"O Jezu, ile łez przełknęłam, patrząc, jak tuliły misie". Nauczyciele gaszą w małych uchodźcach traumę wojny

Nauczycielki, które mają w klasach maluchy z Ukrainy, czasem czują się bezradnie, jak matki, kiedy niemowlęta nie mogą przestać płakać, a one nie wiedzą, jak im pomóc. - Paradoksalnie tutaj tym krzykiem jest cisza. Tak samo rozsadza nasze głowy. Dziecko podchodzi do mnie, wskazuje tym smutnym wzrokiem na drzwi i widać, że czegoś chce. Ale czego? Można wpaść w rozpacz! - mówi Natalia Wójcik.
Zobacz wideo

Zaczęło się od ciszy, którą dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 103 w Warszawie nazywa "potworną". - Dzieci prawie nie mówiły, o nic nie prosiły. Chciały tylko tulić się w milczeniu. Obejmowały mnie i moje nauczycielki. Załatwiliśmy też misie, a każdy z nich nazwaliśmy Polą od Polski. I maluchy tuliły te misie. Widać było, że potrzebują poczucia bezpieczeństwa. Takiej pewności, że tutaj już nic im nie grozi – mówi Danuta Kozakiewicz.

- O Jezu, ile ja łez przełknęłam, patrząc, jak tuliły te misie. Nie chciałam płakać, bo to nie moje emocje były najważniejsze, tylko tych dzieci. Ale gardło miałam ściśnięte, a łzy same napływały do oczu – wyznaje Natalia Wójcik, nauczycielka z Krakowa.

Na te misie w jej szkole zrzucili się rodzice polskich uczniów. Przynieśli kilka pudeł z pluszakami, a nauczyciele rozdali je pomiędzy małych uchodźców. - W ich smutnych, matowych oczach pojawił się błysk. Niewiele więcej mogliśmy dla nich zrobić, bo prawie w ogóle się nie odzywały. Widzieliśmy, że cierpią, ale nie mogliśmy z nimi porozmawiać, dodać im słowem otuchy, bo była pomiędzy nami bariera językowa – wspomina.

Jak dodaje, ona i jej koleżanki nie mogąc przez tę ciszę przebrnąć, czasem czują się bezradnie jak matki, gdy niemowlęta nie mogą przestać płakać, a one nie wiedzą, jak im pomóc. - Paradoksalnie tutaj tym krzykiem jest cisza. Tak samo rozsadza nasze głowy. Dziecko podchodzi do mnie, wskazuje tym smutnym wzrokiem na drzwi i widać, że czegoś chce. Ale czego? Coś je boli? Chce sikać? Chce do mamy? Naprawdę w takich sytuacjach można wpaść w rozpacz! - podkreśla.

Nauczycielka przyznaje, że w pierwszych dniach przychodziła struta po pracy do domu i sama tam zapadała się w ciszy. - Mąż coś do mnie mówił, ale byłam nieobecna. Czytałam o wojnie w Ukrainie, żeby zrozumieć, co te "moje" dzieci przeżyły. I łapałam jeszcze większy dół. Bo nie mogłam im pomóc – tłumaczy.

Gaszenie pożarów

Dyrektorka Danuta Kozakiewicz ma w swojej szkole około 75 ukraińskich dzieci, które przyjechały z matkami do Polski po wybuchu wojny. Każde z nich ma potrzeby, których zaspokajanie na początku rozbijało się o barierę językową. Kozakiewicz postanowiła więc zacząć od podstaw.

- Zleciłam przetłumaczenie na ukraiński wszystkich napisów w szkole. Żeby dziecko nie musiało się zastanawiać, gdzie jest ubikacja, biblioteka, świetlica. Zrobiliśmy dla nauczycieli ściągawki z najprostszymi zdaniami po ukraińsku, np. "Możesz wyjść do toalety". Cofnęłam zakaz używania telefonów na lekcjach, żeby polscy uczniowie i nauczyciele mogli się porozumiewać z ukraińskimi dziećmi za pomocą Tłumacza Google. To nie pomogło w nauce chemii czy fizyki, ale w prostej komunikacji - bardzo – podkreśla.

Zatrudniła też sześć Ukrainek i poprosiła o pomoc wolontariusza, który mówi po ukraińsku, żeby pomagali polskim nauczycielom. Nawet nie tyle w realizacji programu nauczania, bo ten – jej zdaniem – jest teraz najmniej ważny, ile w gaszeniu pożarów, do rangi których urastają nawet najbardziej prozaiczne sytuacje.

- Niedawno małe dziecko strasznie rozbolał brzuszek. Bylibyśmy zupełnie bezradni, a maluch by cierpiał, gdyby nie pan wolontariusz. Zrozumiał i uspokoił dziecko, przekazał pielęgniarce, co się dzieje, a ona zadziałała. Wspólnymi siłami zaopiekowali się małym uchodźcą, a on poczuł się zrozumiany i zaopiekowany. Wszystko skończyło się dobrze – mówi.

Dla dyrektor było jasne, że musi zatrudnić też ukraińskiego psychologa. Bo mali uchodźcy są pod wpływem olbrzymiego stresu związanego z tym, że ich ojcowie i bracia dalej są na wojnie. - W takiej sytuacji wydaje mi się zupełnie nietrafionym pomysłem, żeby polski psycholog - z naszej szkoły - rozmawiał z dziećmi poprzez tłumacza. Poprosiłam samorząd o pieniądze na zatrudnienie ukraińskiej psycholożki i dostałam. Pomaga dzieciom w najtrudniejszych sytuacjach, np. gdy dostają telefon, że ich ojcowie zostali ranni i leżą w szpitalach - tłumaczy.

Psycholog musi być w ciągłej gotowości, bo trauma dzieci przybiera różne formy. - To nie musi być zawsze przygnębienie, może być postawa buntownicza typu: "Nie będę uczyć, nie chcę chodzić do szkoły". Trauma może przejawiać się też w agresji ucznia w stosunku do dzieci z Białorusi, które kojarzą mu się z wrogiem. Tłumaczymy wtedy, że Białorusini w naszej szkole też są uchodźcami, którzy wcześniej uciekli z rodzicami przed reżimem Łukaszenki – opowiada.

- W naszej szkole mamy dwóch uchodźców, którzy się okaleczają. Nie mamy za to jeszcze psychologa mówiącego po ukraińsku, więc nas to przeraża. Bo chcemy z nimi rozmawiać, być uważnymi na ich potrzeby, ale bariera językowa mocno nam to utrudnia. Na razie tylko udało nam się poinformować matki o tym, co mają na rękach ich dzieci – mówi Natalia Wójcik, nauczycielka z Krakowa.

"Każdy ich uśmiech jest dla mnie wygrana w lotto!"

Dyrektorzy szkół i nauczyciele, próbując ukoić lęki małych uchodźców, korzystają z zasady "wszystkie ręce na pokład". - U nas od dawna pracuje konserwator, który jest Ukraińcem. Przez lata był... człowiekiem widmo. To znaczy, przechodził mi kilka razy dziennie przed oczami, ale – wstyd się przyznać – jakoś go nie zauważałam. Teraz okazało się, że to cudowny, dobry człowiek i to w dodatku z niesamowitym poczuciem humoru. Zapraszamy go do ukraińskich dzieci na przerwach, żeby sobie z nimi pożartował i porozdawał im łakocie. On odżywa i one się uśmiechają. A każdy ich uśmiech jest dla mnie jak wygrana w lotto! - przekonuje Natalia Wójcik.

Dla dyrektor Kozakiewicz pomocni są też uczniowie z Ukrainy, którzy przyjechali do Polski jeszcze przed wojną i zdążyli opanować język polski. - Te dzieci to skarb. Bo jak przychodzi do mojego gabinetu przerażona uchodźczyni z Ukrainy, to proszę np. naszą Weronikę, która u nas jest już 5 lat. Siadają sobie w kącie i plotkują po ukraińsku. A ja w tym czasie załatwiam formalności z mamą. To olbrzymia pomoc, bo stres spływa z tego dziecka - tłumaczy.

Jest jeszcze Pani Ciocia, jak nazywa ją dyrektor Kozakiewicz. To jedna z matek ukraińskich dzieci, która znalazła zatrudnienie w szkole. Ma wyższe wykształcenie, ale nostryfikacja jej ukraińskiego dyplomu jeszcze trochę potrwa, więc póki co tymczasowo pracuje jako sprzątaczka. - Jest "ciocią" dla dzieci z Ukrainy. Przychodzą do niej, gdy nie mogą się z nami dogadać. Nie zna polskiego, więc gdy mówi nam o ich potrzebach, rozmawiamy trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, a trochę w "języku wojny", czyli poprzez pokazywanie i rysowanie. Jeśli obie strony bardzo chcą się zrozumieć, to się udaje – zapewnia.

Wzywa też Panią Ciocię na pomoc, gdy widzi dziecko stojące pod salą z oczami pełnymi łez. - Gdy sama podchodzę i pytam, co się stało, to jestem bezradna, bo nie rozumiem, co mi odpowiada. Chyba, że używa rosyjskiego, wtedy jesteśmy w domu. Ja w tym języku mówię trochę na zasadzie "Kali zjeść moja krowa", ale dajemy radę. Tylko że niewiele z tych dzieci porozumiewa się za pomocą rosyjskiego. Wtedy Pani Ciocia jest bardzo pomocna. Albo gdy dziecko przychodzi i mówi, że nie ma dzisiaj "ruczki". Tylko co to jest ta "ruczka"? Okazuje się, że długopis. Czasem nawet w takich prozaicznych sytuacjach jesteśmy w kropce - mówi.

"Ukraińskie dziecko najpierw podnosi rękę"

W kropce są też nauczyciele, którzy chcą docenić starania ukraińskich dzieci i stawiają im "szóstkę", a one wtedy zaczynają płakać. I to nie ze szczęścia, tylko ze smutku. Bo w Ukrainie jest dwunastostopniowa skala ocen, więc "szóstka" jest dla nich jak słaba "trója" dla polskich uczniów.

Kolejną istotną różnicą w obu systemach edukacji jest pozycja i autorytet nauczyciela. - Najbardziej to widać, gdy pracujemy z ukraińskimi maluchami. Nie rozumieją, że u nas nie wychowuje się już przy pomocy zakazów ani nakazów, tylko poprzez rozmowę i wyjaśnianie. W ukraińskiej szkole nie dyskutuje się z nauczycielem. To on ściśle określa, co, o której, gdzie i jak. Dlatego pierwsze pytania, jakie zadawali mali uchodźcy, po przyjściu do naszej szkoły, brzmiały: "Jak mam się ubierać?" "Jakie buty zakładać?" "Gdzie mam usiąść?" - wspomina Danuta Kozakiewicz.

Jak dodaje, uczniowie z Ukrainy nie mogą się nadziwić, gdy dyrektorka szkoły ich pyta, czego im potrzeba albo co by zmienili w klasie. Jednak po chwili zdumienia na ich twarzach zaczyna malować się zadowolenie. Bo wreszcie mogą o czymś zdecydować. - Ciągle jednak nie umieją się do tego przyzwyczaić. Gdy wchodzę do sali lekcyjnej, widzę w ich oczach posłuszeństwo i wyczytywanie z moich tego, czego bym sobie życzyła - opisuje.

W jej ocenie polscy uczniowie przyzwyczajeni są do swobodnej dyskusji z nauczycielem. Czasem nawet trzeba ich stopować, bo za bardzo skracają do niego dystans. - Natomiast ukraińskie dziecko najpierw podnosi rękę i cierpliwie czeka na pozwolenie, by się odezwać. Nie ma mowy o wybuchach emocji czy wyrywaniu się, jak w przypadku części polskich uczniów – podkreśla.

Wspomina, jak przyniosła do klasy pudło z tornistrami, zeszytami i flamastrami, na które dla małych Ukraińców zrzucili się polscy rodzice. - W polskiej klasie usłyszałabym: "Dla mnie tornister!", "A dla mnie flamaster!", "Proszę pani, dla mnie!". A tutaj była cisza i spokój. Widziałam tylko po oczach, że dziecko akurat te flamastry by chciało. Mówiłam więc: "Proszę, są twoje". I była radość – wspomina z uśmiechem.

Danuta Kozakiewicz przyznaje, że taka dyscyplina ukraińskich dzieci jest dla nauczycieli wygodna, ale – jak podkreśla – dobrze, że polska szkoła od niej odeszła. - Taka dyscyplina właściwie polega na całkowitym podporządkowaniu. A my wolimy już jednak trochę spontaniczności, otwartości i zaufania do siebie. Dyscyplina tak, ale niewymuszona. Taka, która opiera się na kulturze życia społecznego, a nie na reżimie – tłumaczy.

"Skazani na niepowodzenie"

W wielu polskich szkołach dla uchodźców, którzy nie znają polskiego, stworzono tzw. oddziały przygotowawcze. - U nas są trzy: dla klas 1-3, 4-6 i 7-8. Oznacza to, że do jednego oddziału jednocześnie chodzą trzy roczniki, które realizują trzy różne podstawy programowe z różnych przedmiotów. Oczywiście, w minimalnym zakresie, bo tam kładziemy nacisk głównie na naukę polskiego. Tych zajęć dzieci mają po 8 w tygodniu – mówi Kozakiewicz.

Jak dodaje, to "ekstremalne wyzwanie dla nauczycieli", gdy w jednej sali siedzi np. 25 uczniów z klas: czwartej, piątej i szóstej. Mają różny poziom wiedzy, w dodatku wyniesionej z ukraińskiej szkoły, gdzie czego innego uczy się niż w polskiej. - Każdy nauczyciel musi się przygotować się do uczenia według trzech programów. W dodatku bez znajomości ukraińskiego - tłumaczy.

Ocenia, że takie uczenie chemii, fizyki czy matematyki na razie niewiele daje. - Czekamy na efekt nauczania języka polskiego, bo dopiero wtedy będziemy mogli faktycznie realizować program. Jednak na ten efekt trzeba poczekać co najmniej do początku przyszłego roku szkolnego, czyli do września. Przy założeniu, że w wakacje dzieci też będą się uczyły polskiego - podkreśla.

Niektóre ukraińskie dzieci chodzą na lekcje z polskimi rówieśnikami, ale i tam sytuacja wygląda fatalnie. - Uchodźcy włączyli się w nauczanie, gdy realizacja programu była już bardzo zaawansowana. Siedzą więc zupełnie nieefektywnie na lekcjach. Bo nie są w stanie nadążyć ani pod względem językowym, ani merytorycznym. Korzyść jest tylko taka, że są wyrwane ze środowiska domowego, gdzie cały czas mówi się o wojnie. Mają namiastkę normalności w kontaktach z rówieśnikami – ocenia.

Dlatego dyrektor Kozakiewicz zupełnie nie rozumie, dlaczego minister Przemysław Czarnek upiera się, żeby młodzi Ukraińcy podchodzili do egzaminu ósmoklasisty. - Nie mam zielonego pojęcia, czemu ma to służyć. Bo na pewno nie służy sprawdzeniu wiedzy ani zdolności dzieci. Moim zdaniem jest to nawet dyskryminacja, ponieważ postawiono je przed zadaniem nie do wykonania. Muszą wykazać się wiedzą, której nie nabyły. Np. na polskim nie czytały "Pana Tadeusza" ani nie znają naszej gramatyki. Nawet jeśli przetłumaczy im się polecenia, to będą musiały odpowiadać po polsku, który opanują najwyżej na poziomie "dzień dobry" i "do widzenia" - mówi.

Jak tłumaczy, mają więc trzy wyjścia. - Pierwsze: staną do egzaminu i będą właściwie skazane na niepowodzenie. Nie mają wtedy szans na dostanie się do dobrego, a właściwie do żadnego liceum. Może będą szukały szkół zawodowych. Zdobycie zawodu jest świetne, ale wśród tych uczniów są dzieci szczególnie uzdolnione, które znakomicie uczyły się w Ukrainie. Marzą o zostaniu lekarzami czy prawnikami, a tutaj podcina im się skrzydła. To olbrzymi problem – uważa.

Drugie wyjście to nie przystąpić do egzaminu i powtarzać rok. Trzecie: zrezygnować ze szkoły polskiej i uczyć się zdalnie w ukraińskim systemie edukacji. Wtedy jednak – jak zauważa dyrektor SP nr 103 w Warszawie - będą miały ograniczony kontakt z rówieśnikami, który jest bardzo ważny dla ich psychiki.

Z ostatniego wyjścia skorzystało na razie troje dzieci z jej szkoły. Ile jest ich w całej Polsce, na razie nie wiadomo, bo termin składania deklaracji o przystąpieniu do egzaminu ósmoklasisty mija w poniedziałek 11 kwietnia. Wiadomo jednak, że do polskiej matury zdecydowało się przystąpić zaledwie 26 uczniów z Ukrainy. Natomiast po inwazji Rosji na Ukrainę do polskiego systemu oświaty trafiło 161 tys. ukraińskich dzieci.

- Nakłanianie ukraińskich dzieci do egzaminów po polsku jest wypychaniem ich z naszego systemu edukacji. A to są przecież dzieciaki, które uciekły przed wojną i przeżywają traumę. Chyba możemy im coś więcej zaoferować niż grzeczne pokazanie drzwi wyjściowych ze szkoły – oburza się Natalia Wójcik, polonistka z Krakowa.

Egzamin z tolerancji

Zdaniem dyrektor Danuty Kozakiewicz ministrowi Czarnkowi nie udało się zepsuć rzeczy najważniejszej, choć próbował. Chodzi o przygotowanie polskich uczniów na przybycie uchodźców. - To było takie "sprawdzam" dla nauki tolerancji, którą prowadziliśmy od dłuższego czasu z organizacjami pozarządowymi. Tymi samymi, którym dostęp do szkół miało utrudnić "lex Czarnek". Okazało się, że dzieciaki wiele wyniosły z zajęć antydyskryminacyjnych. Wiedziały, czym są różnice kulturowe i że nie należy się im dziwić. Podeszły do rówieśników z Ukrainy z empatią. Nie pytają o wojnę, ale jeśli kolega sam chce o niej opowiedzieć, to go wysłuchują, nie komentują, najwyżej przytulają. Jestem z nich dumna – mówi.

Właśnie w kontakcie z polskimi rówieśnikami mali uchodźcy najlepiej oswajają nową rzeczywistość i choćby na chwilę zapominają o wojnie. - Zaczyna się od WF-u, wspólnego grania w gry elektroniczne i rozmów o ulubionych piosenkarzach czy aktorach, a później rozmawiają już o wszystkim. Najpierw pomagają sobie Tłumaczem Google’a, a potem to już porozumiewają się hormonami i emocjami. Nie wiadomo, w jakim to języku. W każdym razie mówią do siebie, poklepują się, pokazują sobie kciuki. I to działa, nawzajem tłumaczą sobie świat - opisuje.

Są w tych kontaktach coraz bardziej rozluźnieni, bo zaczęli sobie ufać i czuć się przy sobie bezpiecznie. Dlatego Kozakiewicz coraz częściej obserwuje na szkolnych korytarzach sytuacje, które są dla niej przejawem normalności. - Jeżeli dziewczynka z Ukrainy szturchnęła chłopca z Polski, bo pociągnął ją za ogonek, to znaczy, że jest wszystko OK - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM