"Te dzieci nie tulą się już do ludzi". Rosjanie odebrali im dzieciństwo

Zebrane rzeczy dzielą na dwie części, a każda z nich odsyła do innego obrazu wojny. Do pierwszej trafiają buty, ubrania wojskowe i opatrunki, które jadą na front do ukraińskich żołnierzy. Ale do najbardziej przerażającego obrazu wojny odsyłają rzeczy, które wyglądają najbardziej niewinnie. To kaszki, mleka, pieluchy, smoczki, łóżeczka, kojce i wózki dla dzieci.
Zobacz wideo

Nigdy nie pomyśleliby, że rok 2022 będzie u nich tak wyglądał. Bo niby dlaczego facet produkujący meble miałby sądzić, że zajmie się załadunkiem do samochodów kaszek dla dzieci? Z jakiego powodu artysta malarz i dyrektorka teatru muzycznego mieliby angażować się w zbiórkę zupek chińskich? A gdyby informatykowi i grafikowi wcześniej powiedzieć, że będą uczestniczyli w organizowaniu ściepy na pieluchy, to jak by zareagowali? Rok 2022 sprawił jednak, że spotkali się w tej robocie. I to mimo tego, że część z nich nawet się nie znała.

Dziennikarka, wytwórca mebli i budowlaniec już wcześniej widywali się w szkole, do której chodziły ich dzieci. Ale poznali się lepiej dopiero po wybuchu wojny w Ukrainie. To wtedy zaczęła się ta historia. Wytwórca mebli ruszył z pomocą humanitarną na granicę, a budowlaniec zbierał najpotrzebniejsze rzeczy dla swoich rodaków w Ukrainie.

- Walentyn przyjechał do Polski w 2014 roku po tym, jak Ruscy zaatakowali Donbas. Gdy w lutym tego roku zaczęli inwazję na całą Ukrainę, zastanawiał się, czy nie wrócić do ojczyzny. Jego dwaj bracia chwycili już za karabiny i walczyli za swój kraj, a trzeci pomagał tam ludziom, którzy uciekali przed wojną. Wszyscy jednak doszli do wniosku, że nie ma sensu, by Walentyn wracał do Ukrainy. Bo tutaj z Polski był w stanie zrobić więcej dla rodaków niż w ojczyźnie – mówi dziennikarka Katarzyna Drzewucka.

- Walentyn postanowił więc zbierać rzeczy dla rodaków. Wtedy też zobaczył na Facebooku, że jeżdżę na granicę z pomocą humanitarną. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy pomogę mu z transportem rzeczy, ale już nie na granicę, tylko do Ukrainy. A konkretnie do Czerniowców, miasta w południowo-zachodniej części kraju, gdzie działał jego brat. Zgodziłem się i tak to się zaczęło – dodaje Marcin Karpiński, wytwórca mebli.

Walentyn sam nie mógł wozić tych rzeczy do Ukrainy, bo już by nie wrócił do Polski. Po wybuchu wojny mężczyźni w jego kraju zostali bowiem objęci zakazem wyjazdu stamtąd. - Mówił wtedy: "Nigdy nikogo o nic nie prosiłem, ale teraz muszę, bo czuję się bezradny". Później tę samą bezradność zobaczyłam w oczach innych Ukraińców. Wiedzieli, że czasem nic nie mogą zrobić i muszą na nas liczyć. To mnie przygnębiło, ale też zmotywowało do działania. Postanowiłam więc, że i ja pomogę – tłumaczy Drzewucka.

Utworzyli na Facebooku Grupę Walentyna, w której ogłosili zbiórkę dla Ukrainy. Napisali: "Działamy na terenie województwa pomorskiego. Chcemy pokazać Ukraińcom, że nie są w tej walce osamotnieni! Organizujemy szeroko rozumianą pomoc, a nasi dzielni kierowcy dostarczają ją bezpośrednio na Ukrainę do domu dziecka w Czerniowcach (pakiet door-to-door:))! My nie wyrażamy głębokiego zaniepokojenia zaistniałą sytuacją (bandycką agresją sowiecką na Ukrainę)… my wyrażamy głębokie wkur***nie. Naszą złość staramy się jednak przekuć w coś konstruktywnego. Jeżeli chcesz nas wspomóc – ZAPRASZAMY!".

- Lawinowo zaczęli się do nas zgłaszać ludzie, którzy chcieli przekazać pieniądze i rzeczy. Ale też ci, którzy chcieli dołączyć do naszej grupy – wspomina Marcin Karpiński.

- Na początku była nas trójka, a teraz jest już koło dziesięciu osób. Każdy z innej bajki. Bo są wśród nas np.: artysta malarz, właściciel firmy sprzątającej mieszkania, dyrektorka teatru muzycznego, mama wychowująca dzieci, urzędnik miejski, informatyk i grafik. Zorganizowaliśmy już 5-6 transportów humanitarnych do Czerniowców. Przewieźliśmy ok. 50 ton rzeczy. Na początku mieliśmy jednego busa, a teraz cztery, które pożyczamy po pieniądzach od zaprzyjaźnionej firmy. Za każdym razem są wypchane po sam dach – opisuje Drzewucka.

"Baterie z respiratorów przerabiamy na powerbanki"

Zebrane rzeczy dzielą na dwie części, a każda z nich odsyła do innego obrazu wojny. Do pierwszej trafiają śpiwory, karimaty, buty i ubrania wojskowe, konserwy oraz opatrunki. Z Gdańska jadą do Czerniowców, a potem do ukraińskich żołnierzy walczących na froncie. - Wozimy też dla nich stare telefony, bo w Ukrainie każdy smartfon jest rejestrowany, a Ruscy dorwali się do tej bazy danych. Więc jak chłopaki są na froncie, to Ruscy ich namierzają i kończy się to ostrzałem. A polskich telefonów "nie widzą" - opowiada dziennikarka.

Ważne są też garnki żeliwne i menażki. Bo, wiadomo, ostatnią rzeczą, do której żołnierze mają dostęp na froncie, to kuchnia. - Siedzą chłopaki w lesie i coś pewnie by zjedli na ciepło. Jak im poślemy garnki, to sobie ugotują – mówi.

Grupa Walentyna zbiera również termowizory, krótkofalówki i powerbanki. Te ostatnie też sami robią z… baterii do respiratorów. - Okazało się, że te baterie wymienia się co dwa lata. Bez względu na to, czy jeszcze działają, czy już nie. No więc ktoś nam je załatwił, a my przerabiamy je na powerbanki. Z krótkofalówkami też nasi koledzy informatycy sobie radzą. Za pieniądze ze zbiórek kupujemy takie zwykłe, chińskie, a później je przestrajamy i szyfrujemy - tłumaczy Drzewucka.

Jednak do najbardziej przerażającego obrazu wojny odsyłają inne rzeczy. Te, które wyglądają najbardziej niewinnie. To kaszki, mleka, pieluchy, smoczki, łóżeczka, kojce i wózki dla dzieci.

"Dzieci wyciągnięte z wojny"

Czerniowce to ukraińskie miasto w pobliżu granicy z Rumunią, które przed wojną liczyło ok. 260 tys. mieszkańców. Ponieważ rosyjskie rakiety tam nie dolatują i jest względnie spokojnie, miasto przyjmuje ludzi uciekających z terenów ogarniętych wojną. - Na miejscu mówiono nam, że takich uchodźców jest tam nawet kilkadziesiąt tysięcy. Większość z nich to dzieci. Niektóre przyjechały z matkami, ale w przeważającej mierze to sieroty. Od noworodków po kilkunastolatków. Koszmar! – mówi nasza rozmówczyni.

Wiele tamtejszych budynków publicznych, jak szkoły i urzędy, zostało przekształconych w prowizoryczne domy dziecka. - Jeździmy do nich z pomocą i widzimy ten ogrom nieszczęścia. Wszystkie z tych maluszków zostały wyciągnięte z wojny. A wiele z nich widziało jej najgorsze oblicze, bo przyjechało z Buczy, Irpienia i Mariupola… - wymienia i robi pauzę.

Członkini Grupy Walentyna zastanawia się, jak pokazać tę różnicę, którą odkryła dopiero w Ukrainie. Różnicę pomiędzy tym, co znamy z mediów, a tym, czego doświadczają ludzie – w tym dzieci - na miejscu. Bo nawet wstrząsające zdjęcia z Buczy, na których widać zastrzelonych przez Rosjan cywilów, nie dość dobrze pokazują grozę tego, co tam się stało. - Rozmawialiśmy z żołnierzem, który wyzwalał miejscowości pod Kijowem. Ktoś z nas zadał mu pytanie, co wydarzyło się w Buczy. Spojrzał na nas, jakbyśmy nic nie rozumieli, i powiedział: "To, co widzieliście na zdjęciach, to było już przez nas posprzątane. Wcześniej było tam piekło na ziemi". To słowo utkwiło mi w pamięci: "posprzątane". Co więc musiały widzieć te dzieci? - zastanawia się Drzewucka.

Jak dodaje, teraz Ukraińcy zwożą pociągami dzieci do Czerniowców, a końca tych transportów nie widać. - Dzieci są wszędzie. W sierocińcach, szkołach, urzędach, szpitalu i domach. Najbardziej przygnębiała mnie świadomość, że większość z nich jest już sama na świecie. Nie mają rodziców, bo zginęli na wojnie. Mają tylko traumę i obrazy wojny, które będą nosiły w sobie do końca życia – podkreśla.

Drzewucka opisuje scenę sprzed jednego z sierocińców, w której uczestniczyła, gdy przyjechała tam z pomocą humanitarną. Dzieci na widok obcych zbiły się w grupę. Nie chciały rozmawiać, były wycofane i nieufne. Bały się. Gdy młodsze zobaczyły pakunki, ciekawość zaczęła w nich pokonywać strach. Nieśmiało więc posyłały wzrok na podarunki. - Oprócz najpotrzebniejszych rzeczy zawsze staramy się im zawieźć też jakieś cukierki i ciastka, żeby te maluszki trochę pocieszyć. Wtedy, gdy zobaczyły łakocie, w ich oczach zobaczyłam przebłysk radości. Szybko je sobie wzięły, po czym od razu uciekły i gdzieś się schowały – opowiada.

Mimo że Czerniowce są w miarę bezpieczne, to zdarza się, że na jego ulicach rozbrzmiewa alarm bombowy. Wtedy wszyscy schodzą do schronu. - W szkole, w której zastał nas alarm, schron był po prostu piwnicą. Gdy tam zeszliśmy, zobaczyliśmy tłum dzieci. Panowała przejmująca cisza. Żadne z maluchów się nie odzywało. Zastygły w oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Bały się, bo przyjechały z obszarów zajętych przez wojnę – tłumaczy.

I jeszcze jeden obraz, który Katarzynie Drzewuckiej pokazał, czym tak naprawdę jest rosyjska inwazja. Na tym obrazie jest 3-letnia dziewczynka, którą do Czerniowców przywieziono prosto z wojny. Przeżyła tylko dlatego, że Ukraińcy odbili z rąk Rosjan jej miejscowość i wyciągnęli ją z piwnicy. Dziewczynka spędziła w niej prawie tydzień. Sam na sam z nieżyjącą już matką.

"Te dzieci nie tulą się już do ludzi"

Grupa Walentyna zaopatruje też szpital dziecięcy w Czerniowcach, w którym panuje ogromna bieda, bo wszystkie pieniądze władze miejskie przeznaczają na działania zbrojne. - Brakuje tam właściwie wszystkiego: igieł, strzykawek, kroplówek, lekarstw, ale też jedzenia dla dzieci. Sprzęt medyczny jest stary, a na łóżkach leżą przegniłe sienniki, bo powyciągano je z magazynów. Ze ścian zwisają umywalki, ponieważ ich czas minął. Widok jest przygnębiający – mówi Katarzyna Drzewucka.

W szpitalu leżą dzieci w każdym wieku: od wcześniaków po nastolatków. I ze wszystkimi możliwymi urazami, których można doznać na wojnie. Są więc obandażowane głowy, urazy wewnętrzne, złamane ręce i nogi. Niby jak w polskim szpitalu, ale mali pacjenci z Czerniowców nie nabawili się tych obrażeń na huśtawkach, tylko np. w domach, które zawaliły się po ostrzale rakietowym. - Widok tych maleństw najbardziej mnie poruszył, bo sama jestem matką trójki dzieci. Szkraby tam leżą, a lekarze często nie mogą udzielić im pomocy, bo nie mają warunków ani środków. Nie da się im pomóc też emocjonalnie, bo pozbycie się wojennej traumy to olbrzymia praca, której nikt z nimi nie ma czasu nawet zacząć - tłumaczy.

Jak dodaje, czasami nie mogła uwierzyć w to, czego tam doświadczała. Bo z jednej strony widziała maluchy, które na wojnie straciły wszystko: dzieciństwo, domy, rodziców, a z drugiej słyszała od nich, że się nie poddadzą. Jakby wizja rozjeżdżała się z fonią. - Na przykład pięcioletnia dziewczynka powiedziała, że Ukraińcy wygrają tę wojnę, bo Rosjanie nie umieją walczyć. Mimo że jej rodzice zginęli, miała w sobie wiarę w zwycięstwo – wspomina.

Ludzie, którzy opiekują się dziećmi – zarówno w szpitalu, jak i w sierocińcach - starają się, żeby przez smutek w ich oczach przebiła się radość. Choćby na chwilę. - Przed sierocińcami ktoś gra z nimi w piłkę, ktoś inny organizuje im Masterchefa, a my rozdajemy puzzle, hulajnogi, książeczki i misie. Tak, misie, bo te dzieci nie tulą się już do ludzi – twierdzi.

Mimo tych starań do oczu niektórych maluchów nie wraca już dzieciństwo. Umarło na wojnie razem z ich rodzicami.

"Ruscy chcą Ukraińcom zniszczyć wszystko, co piękne"

Dziennikarka przyznaje, że w Czerniowcach kilka razy zbierało jej się na płacz, ale powstrzymywała się, bo nie chciała dzieciom dokładać swoich łez. - Zanim tam pojechałam, znałam te tragedie z opowieści kolegów, którzy wcześniej byli w Ukrainie z pomocą humanitarną. Nie sądziłam, że gdy już tam się znajdę, tak bardzo to przeżyję. Ale do historii tych maluszków nie można podejść z dystansem - podkreśla.

Gdy wróciła do Gdańska, długo nie mogła się otrząsnąć z tego, co zobaczyła w domach dziecka i szpitalu. Twarze ukraińskich sierot wracają do niej przy codziennych czynnościach w domu i gdy patrzy na swoje dzieci. - Mam też przebitki tamtejszej przyrody, bo okolice Czerniowców to Karpaty, gdzie są piękne widoki. Kontrastują z obrazami wojny, które noszą w sobie te maluszki. Prześladuje mnie myśl, że Ruscy chcą Ukraińcom zniszczyć wszystko, co piękne. I że mogą chcieć zrobić to kiedyś u nas – mówi.

Póki co – jak dodaje – przebitki z tragedii Ukraińców mobilizują ją do pomagania. - Świadomość, że dzięki nam i darczyńcom te maluchy mają co zjeść i można im opatrzeć rany, napędza mnie do działania – podsumowuje Katarzyna Drzewucka.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

DOSTĘP PREMIUM