którzy pracują z Antkiem rotacyjnie. A to dziecko potrzebuje stałości - tłumaczy Magdalena.

W dodatku rodzice kolegów Antka z klasy przyznają, że nikt nie rozmawiał z nimi ani z ich dziećmi o zespole Aspergera. O tym, czego unikać w kontaktach z Antkiem, na co być uważnym i jak się przygotować na jego zachowania.

- Zamiast tej pracy była droga na skróty, czyli izolacja Antka od jego kolegów, zamykanie go w bibliotece, wykluczanie z wycieczek szkolnych. A gdy się temu sprzeciwialiśmy, zrobili z nas patologię i urządzono na nas i dziecko potworną nagonkę. Jak? Choćby tamtym artykułem - mówi Magdalena.

Dyrektorkę szkoły zapytaliśmy wprost, czy zainspirowała artykuł o "postrachu nauczycieli". Zdementowała i podkreśliła, że w ogóle nie wypowiadała się do tego tekstu, bo była wtedy na urlopie. Na naszą uwagę, że jej słowa są cytowane we wspomnianym artykule, stwierdziła, że może odpowiedziała na jedno pytanie autorki.

Z tekstu wynika, że było ich więcej. Kluczowy w nim jest jednak moment, w którym autorka stwierdziła, że szkoła próbuje rozwiązać "problem" z Antkiem, "lecz sytuacja jest patowa. Bo na żadne rozwiązanie nie zgadzają się rodzice". - Nie oznacza to, że problem zostawimy - zapewniła dyrektorka podstawówki.

Nie zostawiła.

Postscriptum

Pod koniec pracy nad naszym tekstem doszła do niego nieoczekiwana puenta. - Właśnie dostałam telefon z policji. Dowiedziałam się, że szkoła złożyła zawiadomienie o "skrajnej demoralizacji Antka". Dyrekcja napisała, że chłopiec notorycznie ucieka ze szkoły, zachowuje się niestosownie w stosunku do nauczycielek, a jedną z nich pobił. Miało się to stać 28 marca. Tylko że tego dnia dzwoniła do mnie ta nauczycielka i nawet nie wspomniała o tym, że Antek ją uderzył - mówi zapłakana Magda.

- W zawiadomieniu napisano, że szkole nie udało się tego dnia skontaktować z nami, a Antek uciekł ze szkoły. A przecież on przez tę nauczycielkę został zwolniony ze szkoły za naszą zgodą. Poprosiliśmy, żeby policjant sprawdził nagrania z monitoringu. Obiecał to zrobić, sprawa jest w toku. Dla mnie zawiadomienie o demoralizacji dziecka z Aspergerem to oczywisty atak - dodaje Jakub Kędzierski.

Wynik pracy policji prawdopodobnie trafi do akt sądowych sprawy dot. przyznania praw opiekuńczych nad Antkiem. Co zdecyduje sąd, mając raporty całej machiny państwa - szkoły, policji, CPZ - zaangażowanej przeciwko rodzinie zastępczej, jeszcze nie wiemy.

Jak jednak podkreśla Magdalena, już teraz chłopiec ma objawy depresji. - Przez tę całą sytuację źle śpi i przychodzi do mnie w nocy z płaczem. Na głowie bym stanęła, żeby miał normalne dzieciństwo. A jemu rok po roku dorośli odbierają wszystko - podsumowuje Magdalena Ciuła-Kędzierska.

Imię chłopca zostało zmienione.

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM