W tym kościele papieżem jest Putin, a księżmi Polacy. "Walczę z nimi, by nie obudzić się w pogromowej atmosferze"

Zbierają w sieci informacje, kim są księża Putina w realu, po czym wysyłają do ich rodzin, znajomych, pracodawców PDF-y z dokumentacją ich hejterskiej aktywności. - Niestety często zdarza się, że my to wszystko dokładnie dokumentujemy, a otoczenie kogoś takiego ma to w d... - mówi Magda Szpecht.
Zobacz wideo

Mówi, że w tej robocie najtrudniejszy do zniesienia jest ból pleców. Nic dziwnego, bo gdy 24 lutego Rosjanie zaatakowali Ukraińców, siedziała przed komputerem nawet 12-14 godzin na dobę. Teraz o kilka mniej, ale i tak jeszcze długo tej wojny nie wyciągnie z krzyża.

Nadal też nie może pogodzić się ze świadomością, że czas w sieci tak bardzo przyspiesza. I niewiele go zostaje na ogarnianie spraw w realu. - To, czym się zajmuję, jest mega angażujące. A przecież muszę pamiętać, żeby odpoczywać, bo inaczej szybko się wypalę. Jednak jak próbuję odetchnąć, to od razu włącza mi się FOMO (ang. fear of missing out: strach przed tym, co nas omija - przyp. red.). Bo tyle się dzieje. Trzeba wszystko czytać, analizować, zgłaszać – mówi Magda Szpecht.

Czyta, analizuje, zgłasza to, w co wierzy część Polaków. Niestety, wiernych przybywa. Ich papieżem jest Władimir Putin, a biskupami - jego trolle np. z farmy w Sankt Petersburgu. Niosą swoją "nowinę" światu przez internet, a podchwytują ją także księża z Polski.

Księdzem kościoła Putina może zostać zwykły Kowalski, który po pracy wraca do domu, rozmawia z żoną przy obiedzie, całuje dziecko, a potem czyta w sieci przekazy biskupów i rozgłasza je na swoim Facebooku. Magda ma wypełnione nimi całe archiwum. Proszę, by wyciągnęła z niego kilka przykładów.

Najbardziej podejrzane jest słowo "prawda"

- Tu mam wpisy o Ukrainkach, które przyjeżdżają z "dzieciorami" do Polski rzekomo tylko po to, żeby zgarnąć 500 plus oraz 12 tys. zł na drugie i kolejne dziecko. A potem wracają do Ukrainy i śmieją się z nas, jacy to jesteśmy naiwni i porypani. Ktoś ostrzega: "Polacy, będziemy płacić na wszystkie ukraińskie bachory!!!" - czyta Magda Szpecht.

- Inne wpisy mówią o tym, że w Ukrainie mają istnieć laboratoria sponsorowane przez Huntera Bidena, syna prezydenta USA. W jednej wersji ludzie piszą, że produkuje się tam kokainę, którą ćpa Wołodymyr Zełenski i cały jego rząd. Według drugiej, potwierdzonej przez rzekomych profesorów, hoduje się tam ptaki, które roznoszą wirusa podobnego do COVID-19. Ma zniszczyć słowiańską rasę – opisuje.

- Są jeszcze alarmy typu: "Ukrainka uwiodła jej męża!", "Ukrainiec spalił dom, do którego go przyjęto!", "Ukraińskie wojsko wykorzystuje dzieci i ludność cywilną jako żywe tarcze!". Albo: "Polacy, jak tak dalej pójdzie, na naszych ulicach nie będzie już polskich flag, tylko same ukraińskie!" - przytacza.

Wszystko to jest okraszone wykrzyknikami, wielkimi literami i emotikonami, które mają rozniecić w odbiorcach emocje. Kluczowe są też słowa: "skandal", "stop", "strach". No i "prawda". Jeśli ktoś nadużywa tego słowa w ukraińskim kontekście, to można podejrzewać, że robi za księdza z kościoła Putina.

- Skala tej dezinformacji jest gigantyczna. I oczywiście, że ludzie w nią wierzą. Widać to po tym, jak często takie treści są udostępniane, lajkowane, komentowane. Jasne, że część tego robią boty, które mają podbijać zasięgi. Ale wiemy, że stoi za tym też mnóstwo ludzi. Mamy narzędzia analityczne, które pozwalają sprawdzać publiczność danych stron, fanpejżdży i powiązania między profilami. Widzimy, kto co pisze, co udostępnia i co lajkuje. Sprawdzamy ich profile i analizujemy informacje, które zostawiają w internecie. Dowiadujemy się, gdzie mieszkają, jakie mają rodziny, czasem gdzie pracują - tłumaczy Magda Szpecht.

Gubienie tropów i zacieranie śladów

Kim są ci "my"? Oficjalnie nie istnieją. Zazwyczaj nie ujawniają swoich nazwisk, tylko używają wymyślonych tożsamości albo nicków. Nie wiadomo, ilu ich jest ani z jakich krajów pochodzą. Gubienie tropów jest dla nich sztuką. Jeśli chcesz do nich dołączyć, musisz to umieć. Wtedy prześledzą też wszystkie twoje cyfrowe ślady, żeby sprawdzić, czy nie jesteś księdzem Putina.

Mówią o sobie "cyberelfy", czym nawiązują do postaci z książek J.R.R Tolkiena. Jako grupa hakerów i aktywistów stają naprzeciwko trolli Putina w sieci i psują im szyki, by - jak mówią - pokazywać prawdziwy obraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Jednak z reguły anonimowości wyłamała się Magda Szpecht, 32-letnia reżyserka teatralna. Do cyberelfów dołączyła w pierwszych dniach wojny, gdy zobaczyła, że rozgrywa się ona także w sferze informacyjnej. - Od początku inwazji liczba wiadomości o niej była niebywała. I to zarówno tych fałszywych, jak i prawdziwych. Z odsiewaniem jednych od drugich tradycyjne media nie wyrabiają w czasie post-prawdy. Doszłam do wniosku, że to sieciowe, oddolne dziennikarstwo może współdziałać z tym profesjonalnym i że chcę w tym uczestniczyć – mówi.

Wcześniej skończyła studia dziennikarskie i interesowała się białym wywiadem, czyli open-source intelligence. To analizowanie materiałów, które są dostępne w internecie. - Zaczęłam to robić, gdy wybuchł kryzys na polsko-białoruskiej granicy. Monitorowałam grupy na Facebooku i Telegramie, w których sprzedawano ludziom podróż np. z Iraku przez Mińsk do Berlina jako lajtową i fascynującą wycieczkę. A później wiadomo, co się z nimi działo. Umierali z zimna w lesie. Zgłaszałam więc te reklamy administratorom. Cześć udało się zdjąć. Zobaczyłam, że mogę mieć wpływ na rzeczywistość – wspomina.

Zawiesiła robienie spektakli teatralnych. Poprzez sztukę docierała bowiem do małej liczby osób i miała niewielki wpływ na rzeczywistość. Cyberelfów znalazła na Telegramie i Discordzie. Ale więcej nie chce o tym mówić. - Zresztą, co ja mogę o nich powiedzieć. Nie znam ich osobiście. Nie wiem, ile mają lat ani czym się zajmują. Podejrzewam, że większość pracuje w branży IT, bo mają duże technologiczne umiejętności. Ale też nie każdy musi je mieć. Świat dezinformacji jest tak ogromny, że dla każdego znajdzie się coś do robienia - twierdzi.

Na Discordzie założyła polską "krainę elfów", gdzie werbuje osoby, które pomagają "zdejmować" fejki z sociali. - Bo im więcej zgłoszeń, tym większa szansa, że algorytmy serwisów zbanują fałszywe informacje. Do tego nie trzeba być informatykiem czy... – nagle przerywa.

Zastyga przed komputerem, wpatrując się w transmisję z Moskwy, gdzie Władimir Putin odgrywa swoją propagandową farsę z okazji Dnia Zwycięstwa. - Sorry, nie mam dzisiaj podzielnej uwagi, bo spałam tylko cztery godziny. Siedziałam do późna w nocy i prowadziłam swoje śledztwa. A teraz patrzę na tego Putina, który ściska jakichś dziadków z II wojny światowej, i zastanawiam się, czy to on, czy jego sobowtór. Teraz podczas wojny informacyjnej trzeba być dziesięć razy bardziej podejrzliwym niż wcześniej – tłumaczy.

Zmyślone sukcesy

Zdaniem Magdy Szpecht najbardziej wdzięczni do przyłapywania na ściemie są kadyrowcy, czyli czeczeńskie pododdziały podległe Ramzanowi Kadyrowowi. Na wojnie w Ukrainie walczą po stronie Rosji. Zasłynęli tam z okrucieństwa wobec cywilów, ale też z groteskowych zachowań, na których przyłapują ich m.in. cyberelfy.

Analizują filmiki, które do mediów społecznościowych wrzucają sami kadyrowcy, by pokazać swoją waleczność. Nieraz już jednak się okazało, że ci wojacy zamiast na pierwszej linii frontu stoją na odległych skwerkach miast i walczą z pustymi budynkami, a nawet… z powietrzem. Rzecz jasna, wznosząc przy tym wojownicze okrzyki. "Uwielbiają strzelać przed kamerami. Tu np. rozstrzeliwują sygnalizator świetlny, a tutaj - drzwi do garażu" – kpiła telewizja Nastojaszczeje Wriemia.

- Kadyrowcy non stop ściemniają. Np. robią sobie zdjęcia niby na ukraińskim froncie, a z analizy metadanych tych plików wynika, że tak naprawdę są wtedy w Białorusi. Najłatwiej jest wychwycić takie ściemy na Telegramie, bo ten serwis nie kasuje metadanych zdjęć czy filmików. Można więc sprawdzić, czy dana treść jest tą, za którą się podaje. To też elfia robota – mówi Magda.

Elfy badają również, czy zdjęcia i filmiki nie zostały spreparowane w programach graficznych. - Ostatnio w sieci krążyło wideo pokazujące, jak tonie rosyjski okręt wojenny Admirał Makarow. Rzekomo mieli go trafić rakietą Ukraińcy, ale oni tego nie potwierdzili. Okazało się, że to przerobiony filmik z gierki komputerowej. Myślę, że to robota Rosjan. Ostatnio zmyślają sukcesy Ukraińców po to, żeby później nikt im nie wierzył. Tak prawdopodobnie było też z nagraniem zestrzelenia rosyjskiego samolotu, które okazało się filmikiem z gierki – ocenia.

Jak dodaje, gdy wideo okazuje się fałszywką, elfy zgłaszają go serwisom społecznościowym jako dezinformację. Magda robi też szybko print screena i wrzuca na swoje konta z wielkim czerwonym napisem: "FEJK". - Albo ostrzegam ludzi: "Uważajcie, zaraz będzie dezinformacja, że Admirał Makarow tonie". Najlepiej to zrobić, zanim fejk rozejdzie się po sieci. Bo jak już to się stanie, to nawet duże redakcje zachodnich mediów go udostępniają – twierdzi.

Dlatego oprócz walki z fejkami zajmuje się też rozpowszechnianiem zweryfikowanym wiadomości o rosyjskiej inwazji na Ukrainę. - Śledzę ok. 40 ukraińskich kanałów na Telegramie. Robię z nich wybór i wrzucam na InstaStories. Mam ich ok. 3,5 tysiąca. Na początku wojny publikowałam nawet po 100 dziennie - wspomina.

Musi się przy tym naoglądać zdjęć, które dokumentują okrucieństwo Rosjan w Ukrainie. Jednak czasem bardziej przytłaczająca od tego jest dla Magdy "głupota pożytecznych idiotów Putina", którzy na to okrucieństwo wydają się być znieczuleni. - Bo zło dokonane przez Rosjan np. w Buczy na szczęście zostało nazwane. A głupota pożytecznych idiotów Putina działa tak, że masowo podają sobie post o ukraińskich banderowcach, by zrobić katów z ofiar. Czasem już nie mam siły tego czytać - przyznaje.

Strach przed pobudką w pogromowej atmosferze

Przykładem takich treści, przy których nawet Magdzie Szpecht czasem ręce opadają, jest "twórczość" byłego księdza katolickiego Jacka Międlara. - Mimo naszych zgłoszeń, nie udaje się go zbanować na Twitterze. Niedawno opublikował filmik ze wspomnieniami osoby, która rzekomo była świadkiem rzezi wołyńskiej i opowiada przy smutnej muzyce, że Ukraińcy rozpruwali flaki Polakom, dlatego to dzika nacja i nigdy nie będzie można z nią pokojowo żyć. Dużo jest takich ohydnych treści na profilach polskiej prawicy, środowisk Konfederacji i Korwina. One bez obciachu nawołują do przemocy wobec Ukraińców – wzdycha Magda.

Wśród księży kościoła Putina są też polscy influencerzy, czyli wpływowe osoby na TikToku, Instagramie, Facebooku, Twitterze czy Telegramie. - Straszą Ukraińcami i szczują na nich. Próbują trendować w mediach społecznościowych antyukraińskie hashtagi. Czasem służby się nimi zajmują i oni wtedy tracą konta. Ale zaraz zakładają nowe i robią z siebie męczenników wolności słowa. Publiczność za nimi wędruje na te nowe profile - opisuje.

Niekiedy elfy biorą sprawy w swoje ręce. Zbierają w sieci informacje, kim są księża Putina w realu, po czym wysyłają do ich rodzin, znajomych, pracodawców PDF-y z dokumentacją ich hejterskiej aktywności. - Ważne, żeby zrobić dobre śledztwo i ustalić, że dana osoba na pewno jest odpowiedzialna za mowę nienawiści. Bo łatwo komuś zniszczyć życie, robiąc polowanie na czarownice. Niestety często się zdarza, że my wszystko dokładnie dokumentujemy, a otoczenie kogoś takiego ma to w dupie – przyznaje.

Na razie nie zgłaszają prokuraturze przypadków mowy nienawiści, choć – jak mówi Magda Szpecht – dyskutują o tym w grupach. - Niektórzy są sceptyczni, bo jeśli zaczniemy to zgłaszać anonimowo, a inna opcja nie wchodzi w grę, to i tak nie będziemy mieli wglądu w tok spraw, ani wpływu na nie. Opracowujemy jednak różne metody walki z dezinformacją. Chociaż to nie powinno być nasze zadanie, tylko administracji serwisów społecznościowych, które mają wielkie pieniądze, żeby z tym walczyć. A my pracujemy za free. Albo z crowdfundingu, jak ja. Ludzie, którzy wspierają moją walkę, wpłacają mi kaskę. Myślę, że to uczciwy deal - stwierdza.

- A właściwie dlaczego walka z trollami Putina jest dla ciebie tak ważna? - pytam.

- Bo od radykalizacji w mediach społecznościowych do przemocy w realu jest bardzo krótka droga. Widzieliśmy to na początku wojny, gdy w sieci rozpowszechniano fałszywe informacje, że w Przemyślu uchodźcy atakują tamtejszych mieszkańców. Narodowcy pojechali tam i pobili trzy osoby. Ze zmyślonej historii zrodziła się więc prawdziwa przemoc. Jeśli nie będziemy reagować na fejki, to przemoc będzie eskalowała. Zwłaszcza teraz, gdy czeka nas kryzys ekonomiczny i łatwo będzie obwiniać Ukraińców o wszystko. Jak czytam, co pisze się o nich w sieci, to zaczynam się bać, że za parę miesięcy obudzimy się w pogromowej atmosferze – mówi Magda Szpecht.

Wojna dla Rosjan to "jak wideo z wesela"

Przyznaje, że emocji w jej pracy nie brakuje. Bo śledzi wojnę "na żywo" w internecie i nasiąka nią jak gąbka. Magda zaczęła od strachu, gdy Rosjanie zaatakowali elektrownię atomową w Zaporożu. - Wtedy pierwszy raz spotkałam się z określeniem "terroryzm atomowy". Oglądałam to w nocy "na żywo" przez kamerkę ustawioną na budynku, za którym stały reaktory. Widziałam przejeżdżający czołg, strzelających żołnierzy, pożar. Bałam się i nie wiedziałam, co robić. Zastanawiałam się, czy obudzić wszystkich i opowiedzieć o tym światu. W końcu zrobiłam relację na Insta - opowiada.

Wówczas dała się ponieść lękowi. Narastał w niej z każdym alarmistycznym oświadczeniem Ukraińców, którzy chcieli nastraszyć świat, by Rosjanie przestali strzelać w elektrownię. - Dlatego, choć nie wierzyłam w płyn Lugola, to zamówiłam na Allegro dwie butelki. Oczywiście nawet ich nie odpakowałam. Doszło do mnie, że w ten sposób mogę sobie tylko rozwalić tarczycę - wspomina.

Później przyszła rozpacz. Po każdej informacji o gwałtach na Ukrainkach czuła się coraz bardziej zdruzgotana. - To potworna niesprawiedliwość. Gdy o niej słyszałam, miałam wrażenie, jakbym schodziła w poznawaniu zła na coraz niższe piętra. Później usłyszałam jeszcze, jak Rosjanka namawia męża, żeby gwałcił baby ukraińskie, byle jej o tym nie mówił. To dało mi duży wgląd w głowy tych ludzi. Mam wrażenie, że gdyby puścić tym rosyjskim matkom i żonom nagrania, jak ich chłopcy gwałcą, kradną, zabijają, to byłyby dumne. Oglądałyby to jak wideo z wesela - ocenia.

Płakała wiele razy. Na przykład wtedy, gdy oglądała oblężony przez Rosjan Mariupol. - Patrzyłam bezsilnie, jak ludzie mieszkali w piwnicach, gotowali jedzenie ze śmieci zebranych na podwórkach i topili śnieg, żeby ugasić pragnienie. Grzebali swoich bliskich w prowizorycznych mogiłach na placach zabaw, ulicach i przed blokami. Strasznie przeżyłam też horror ludzi z Buczy – wyznaje.

Jak dodaje, wcześniej nie interesowała się Rosją. Dopiero po wybuchu wojny zaczęła oglądać rosyjską telewizję i śledzić publikacje Rosjan w mediach społecznościowych. - Pomyślałam, że dla nich w pewnym sensie II wojna światowa się nie skończyła. Mieli małą przerwę, ale dalej w tej wojnie tkwili. To ich płaskie, banalne okrucieństwo nie narodziło się dzisiaj. Pozostawało w imperium rosyjskim od dawna. Później przez propagandę Putina, która zdehumanizowała Ukraińców, zło skupiło się na naszych sąsiadach – tłumaczy.

Jednak wojna pokazała jej coś jeszcze, gdy uchodźcy z Ukrainy zaczęli uciekać do Polski, po czym znaleźli tutaj opiekę i schronienie. - Zobaczyłam, jak pięknie Polacy pomagali Ukraińcom. I że rodzi się taka niespodziewana, piękna solidarność między nami. Oby nie została popsuta przez dezinformację. Właśnie tego dotyczy nasza elfia robota – podsumowuje Magda Szpecht.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

DOSTĘP PREMIUM