"Nie poślę swojej rosyjskości na ch...". O Rosjanach, którzy bywają "dyskomfortem" dla Polaków

Polski znajomy wysłał jej nagranie, na którym Ukrainka oblewa farbą rosyjskiego ambasadora. Dodał: "Podoba Ci się? Bo mnie bardzo!". - Odpowiedziałam, że Andriejew to odrażający typ i należało mu się. Ale nawet gdybym chciała posłać swoją rosyjskość na ch..., to nie mogę. Stwierdził: "Szkoda" - mówi Irina Zinatowa, Rosjanka żyjąca w Polsce.
Zobacz wideo

Irina Zinatowa dobrze zapamiętała list, który na początku wojny ukraińska reżyserka Marina Stepańska wysłała do byłych przyjaciół Rosjan. "Czas, by odpowiedzieć na Wasze wzruszające SMS-y: 'Jak się masz?' i 'Trzymaj się'. Po pierwsze, jestem wkur...na, a po drugie, nie muszę się trzymać" - pisała na Facebooku z oblężonego Kijowa.

Irina siedziała wtedy w swoim warszawskim mieszkaniu. Mówi, że gdy czytała to przesłanie, ręce zaczęły jej drżeć. Bo choć nie znała Stepańskiej, to pamiętała o Olegu, Elenie i Igorze, przyjaciołach z Odessy. W telefonie miała jeszcze świeże wiadomości, które do nich wysłała. Zaczynały się podobnie jak te cytowane przez Stepańską: "Co u Was?", "Jesteście cali?", "Odezwijcie się!".

Ukraińska reżyserka pisała dalej, jak o godz. 5 rano budziły ją odgłosy wybuchów: "Każdy z nas zaczął dzwonić. Do tych, których kocha. Zwykle mówiliśmy: 'Ja pierd...lę, oni jednak zaatakowali'. Ci 'oni' to nie Putin, to Wy. Każdy z Was, kto nie walczył z pleśnią, która zjadła mózgi większości Waszych rodaków i prawdopodobnie Wasze".

Irina zaczynała rozumieć tę ciszę, która zapadła pomiędzy nią i jej ukraińskimi przyjaciółmi po wybuchu wojny. Odczytali jej wiadomości, ale odpowiedzieli milczeniem. - Wolałam, żeby zareagowali krzykiem. Żeby napisali jak Stepańska: "To nie Putin, to Wy". Wszystko byłoby lepsze niż milczenie – wspomina.

Marina Stepańska wyznała w swoim liście, że może płakać już tylko, gdy czyta, jak ukraińskie wojsko "tuż przed śmiercią wysyła jeb...nych najeźdźców na ch..., jak ono nie poddaje się, bo to jest szczyt ewolucji: człowiek z poczuciem własnej godności". A później dodała: "Widzicie, drodzy byli rosyjscy przyjaciele, nawet jeśli jutro umrę, co w obecnych okolicznościach nie jest tak mało prawdopodobne, to i tak będzie dobrze. Bo wiem, że moi ludzie przeżyją i odbudują wszystko, co jest przez Was roz...bane. Bo nie ma w nas strachu, tylko szacunek. Bo my jesteśmy całą Ukrainą".

Irina przypominała sobie swoje wizyty w Odessie u Olega, Eleny i Igora. Jeszcze w grudniu planowali odwiedzić ją w Warszawie. - Pisaliśmy do siebie, że wojny nie będzie, że Putin się nie odważy. Teraz to wydaje się takie odrealnione – mówi.

Jak dodaje, największym ciosem była dla niej końcówka listu Stepańskiej: "Znajdźcie poczucie własnej godności i rozpocznijcie rewolucję. Jest was przecież od ch..ja. A do tej pory nic wam się nie udało, bo Rosja dziś to od ch..ja niewolników. No ale jeśli będzie od ch..ja ludzi, to się uda".

- Najpierw się zbuntowałam i wkurzyłam. Bo jak można nazwać wszystkich Rosjan niewolnikami? Co ja mam wspólnego z Putinem? Nigdy na niego nawet nie głosowałam! Ale później do mnie dotarło, że Marina miała prawo tak napisać. Za wojnę nie odpowiada jeden człowiek. Nas, Rosjan, którzy jej nie chcemy, jest przecież mnóstwo. A mimo to ona wybuchła i trwa, bo żadnej rewolucji nie ma. Ani nie będzie. Nie umiałabym się wybronić przed przyjaciółmi. Więc może dobrze, że milczą. Ale tęsknię za nimi – wyznaje Irina Zinatowa.

"To nasza hańba"

Gdy Anastazja Sergiejewa obudziła się 24 lutego, zobaczyła w telefonie wiadomość od koleżanki z Kijowa. - Nie dowierzałam, że mój kraj zasiał wojnę przeciwko jej ojczyźnie. Że rosyjskie rakiety lecą na jej miasto. To było dla mnie straszne. Odpisałam jej, że jestem wściekła na władze Rosji. Było mi wstyd i miałam poczucie winy. Bo jestem częścią społeczeństwa rosyjskiego. Nawet jeśli staram się przeciwdziałać obecnej władzy mojego kraju, to nie znaczy, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby tej wojny nie było – mówi.

Z Moskwy wyjechała pod koniec 2012 roku, kiedy Putin zaczął represjonować międzynarodowe organizacje działające w Rosji na rzecz praw człowieka i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Anastazja pracowała w jednym z takich amerykańskich NGO-sów. - Władze uznały, że działamy przeciw interesom państwa. Funkcjonariusze FSB nas śledzili. Gdybym została w Rosji, mogłabym usłyszeć oskarżenie o zdradę państwa, co było zagrożone karą więzienia od 12 do 20 lat - opowiada.

Spakowała rzeczy osobiste i książki z rodzinnej biblioteki, po czym wyjechała z mężem i dziećmi do Warszawy. - Te książki były dla mnie wartościowe. Trudno mi było się pogodzić z tym, że muszę opuścić ojczyznę. Chciałam więc, żeby moje dzieci miały chociaż kontakt z rosyjską kulturą i mogły rosnąć w otoczeniu rosyjskich książek - tłumaczy.

Razem z przyjaciółmi Rosjanami, Ukraińcami i Polakami założyła w Polsce stowarzyszenie "Za Wolną Rosję", które działa na rzecz demokratycznych zmian w tym kraju. Anastazja i jej koledzy organizują debaty, wspierają aktywistów walczących w Rosji o prawa człowieka, a także pomagają tym, którzy uciekają stamtąd przed represjami Putina. - Na początku tego roku nasze stowarzyszenie trafiło na tamtejszą "czarną listę" organizacji niepożądanych. Ale już wcześniej byliśmy na celowniku rosyjskich władz. Dlatego od kilku lat nie wracam do Moskwy, bo po prostu się boję. FSB mogłoby mnie zatrzymać, postawić jakieś bzdurne zarzuty i zamknąć – mówi Sergiejewa.

Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę stowarzyszenie opublikowało w internecie apel do Rosjan, pod którym podpisało się kilkudziesięciu rosyjskich intelektualistów, w tym np. Dmitrij Muratow, laureat Pokojowej Nagrody Nobla. "Rozpoczęta wojna Rosji przeciwko Ukrainie to HAŃBA. To NASZA hańba, ale niestety odpowiedzialność za nią będą ponosić jeszcze nasze dzieci, pokolenia całkiem młodych i nie urodzonych jeszcze Rosjan. Nie chcemy, żeby nasze dzieci żyły w kraju, który atakuje inne kraje, żeby musiały się wstydzić, że ich armia napadła na sąsiednie niepodległe państwo. Wzywamy wszystkich obywateli Rosji, by powiedzieli NIE tej wojnie" - napisali.

- Staraliśmy się wspierać Rosjan, którzy głośno powiedzieli to "NIE", po czym znaleźli się w niebezpieczeństwie. Wielu z partnerów naszej fundacji zostało zatrzymanych w tamtych dniach. Rosyjskie władze robiły wszystko, żeby ich złamać. Żeby ci, którzy sprzeciwiają się wojnie, poczuli się sfrustrowani i stracili wolę walki – opowiada.

Jak dodaje, fundacja próbuje też przeciwdziałać propagandzie Putina, która przedstawia tę wojnę jako sprawiedliwą walkę z faszystami. - Przekazujemy naszym partnerom w Rosji relacje ukraińskich uchodźców, które zbieramy na polskiej granicy. Chodzi o to, by Rosjanie zrozumieli, jak ta wojna wygląda. Że Ukraina i życie jej obywateli zostały zniszczone. Że nie ma czasu na to, by się bać ani być sfrustrowanym. Trzeba powstrzymać wojnę i Putina - podkreśla Anastazja.

Choć – jak mówi – sama nigdy na niego nie głosowała, to ma wśród znajomych jego wyborców. - Ale dzisiaj to nie jest linia podziału pomiędzy nami. Dzisiaj dzielimy się na tych, którzy wspierają tę wojnę, bo żyją w imperialnej przeszłości Rosji, i na tych, którzy chcą żyć w takiej przyszłości, w jakiej nie ma miejsca na inwazję. Ja tych pierwszych nie mam w swoim otoczeniu. Ale wiem od znajomych, że teraz rozmowy ze zwolennikami wojny często kończą się rozstaniami. Dzieci zrywają kontakty z rodzicami. Ojcowie przeklinają synów. Małżeństwa się rozpadają. I nie ma tu reguły, że starsi częściej są za wojną. Niektórzy młodzi ją popierają, bo niby Rosja pokazuje w ten sposób całemu światu, jaka jest silna - opowiada.

Jak jednak zaraz dodaje, nawet jeśli część rosyjskich rodzin rozpada się przez wojnę, to i tak większość Rosjan przeciwko niej nie protestuje. - To ludzie, którzy boją się wszystkiego. Widzą niebezpieczeństwo, które niesie ta inwazja, ale nie mają nadziei, że mogą coś zmienić w swoim kraju. Starają się przeżyć, nie narażając się na niebezpieczeństwo – przyznaje.

"Nie poślę swojej rosyjskości na ch..."

Gdy ukraińscy przyjaciele Iriny Zinatowej zamilkli, zgłosiła się do punktu, w którym zbierano i przekazywano uchodźcom najpotrzebniejsze rzeczy. - Chciałam pomóc Ukraińcom i pokazać, że to nie moja wojna. Polka, która przyjmowała w tym punkcie wolontariuszy, usłyszała mój akcent i zapytała, czy jestem Ukrainką, czy Rosjanką. Zamurowało mnie. Bo co to za różnica? Chciałam pomóc – podkreśla.

Polka miała wtedy zacząć jej wyjaśniać, że każde ręce do pomocy się przydadzą i że nie chce dyskryminować Rosjan, ale spotkanie z nimi może u Ukraińców wywołać "dyskomfort". - To było to słowo: "dyskomfort". Zdałam sobie sprawę, że tym mogę teraz stać się dla świata. No więc, świecie kochany, ja to rozumiem. Ale nawet gdybym chciała posłać swoją narodowość na ch…, to nie mogę. Nie mogę już wymazać swojego rosyjskiego dzieciństwa. Nie mogę zapomnieć, że moja matka urodziła się i zmarła jako Rosjanka. Że dorastałam z rosyjskimi dziećmi i uczyłam w rosyjskiej szkole. Że jak na wakacjach w Egipcie poznałam Polaka, to mówiłam do niego po rosyjsku. Że kiedy rok później przeprowadziłam się do niego, znałam już trochę polski, ale wciąż byłam Rosjanką. Bo nią pozostanę już do końca życia – mówi.

Powtarza te słowa polskim znajomym, ale nie do wszystkich trafiają. Jedna z nich miała przestać odbierać telefony od Iriny i przejść na wiadomości tekstowe. - Udostępniała mi w nich posty, w których ludzie pisali, że Rosjanie są śmiertelnym zagrożeniem i to nie czas, by dzielić ich na dobrych i złych, bo umierają Ukraińcy. Rozumiem, że tak działają emocje. Chciałam z nią o tym porozmawiać, ale odmówiła. Musiałam ją zbanować, bo czytanie tego było dla mnie coraz bardziej przykre i ocierało się o nękanie – wyjaśnia.

Od innej koleżanki miała usłyszeć: "Dobrze, że pracujesz w Warszawie, bo tu ludzie są bardziej wyluzowani. Ale gdybyś była dietetyczką w małym polskim miasteczku, nikt by do Rosjanki nie przyszedł". - Nie wiem, może tak by było. Moi pacjenci zawsze mnie pytali, czy jestem Rosjanką, czy Ukrainką. Teraz paradoksalnie robią to rzadziej. Może boją się tego "dyskomfortu" i wolą nie wiedzieć? W każdym razie w gabinecie nie odczułam wrogiej atmosfery – zapewnia Irina.

Wrogie nastawienie do siebie poczuła 9 maja, gdy rosyjski ambasador Siergiej Andriejew został oblany czerwoną farbą pod Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. Dalszy znajomy Iriny wysłał jej wtedy nagranie tego incydentu z dopiskiem: "Podoba Ci się? Bo mnie bardzo!".

- Odpowiedziałam, że Andriejew to odrażający typ i należało mu się. Ale zapytałam, co ja mam z tym wspólnego. Wtedy też wymyśliłam to zdanie: "Nawet gdybym chciała posłać swoją rosyjskość na ch…, to nie mogę". Znajomy stwierdził: "Szkoda" - opisuje Irina.

"Zostawimy 140 mln ludzi jako zakładników Putina?"

Anastazja Sergiejewa twierdzi, że po wybuchu wojny ze strony Polaków nie spotkało ją nic przykrego. - Przeciwnie, przesyłali mi wyrazy wsparcia. Wymienialiśmy się pomysłami, jak pomóc uchodźcom. Natomiast ze znajomymi Ukraińcami jest trochę gorzej. Niektórzy mówią mi wprost, że trudno im teraz rozmawiać z Rosjanami. Dla nich to bardzo osobiste, bo wiele wycierpieli przez moich rodaków. Mimo to staramy się utrzymywać kontakty. Jak piszą coś ostrego na Facebooku o Rosji, to dorzucają mi w wiadomości prywatnej: "Rozumiemy, że to jest dla ciebie trudne do czytania". Wyjaśniają, że nie chcą atakować wszystkich Rosjan. Więc nie jest między nami idealnie, ale wierzę, że nasze relacje przetrwają. Musimy dać sobie czas - mówi.

Gdyby mogła, odcięłaby Rosjan od propagandy Putina, który ich utwierdza w przekonaniu, że po wybuchu wojny nie ma już dla nich odwrotu. - Kreml wmawia Rosjanom, że świat ich nienawidzi. Nikt ich już nie przyjmie, a bezpieczni są tylko w Rosji Putina. Dobrze byłoby, gdyby ci, którzy tego słuchają, zrozumieli, że świat i Ukraińcy nie walczą z nimi, ale z Putinem i jego wojskiem – tłumaczy.

- Tylko że są jeszcze "zwykli" Rosjanie, czyli m.in. matki i żony, które każą swoim chłopcom gwałcić Ukrainki i nazywają ich bohaterami – zauważam.

- Te przechwycone przez Ukraińców rozmowy nie opowiadają o wszystkich Rosjanach, tylko o konkretnych matkach i żonach, które nie mają żadnych wartości. Wyłącznie takich ludzi Putin może za sobą porwać. To są przestępcy. Nie mają w sobie żadnej wewnętrznej siły, tylko tę, którą on im daje. Ale przecież jest mnóstwo ludzi w Rosji, którzy takich słów nigdy by nie wypowiedzieli. I co z nimi? - pyta.

- Nie wiem, czy to jest teraz zmartwienie świata. Raczej pozostaje nim to, jak powstrzymać rzeź w Ukrainie - wtrącam.

- Racja, to jest teraz najważniejsze. Ale co później? Oby tylko przepędzić Putina z Ukrainy i niech w Rosji robi, co chce? Zostawimy 140 mln ludzi jako jego zakładników? Moim zdaniem to jest nieodpowiedzialne. My, Rosjanie walczący o wolną ojczyznę, od wielu lat mówiliśmy Zachodowi, że nie można mieć Putina za partnera ani zapraszać go do stołu, tylko trzeba mu przeciwdziałać. I wspierać Rosjan, którzy walczą o demokrację. Świat tego nie słuchał. A teraz machnie ręką na wszystkich Rosjan? Także na tych, którzy ratują Ukraińców, starają się zatrzymać wojnę i zabójstwa? - wzdycha.

- W jaki sposób to robią? - pytam.

- Na przykład pomagają wydostać się z Rosji tym Ukraińcom, których armia Putina siłą ściągnęła z okupowanych terytoriów do Rosji. Często nie mają żadnych dokumentów, kasy ani nawet rzeczy osobistych. W dodatku nie czują się tam bezpiecznie, bo propaganda nazywa ich nazistami. Rosjanie organizują dla nich zbiórki, dokumenty i robią wszystko, by wywieźć ich do Polski oraz innych krajów europejskich – opowiada. - Są też żołnierze, którzy odmawiają wyjazdu do Ukrainy, bo widzą tragedię tamtejszych ludzi. Rosyjscy obrońcy praw człowieka pomagają im obronić się przed represjami władzy. To nie są pojedyncze przypadki – dodaje.

Jej zdaniem najważniejsze pytanie, jakie zadają sobie Rosjanie, brzmi: "Jeśli nie Putin, to kto?". - Większość z nich nie wierzy już, że jego rządy są dla nich dobre. Problem w tym, że oni nie czują, iż mogą dołączyć do reszty świata, jeśli wygonią Putina. Myślę, że Rosja ma przyszłość bez niego. I jako kraj, który nie zagraża innym społeczeństwom. Ale trzeba pracować z Rosjanami. Wielu z nich boi się świata, boi się mu zaufać. Bo też nie możesz zaufać komuś, kto ci nie ufa. Dopiero jak zniknie ta bariera, otworzy się wspólna przyszłość – ocenia Anastazja Sergiejewa.

"Z Rosją wzięłam rozwód"

Irina Zinatowa mówi, że już nie wróci do Rosji, bo nie ma do kogo. Najbliższa jej osoba, matka, zmarła. Ojca nigdy nie poznała. A z dalszymi krewnymi ma tylko kontakt od święta. - Z częścią rosyjskich znajomych pokłóciłam się po wybuchu wojny, bo są przesiąknięci propagandą Putina i powtarzają kłamstwa o ukraińskich nazistach. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Dalej rozmawiam z przyjaciółkami z Moskwy, ale to nie powód, by tam wracać. Z Rosją wzięłam już rozwód – stwierdza.

Przyznaje jednak, że Polski już też nie jest pewna. Razem ze swoim partnerem Łukaszem zastanawia się, czy za parę miesięcy nie będą musieli pojechać gdzieś dalej na Zachód. - Wszyscy mówią, że do Polski zbliża się kryzys, a jeśli nadejdzie, to Polacy mogą szukać w Rosjanach kozła ofiarnego. Bo ta chora inflacja to wina Kremla. Niektórzy już się radykalizują, a co dopiero będzie później - wzdycha.

Jak dodaje, bardzo chciałaby tu zostać, bo Polska jest już jej domem. - Ale nie usunę z siebie rosyjskiej tożsamości. Jak zostanę zmuszona, to pojadę tam, gdzie nikt nie będzie wymagał ode mnie udawania, że nie jestem Rosjanką. To byłaby już moja trzecia zmiana domu. Oby mi świata i życia nie zabrakło na te przeprowadzki – podsumowuje Irina Zinatowa.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

DOSTĘP PREMIUM