Jak rosyjski wywiad hoduje nielegała? "Szyją legendę, a potem scalają z nią człowieka"

- Skala rosyjskiego szpiegostwa w Polsce jest duża. Rosjanie tutaj mają znaczną swobodę działania, bo w Polsce od lat kontrwywiad jest w zapaści - mówi płk Grzegorz Małecki, były szef Agencji Wywiadu. I tłumaczy, jak działa rosyjski wywiad w Polsce, kto z nas może stać się jego agentem i dlaczego nie musimy nawet o tym wiedzieć.
Zobacz wideo

We wtorek Prokuratura Krajowa poinformowała, że zamieszkały w Polsce Rosjanin usłyszał zarzut szpiegostwa. Na zlecenie rosyjskich służb specjalnych miał zbierać informacje dotyczące gotowości bojowej polskich sił zbrojnych oraz wojsk NATO. Z kolei pod koniec marca funkcjonariusze ABW zatrzymali archiwistę Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie, który miał szpiegować na rzecz Rosji.

Z Polski wydalono też 45 dyplomatów, którzy byli oficerami rosyjskich służb i ich współpracownikami. Polskie władze przedstawiły to jako swój sukces w walce z rosyjskim wywiadem. Jednocześnie eksperci uspokajali, że budowanie agentury w Polsce jest dla Rosjan sporym problemem, bo z zasady jesteśmy wobec nich nieufni. - Nie jest rzeczą łatwą w Polsce kogoś zwerbować – mówił w TOK FM gen. Piotr Pytel, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Jednak zdaniem płk Małeckiego - byłego szefa Agencji Wywiadu – nie do końca możemy czuć się bezpiecznie. - Uważam, że skala rosyjskiego szpiegostwa w Polsce jest duża. Rosjanie tutaj mają znaczną swobodę działania, bo w Polsce od lat kontrwywiad, jako system osłony przed obcymi wywiadami, jest w zapaści. Nasze służby bezpieczeństwa w odniesieniu do potencjału państwa i w stosunku do wyzwań, przed jakimi stoją, są zdecydowanie zbyt skromne. Świat się komplikuje, wyzwania rosną, a nasze służby de facto się kurczą – mówi ekspert z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego i współautor książki "W cieniu. Kulisy wywiadu III RP".

Jak dodaje, w ostatnich latach Polska zamiast wzmacniać ochronę kontrwywiadowczą, rozbudowała "służbę dochodzeniowo-śledczą", czyli CBA. - Zmarnowaliśmy ten czas. W związku z tym Rosjanie dobrze się tutaj czują, mają sporo możliwości, bo w niewielkim stopniu są ograniczani. Zatrzymania jednego czy dwóch rosyjskich szpiegów, w takim kraju jak Polska i to w czasie wojny, nie można uznać za sukces - podkreśla.

Nie zgadza się również z opiniami, że rosyjskiemu wywiadowi trudno jest werbować Polaków do współpracy. - Co prawda, Polacy na ogół deklarują, że są antyrosyjsko nastawieni, ale działania wielu z nich sprzyjają polityce Władimira Putina. Takie osoby mogą być wykorzystywane przez rosyjskie służby. Poza tym niektórzy mogą nawet nie wiedzieć, że są werbowani przez Rosjan. Bo ci podchodzą do nich "naokoło", a więc nie jako przedstawiciele rosyjskiej ambasady, ale np. jako biznesmeni, dziennikarze, naukowcy, urzędnicy niechętni wobec reżimu Putina i sprzyjający Ukrainie. Mogą też podawać się za przedstawicieli innych krajów postsowieckich, np. Ukrainy. To się nazywa werbunek pod obcą flagą – tłumaczy.

Jak działa rosyjski wywiad w Polsce i kto może stać jego agentem?

Antena wycelowana w kancelarię premiera

Najbardziej "typowymi" siedzibami rezydentury obcego wywiadu są placówki działające pod ochroną dyplomatyczną. - To ambasady, konsulaty, linie lotnicze, organizacje turystyczne i ośrodki kultury, których kierownictwo często ma status dyplomatyczny. Niektóre z takich placówek są w dodatku eksterytorialne, co daje im ochronę przed służbami państwa goszczącego. Bo one nie mają prawa wchodzić do tych obiektów. Tam jest zaplecze dla działalności wywiadowczej, przechowuje się dokumentację i korzysta się z łączności szyfrowanej – opisuje płk Małecki.

Jak dodaje, Rosjanie umieją wykorzystywać swoje ambasady, by "prowadzić bardzo agresywną działalność wywiadowczą". - W Warszawie na dachu swojej ambasady mają silne anteny, za pomocą których prowadzą nasłuch telefonii komórkowej w promieniu kilku kilometrów. A przecież w pobliżu znajduje się m.in. siedziba polskiego premiera, Belweder, Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Niedaleko jest również ambasada amerykańska, ale ona akurat wydaje się wystarczająco zabezpieczona - ocenia.

Część personelu takich placówek prowadzi podwójne życie. Z jednej strony to np. konsulowie, attaché kulturalni, rzecznicy prasowi, a z drugiej oficerowie wywiadu. Polskie służby znają ten mechanizm, dlatego Rosjanie prawdopodobnie unikają prowadzenia swoich najcenniejszych agentów z poziomu placówki dyplomatycznej.

- Dzisiaj takie kontakty są bardziej niebezpieczne niż np. za czasów zimnej wojny, bo można obserwować człowieka na mieście za pomocą monitoringu czy geolokalizacji. To powoduje, że ten obserwowany nie jest w stanie się upewnić, iż jest "czysty", czyli nikt za nim nie idzie. W związku z tym jego spotkania z agentem, który został pozyskany ogromnym kosztem i wysiłkiem wielu ludzi, są zbyt ryzykowne – stwierdza były szef Agencji Wywiadu.

Cenni agenci są "obsługiwani" przez centralę w Moskwie za pośrednictwem kurierów i łączników, którzy odbierają od nich pozyskane w Polsce informacje. Albo zostawiają te "przesyłki" w tzw. martwych skrzynkach umieszczonych np. w miejscach publicznych. To skrytki, które bez trudu znajdą wtajemniczeni, ale na które nie powinny natrafić osoby postronne. Dziś do przekazywania zdobytych informacji używa się także internetu i szyfrowanych kanałów łączności.

Kim są cenni rosyjscy szpiedzy w Polsce?

Najbardziej czasochłonne jest przygotowanie do działań wywiadowczych tzw. nielegałów. Eksperci nazywają ten proces "hodowaniem", który prawdopodobnie zaczyna się, gdy kandydat ma zaledwie kilkanaście lat. - Nie może też być za młody, bo oficerowie wywiadu, psychologowie i różni specjaliści muszą sprawdzić, czy jego osobowość nadaje się do tego, by przez wiele lat mógł prowadzić podwójne życie w innym kraju – wyjaśnia płk Małecki.

Bo nielegał to Rosjanin, który jest przerzucany np. do Polski, by tu prowadził działalność szpiegowską. - Gdy już udaje się kogoś takiego zwerbować, trzeba przygotować go fizycznie, psychicznie i intelektualnie do nowej roli. Konieczne jest uszycie mu legendy, czyli fałszywej tożsamości, a potem scalenie z nią człowieka - mówi.

Jak dodaje, fałszywą tożsamość Rosjanie mogą przygotować w oparciu o dane, które ich agenci zebrali w Polsce, np. - jak ostatnio - w Urzędzie Stanu Cywilnego w Warszawie. - Centrala w Moskwie przygotowuje mu fałszywą dokumentację w oparciu o prawdziwe informacje np. o zmarłych w Polsce niemowlakach albo o Polakach, którzy wyemigrowali – dajmy na to – do Ameryki Łacińskiej w XIX wieku. Bo nielegałów nie wysyła się bezpośrednio do Polski, tylko najpierw lokuje się ich np. w Ameryce Łacińskiej, gdzie żyją pod fałszywą tożsamością - opisuje.

Tam przez lata ich fejkowe biografie "nasiąkają" prawdziwymi doświadczeniami i kontaktami, co później będzie myliło polskie służby, kiedy nielegałowie dotrą już do naszego kraju. - Gdyby od razu pojawili się w Polsce, byłoby ich łatwo rozszyfrować. Ale jeśli najpierw wyjadą na drugą półkulę, to już odtworzenie ich historii i zweryfikowanie fałszywych tożsamości nie będzie takie proste – podkreśla były szef Agencji Wywiadu.

Muszą też minąć lata, zanim nielegał zaadaptuje się w Polsce i uzyska tutaj dostęp do informacji, które interesują rosyjski wywiad. Może to robić jako m.in. biznesmen, naukowiec, dziennikarz. Mnóstwo zawodów nadaje się na przykrycie wywiadowcze. Jak mówi Małecki, nielegałowie często są małżeństwami, czyli tworzą dwuosobowe komórki wywiadowcze. Czasem żyją wśród nas w Polsce do śmierci – niezdekonspirowani przez nikogo. Mają tutaj dzieci, rodziny, znajomych i tak przywiązują się do swoich fałszywych tożsamości, że dożywają w nich swoich dni.

- Jeśli ktoś zostaje zdekonspirowany, to wraca do Rosji i pewnie żyje tam wygodnie. Czasem dostaje uprzywilejowane stanowisko i jest wykorzystywany do tworzenia narracji przyjaznej Kremlowi. Anna Chapman została zdekonspirowana w 2010 roku w USA, a po powrocie do Rosji zrobiła dużą karierę - przypomina.

Do kogo z nas może podejść rosyjski szpieg?

- Przede wszystkim do kogoś, kto jest dla ich wywiadu warty zachodu. To jednak nie musi być tylko polityk. Jeśli ktoś jest pracownikiem korporacji, urzędu, uczelni, ale ma umiejętności analityczne albo dostęp do baz danych, może stać się obiektem zainteresowania wywiadu. Rosjanie często poświęcają uwagę osobom, które są dla nich perspektywiczne. Czyli ambitne i żądne kariery. Mogą wspierać ich awans zawodowy i społeczny w przyszłości. Działają w bardzo długiej perspektywie, nawet dekad – tłumaczy płk Małecki.

- Załóżmy, że jestem dziennikarzem z dostępem do ważnych polityków. Kto może do mnie podejść? - pytam.

- Niekoniecznie musi to być ktoś, kto zaproponowałby panu poznanie się z przedstawicielem rosyjskiej ambasady, bo to pewnie wzbudziłoby pana nieufność. Mogą np. podesłać panu agenta z grona polskich dziennikarzy. Bo mają swoich oficerów wywiadu, który pod przykryciem dziennikarzy nawiązują kontakty w tym środowisku – odpowiada.

- Co ten podesłany dziennikarz będzie ode mnie chciał?

- Najpierw przeanalizują pańskie publikacje, żeby sprawdzić, jakie ma pan poglądy i opinie o Rosji. Bo jeśli jest pan wobec Putina krytyczny, to mogą pana werbować pod obcą flagą, np. ukraińską. To wcale nie są rzadkie sytuacje, że człowiek, który dostarcza informacji oficerowi, nawet nie wie, że pracuje dla rosyjskiego wywiadu. Przede wszystkim zgromadzą możliwie maksymalną wiedzę o pana życiu prywatnym. W mediach społecznościowych i różnych urzędach, w których mają swoich ludzi. Zdobędą wiedzę na temat pana rodziców, rodzeństwa, żony, dzieci i pana słabości. Te informacje okażą się im przydatne w rozmowie z panem.

- Będą szukali na mnie "haków", żeby przymusić do współpracy?

- To już rzadko się tak odbywa. Szantaż i zmuszanie kogoś do współpracy to na dłuższą metę metody mało efektywne. Bo ktoś złamany się szamocze, ma rozterki i unika współpracy. Więcej może być z tym zachodu niż korzyści. Dlatego wrażliwe informacje raczej wykorzystają do budowania relacji z panem. Proszę pamiętać, że proces werbunku zazwyczaj jest rozłożony w czasie. Oficer wywiadu może najpierw zaprzyjaźnić się z panem, uprawiając sport czy jakieś hobby. Później jeśli będzie miał pan trudną sytuację majątkową lub rodzinną, słabości czy nałogi, to oficer przyjdzie z ofertą pomocy. Więzi między wami stopniowo będą się zacieśniały i w którymś momencie pojawi się prośba o jakąś przysługę

- Zawsze stosują takie subtelne metody?

- Czasem celem wywiadu jest dotarcie nie do człowieka, tylko do jego sejfu czy mieszkania. Wtedy mogą jednorazowo przycisnąć służącą, kierowcę lub dozorcę, używając szantażu. Bo np. mają dowody na popełnienie przez kogoś przestępstwa, dowody jego niewierności albo przechwycone z internetu kompromitujące zdjęcia.

- A na polityków lepiej działa szantaż czy "miękka" motywacja?

- Politycy, zwłaszcza w Polsce, mają raczej słabe osobowości. Ta dziedzina życia publicznego często przyciąga ludzi z różnymi deficytami, które kompensują sobie właśnie w polityce. Dlatego pewnie tu lepsze są "miękkie" narzędzia motywacji – ocenia płk Małecki. 

Szpieg na ciągłym haju

Rosjanie stosują zaawansowaną "inżynierię", żeby stworzyć człowieka, który przez długie lata – często do śmierci – będzie prowadził podwójne życie. - Ktoś taki musi mieć bardzo twardy charakter, żeby żył z fałszywą tożsamością i się nie złamał. Nawet oficer wywiadu, który pracuje w placówce dyplomatycznej, musi mieć takie cechy. Niby używa prawdziwego nazwiska, ma prawdziwą rodzinę, ale musi realizować podwójne misje. Np. jako konsul wykonuje ciężką i niewdzięczną robotę, a jednocześnie wypełnia zadania na rzecz wywiadu. Często to negatywnie wpływa na niego i jego rodzinę. Czuje dużą presję, bo nie może podzielić się swoimi troskami z najbliższymi. To jest robota dewastująca psychikę – mówi były szef Agencji Wywiadu.

Co więc motywuje do pracy rosyjskich szpiegów? Zdaniem Małeckiego na pewno nie chodzi o pieniądze, bo "chyba nikt jeszcze porządnie w tym fachu nie zarobił". - Pewną rolę odgrywa pranie mózgu, ale też wielu oficerów wywiadu wykonuje swoją pracę z myślą o służbie państwu czy idei. Mają również potrzebę spędzenia życia w sposób nieschematyczny i przygodowy. Do pracy w wywiadzie wybiera się ludzi, którzy mają głód życia w pełnym biegu, na adrenalinie i z poczuciem, że robią coś absolutnie wyjątkowego – tłumaczy.

Jak dodaje, tego głodu emocji oficer rosyjskiego wywiadu nie zaspokaja, biegając - jak James Bond - z pistoletem po dachach budynków, tylko wykradając tajemnice i spotykając się z innymi w ukryciu. - Jednak zanim te emocje się pojawią, szpieg musi wykonać żmudną pracę, która polega na wkuwaniu nowej tożsamości. Znosi to, bo sama perspektywa, że będzie robił coś emocjonującego, okazuje się niesamowicie motywująca, zwłaszcza jeśli jest młody – stwierdza.

W jego ocenie wielu szpiegów żyje jak na haju i potrzebuje coraz mocniejszych wrażeń. Chce coraz trudniejszych i bardziej ryzykownych zadań. Niektórzy więc żyją pod ciągłą presją, którą sami na sobie wywierają. Czasem zostają zdekonspirowani, bo zaczynają ryzykować ponad miarę.

"Wycięliśmy nowotwór, nie usuwając przerzutów"

Ekspert z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznaje, że zaczynając inwazję w Ukrainie, Władimir Putin "strzelił sobie w stopę". - W wielu krajach, zwłaszcza zachodniej Europy, Rosjanie cieszyli się bardzo dużą sympatią. W Hiszpanii czy Portugalii sympatia do Rosji, jej kultury, biznesu była wręcz legendarna. To się zmieniło z dnia na dzień, gdy wybuchła wojna w Ukrainie. W tej chwili Rosjanie są tam uznawani za persony non grata, co utrudnia im działania wywiadowcze – mówi.

Jednak – jego zdaniem – nie jest tak, że te działania we wszystkich krajach zostały sparaliżowane. - Jeśli przedstawiciel rosyjskiego wywiadu chce w Polsce zyskać dostęp do informacji o polityce rządu, to wystarczy, że poda się za wroga Rosji i na tej bazie zbuduje relacje oraz wspólnotę poglądów z Polakiem. Jeśli ten nie jest na to przygotowany i nikt go nie chroni, to może ulec oficerowi wywiadu - podkreśla.

A w jego ocenie z tą ochroną kontrwywiadowczą w Polsce jest bardzo słabo. - Rosjanie mają nowe narzędzia do szpiegostwa, nowe technologie, nowy sprzęt. Z kolei my jesteśmy zamknięci w przeszłości i wszystko mamy stare. A przecież znajdujemy się na wschodniej flance NATO i nie powinniśmy się zadowalać wydaleniem z Polski pracowników rosyjskiej ambasady. Bo to tylko zysk na krótką metę i daleko niewystarczający. W dłuższej perspektywie oni tę rezydenturę odtworzą w innych miejscach Polski, o których już nie będziemy wiedzieli. Powinniśmy tych ludzi przyłapać na gorącym uczynku i razem z nimi wydalić agentów, których obsługiwali. A my wycięliśmy nowotwór, nie usuwając przerzutów, które są już w całym organizmie – podsumowuje płk Małecki.

DOSTĘP PREMIUM