"Kolega zdjął opatrunek i zobaczył ranę postrzałową brzucha". O ratownikach, którzy za dużo widzieli

- Gdy zobaczyłem, jak z jednego pociągu wysypuje się 500-800 osób, z czego ok. 50 ma problemy medyczne, to pomyślałem: "K..., jak my to wszystko obrobimy!" - mówi kierowca karetki Rafał Muszczynko. Po wybuchu wojny w Ukrainie pracował po 10 godzin na dobę, ratując uchodźców i wożąc ich do szpitali. - To była taśmowa robota - wspomina.
Zobacz wideo

Zaczęło się o godz. 4 w nocy. Rafał Muszczynko dostał wtedy wiadomość od koleżanki, że z granicy do Warszawy jadą dwie Ukrainki z obrażeniami. Odpalił karetę, bo tak nazywa 20-letni ambulans, którego jest kierowcą, i razem z dwoma ratownikami medycznymi ruszył na pomoc. Starsza kobieta miała niewielkie urazy, za to u młodej ratownik podejrzewał stłuczenie miednicy. A że była w ciąży, to mogło skoczyć się nieszczęściem. Z głowy wystawały jej jeszcze odłamki szkła, bo uderzyła nią w szybę auta.

Jak się okazało, kobiety miały wypadek samochodowy, gdy przemęczone uciekały przed wojną. Stało się to jeszcze po ukraińskiej stronie. Porzuciły rozbite auto i jakoś dotarły do polskiej granicy. Stamtąd do Warszawy zabrali je Ukraińcy mieszkający w Polsce. - Sami nie mogli zawieźć ich do szpitala, bo i tak pewnie odbiliby się tam od drzwi. To były pierwsze dni wojny i nie było jeszcze procedur ani informacji, dokąd z takimi pacjentkami można uderzać po pomoc. Położyliśmy ciężarną panią w karecie i "na dzwonkach" pojechaliśmy do szpitala, który wcześniej wydzwoniliśmy, korzystając ze swoich kontaktów. Tam nam powiedzieli, że co prawda, procedur jeszcze nie ma, ale kurczę, trzeba jakoś pomóc kobiecie, a później martwić się formalnościami – opowiada. 

Zostawili ją pod opieką lekarzy i od razu pognali na Dworzec Zachodni. Dostali bowiem informację, że zaraz mają tam przyjechać pociągi z uchodźcami. Tak się stało. - Gdy zobaczyłem, jak z jednego składu wysypuje się 500-800 osób, z czego ok. 50 ma problemy medyczne, to pomyślałem: "K..., jak my to wszystko obrobimy!" - wspomina.

Tamten dzień pracy trwał dla Rafała Muszczynki 22 godziny. Ale wiedział, że to dopiero początek. - Miałem świadomość, że ten kryzys uchodźczy nie potrwa dzień czy tydzień, tylko o wiele dłużej. Od razu nastawiłem się na maraton. To wyglądało tak, że ledwie zameldowałem się na dworcu, a już był pacjent, z którym trzeba było pędzić do szpitala. A gdy wracałem, to nawet nie wyłączałem "dzwonków" w karecie, bo już czekał następny. To była taśmowa robota przez 8-10 godzin dziennie – mówi ratownik.

Matrix: Reaktywacja

O Rafale Muszczynce i ekipie Fundacji Ambulansu z Serca pisałem już pod koniec grudnia w tekście "Matrix istnieje i żyją w nim tysiące Polaków. ‘Tam wejście w kałużę może skończyć się amputacją nogi’". Rafał opowiadał, że aby trafić do matriksu, wystarczy nieszczęśliwy przypadek - pojedynczy błąd systemu, który wylogowuje nas z dotychczasowego życia. - Ludziom po 30-40 latach normalnego funkcjonowania w społeczeństwie niekiedy nagle wali się życie bez względu na to, jak sobie w nim radzili - mówił.

Matrix to Warszawa bezdomna. Jego mieszkańcy żyją w pustostanach, namiotach rozłożonych w krzakach nad Wisłą, altanach śmietnikowych, na ogródkach działkowych, w piwnicach bloków, pod schodami i w innych zakamarkach architektonicznych miasta. - Gdy się ich poznaje, można się mocno zdziwić. Takie osoby kojarzą nam się z kloszardami, którzy leżą pijani na widoku albo żebrzą, a tak naprawdę większość z nich jest zupełnie niewidoczna. Bo nie odróżniają się od nas - są tak samo ubrani, czyści, wykształceni, znają języki obce i chodzą do pracy. Różnica jest taka, że nie mają domów – tłumaczył.

Załoga Ambulansu z Serca to ok. 20 medyków i trzech kierowców, którzy po robocie wskakują do karety i patrolują matriks. Mają tam pełne ręce roboty, a to dlatego, że system opieki zdrowotnej jest jak apka, w której zabrakło kilku linijek kodu, przez co część użytkowników nie może się do niej zalogować. - Żeby otrzymać pomoc medyczną, trzeba być ubezpieczonym, a mieszkańcy matriksu przeważnie nie są. Karetka "systemowa" może do nich przyjechać, ale tylko, gdy są w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, czyli mają np. udar lub zawał. Gdy jednak cierpią na choroby przewlekłe, jak cukrzyca czy nadciśnienie, mogą liczyć tylko na nas. A to choroby, które też zabijają, tyle że nie od razu – podkreśla Muszczynko.

Jak teraz mówi, z ukraińskimi uchodźcami było podobnie. Po wybuchu wojny tysiącami przyjeżdżali na dworce i tam od razu wpadali do matriksu. Część z nich miała bowiem problemy medyczne, za to nie posiadała PESEL-u ani polskiego ubezpieczenia. - Wpadli w dziurę w systemie, w której już tkwili nasi bezdomni. Później tę dziurę zaklajstrowano, bo pojawiły się procedury i uchodźcy byli przyjmowani w polskich szpitalach. Ale to było tylko częściowe rozwiązanie problemu, bo lądując na dworcach, nawet nie wiedzieli, gdzie są, a co dopiero: jak dostać się do szpitala i jak otrzymać tam pomoc. Dlatego ważne było, żeby ambulanse były na dworcach. A nie przypominam sobie, żeby na stałe dyżurowała tam jakaś karetka "systemowa" – wspomina.

Poza tym – jak ocenia - 80 proc. dolegliwości, z którymi przyjeżdżali uchodźcy, nie wymagało hospitalizacji. Bo były to np. problemy z żołądkiem i nadciśnieniem, przeziębienia, wycieńczenia czy odwodnienia. Jednak tych problemów nie można było ignorować i trzeba było pomóc przybyszom na miejscu. - To wydają się błahostki, ale kto wie, ile żyć uratowaliśmy takimi drobnymi interwencjami typu: nakleić plasterek, wydać lek na przeziębienie, wyleczyć bolący brzuszek dziecka. Bo te drobnostki, zwłaszcza u wycieńczonych maluchów, mogły urosnąć i przejść w sytuacje zagrożenia zdrowia, a nawet życia - podkreśla.

Muszczynko przyznaje, że w dworcowych punktach przyjęć uchodźców od początku byli medycy "systemowi", tyle że pozostawali kroplą w morzu potrzeb, bo uciekających przed wojną były tysiące. - System dał z siebie bardzo niewiele. Wojewoda mazowiecki i prezydent Warszawy lubili robić konferencje prasowe w tych punkach na dworcach. Chwalili się, że zrobili nam kantorek medyczny. Ale chyba jaja sobie robili, bo nie było w nim ogrzewania, leków ani... niczego. A my mieliśmy tym niczym leczyć ludzi uciekających przed wojną – mówi.

Wszystko wtedy zawisło więc na solidarności zwykłych mieszkańców Warszawy, którzy przynosili leki, opatrunki, wózki i kule inwalidzkie. - Głównie dzięki temu mogliśmy odciążać system, pomagając części uchodźców na miejscu, a nie wysyłając ich do szpitali – wyjaśnia kierowca ambulansu.

"Kolega zdjął opatrunek i zobaczył ranę postrzałową brzucha"

Wcześniej podczas jednego patrolu matriksu ekipa z karety pomagała kilku bezdomnym, a teraz patrzyła na niekończącą się kolejkę do ich kantorka medycznego na dworcu. - Wskoczyliśmy w zupełnie inne tempo pracy. Ledwie pomogliśmy jednemu człowiekowi, a już był następny, następny, następny... Wychylałem głowę z kantorka i jak kolejka choć trochę się przerzedziła, to mogłem sobie pozwolić na pierwszy posiłek czy pierwszą ciepłą herbatę tego dnia. Czasem dopiero po sześciu godzinach pracy – wspomina Rafał Muszczynko.

Zmieniły się również problemy medyczne, z jakimi mieli do czynienia. Przed wojną w matriksie dominowały kłopoty z sercem, nadciśnieniem, cukrzycą, przeziębienia i zakażenia ran. - Większość roboty była powtarzalna. Natomiast po rozpoczęciu ruskiej inwazji na Ukrainę rutyna się skończyła. Przyjeżdżali przecież uchodźcy w każdym wieku: od noworodków po starców. A że uciekali przed wojną i były ich grube tysiące, to trafialiśmy na wszystkie możliwe problemy medyczne. Od bolącego zęba po ranę postrzałową – stwierdza.

Zanim przejdzie do opowieści o tej ranie, mówi, że uchodźcy byli zdezorientowani i mocno zakłopotani tym, że muszą przyjmować pomoc. - Taka też była ta dziewczyna po dwudziestce, która nieśmiało stanęła w kolejce do naszego kantorka. Gdy się już do nas dobiła, cichutko powiedziała: "Słuchajcie, bo ja mam taki opatrunek do zmiany". Kolega go zdjął i zobaczył ranę postrzałową brzucha. Miała niesamowitego farta, bo kula ominęła jej wszystkie kluczowe organy i wyszła z drugiej strony. Nie było czasu pytać, skąd przyjechała ani jak zarobiła strzał w brzuch. Bo była jedną z bardzo wielu ofiar wojny, którymi musieliśmy się zająć – podkreśla.

Inną był mężczyzna z udarem, który przyjechał autobusem na dworzec. - W czasie długiej podróży jakiś skrzep mu się oderwał i spowodował zator. Ktoś go umieścił w bagażniku, bo na siedzeniach nie było już miejsca, a pan jeszcze robił pod siebie. Szybko przenieśliśmy go do karety i grzaliśmy "na dzwonkach" do szpitala - relacjonuje.

Ledwie zdążyli wrócić na dworzec, a już natknęli się na kobietę w ciąży, która miała krwawienie z dróg rodnych. Pognali z nią do szpitala, żeby nie straciła dziecka. Zaraz później dostali zgłoszenie o niemowlaku z 40 stopniami gorączki. Wiedzieli, że nie można było zwlekać, bo u takich dzieci choroba czasem rozwija się bardzo szybko. Więc znów: "dzwonki" i "piłowanie silnika".

Były też wywołane wojną zawały. Rafał Muszczynko słyszał od uchodźców o ich doświadczeniach, po których niejedno serce miało prawo stanąć. Obudzeni wybuchami bomb ludzie w pośpiechu wybiegali z domów, przedzierali się przez lasy, żeby ominąć drogi obstawione przez Rosjan. Później docierali do pociągów, gdzie stłoczeni jechali przez wiele godzin do granicy. - Czasem byli tam w takim ścisku, że nie mogli się ruszyć. A długie siedzenie w takich warunkach sprzyja zatorom. Jeśli mieli wojenne doświadczenia za sobą i byli na skraju zawału, to taka podróż go przyspieszała. Lecieliśmy do takich pacjentów, gnietliśmy i robiliśmy defibrylację. A później od razu z nimi do szpitala - opowiada.

Czasem z kolegami musiał z bezradności rozłożyć ręce. Jak w przypadku tego mężczyzny po siedemdziesiątce, który uciekł przed wojną z chorobą nowotworową. - Miał już wszędzie przerzuty. Zawieźliśmy go do szpitala, choć bardziej kwalifikował się do hospicjum. Bo to była kwestia już nie tego, czy umrze, ale w jakich warunkach. Chodziło o to, żeby nie odszedł na dworcu, zwijając się z bólu. Tylko w miejscu, gdzie można było jeszcze podjąć skuteczną terapię przeciwbólową. By odszedł godnie. Dla nas to była dramatyczna historia, bo nic już nie mogliśmy zrobić – przyznaje.

"Łapałem za fraki i mówiłem: 'Dawaj mi tu tłumacza'"

Oprócz przypadków – jak nazywa je Rafał - "po byku hardcorowych" były też skręcone kostki i rany na stopach, czyli ślady po wielokilometrowym marszu do polskiej granicy. Albo po przechodzeniu przez zawalone mosty, z których wystawały zbrojenia. Do ekipy Ambulansu z Serca zgłaszali się też uchodźcy z przeziębieniami i zapaleniami płuc, których nabawili się, stojąc dwie doby w zimnie na przejściu granicznym.

Były również problemy żołądkowe, bo uchodźcy długo nie mieli nic w ustach, a później nagle się najadali tym, co dostali od wolontariuszy na dworcu. Niemowlaki były niedożywione, bo ich matki podczas kilkudniowej ucieczki same nie jadły i traciły mleko. - Bóle brzucha były bardzo częste. Pytaliśmy uchodźców, kiedy ostatnio jedli. Mówili, że np. trzy dni wcześniej i prawie nie pili. Dodawali, że właściwie to nie są głodni, tylko ten brzuch boli. Czyli w tej ucieczce przed wojną wyłączyło im się zaspokajanie nawet najbardziej podstawowych potrzeb. Nasza pomoc wielu osobom sprowadzała się do przekonywania, że muszą coś zjeść, przespać się i dać odpocząć nogom. Bo są wycieńczeni po np. 30-kilometrowym maratonie do granicy, który machnęli bez żadnego przygotowania fizycznego – wspomina.

Czasem w tej perswazji przeszkadzała bariera językowa. Rafał i jego ekipa korzystali z pomocy znajomych, którzy mówili po ukraińsku lub rosyjsku. Ale gdy ich zabrakło, Muszczynko musiał radzić sobie po swojemu. - Wychodziłem z kantorka, łapałem za fraki pierwszego lepszego wolontariusza i mówiłem: "Dawaj mi tu tłumacza". Pojawiał się po minucie. Ale znowu: to było możliwe nie dzięki systemowi, tylko dzięki fantastycznym ludziom, którzy po robocie przychodzili wtedy na dworce, żeby pomagać – podkreśla.

Kiedyś ekipa z karety dostała zgłoszenie, że w pobliżu Dworca Wschodniego jest dziecko, które ma duże problemy z oddychaniem. - Mieliśmy akurat pediatrę na stanie, więc załadowaliśmy go do karety i polecieliśmy "na dzwonkach". Piłowaliśmy silnik, ile wlezie, wyprzedzaliśmy samochody i gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, okazało się, że owszem, dzieciaczek ma problemy z oddychaniem, ale dlatego że się napina. A napina się, bo nie może zrobić kupki. Wystarczyło mu więc pomasować brzuszek i ułożyć go w innej pozycji. Śmialiśmy, żeśmy se polecieli "na dzwonkach" do zatwardzenia – opowiada ratownik.

Maluchy z pustymi spojrzeniami

Rafał Muszczynko wspomina, że uchodźcy, którzy na początku uciekali przed wojną, nosili w oczach strach. Ale później dworce zapełniały się już osobami, w których oczach było widać traumę. - Mówili: "W mój dom uderzyła bomba", "Ruski zastrzelił mi sąsiada", "Szedłem ulicą pomiędzy trupami", "Przedzierałem się przez las, uciekając z własnego domu, własnej wsi, własnego kraju". Widzieli śmierć w Mariupolu, Charkowie i Donbasie. Opowiadali, że siedzieli tydzień, dwa w piwnicach, wymykali się chyłkiem po wodę i jedzenie. Zdobywali je, narażając się na ostrzał – opisuje.

Jak dodaje, mieli puste spojrzenia i zastygali w milczeniu. - Wciskali się w kąt na dworcu, rozkładali kawałek koca i siedzieli w ciszy. Dzieciaki się nie bawiły, tylko przytulały się do matek – mówi.

Poruszyło go, gdy w poczekalni Dworca Wschodniego Ukrainiec grał na gitarze, a jego dzieci tańczyły, wymachując ukraińskimi flagami. - Te maluchy z pustymi spojrzeniami, które leżały pokotem na dworcu, wtedy się budziły i zaczynały śpiewać. Ich umęczone matki nuciły i poruszały głowami w takt muzyki. A przecież jeszcze chwilę wcześniej leżały, jakby czekały na śmierć. Na ten widok się rozryczałem – wyznaje.

Płakał też wtedy, gdy do kantorka medycznego przychodziły rodziny i mówiły, że już nic nie mają. - Była np. trójka dzieci, matka i babka, która już nie za bardzo chodziła. Mieli tylko siebie, bo Ruscy zniszczyli im dom i życie. Gdy ich spotkałem, powiedziałem do kolegi: "Przejmij pacjentów" i szedłem na bok, bo miałem w oczach łzy – mówi.

W jego ocenie największy strach w oczach mieli zaś nie uchodźcy, którzy w pierwszych dniach uciekali przed wojną, tylko ci, którzy na nią jechali. - To byli młodzi mężczyźni, którzy pracowali w Polsce na budowach. Gdy Putin napadł ich kraj, ruszyli swoim braciom na pomoc. Bali się, bo wiedzieli, na co się piszą. Niektórzy z nich znieczulali się alkoholem. Czasem któryś stracił przytomność albo spadł ze schodów i musieliśmy mu udzielić pomocy medycznej. Ale absolutnie nie krytykuję tego, że starali się uśmierzyć strach. Bo nie wiem, jakbym się zachowywał, gdybym jechał na wojnę - przyznaje.

Ukraińcy, zanim wsiedli do pociągu, wpadali do punktu medycznego na dworcu i prosili o opatrunki i bandaże, jakby w ostatnim momencie sobie przypomnieli, co ich czeka. - Jasne, że dawaliśmy. Bo jak odmówić chłopakom, którzy jechali na wojnę. Patrzyłem na nich i wiedziałem, że za kilka dni mogą już nie żyć – opowiada kierowca karetki.

"Za dużo widzieliśmy i słyszeliśmy"

Na warszawskich dworcach uchodźców jest już o wiele mniej, więc teraz ekipa Ambulansu z Serca skupia się bardziej na swoich dawnych podopiecznych z matriksu. Minione miesiące, choć bardzo intensywne, Rafał wspomina jako czas solidarności i bezinteresowności, których nigdy wcześniej nie widział w takiej skali.

- Nie sądzę, żebym kiedykolwiek coś podobnego jeszcze zobaczył w narodzie. To było niesamowite, jak ludzie dzielili się wszystkim. Zrywali się z dyżurów w robocie, żeby pomagać uchodźcom. Ktoś prywatnym samochodem woził ciuchy, a ktoś jedzenie. Jak skończyła się maść na spuchnięte kostki, bo schodziła nam w hurtowych ilościach, to wolontariusz rzucił: "Polecę do apteki i kupię". Nie pytał, kto mu da pieniądze, tylko po prostu załatwił sprawę. Gdy nasz defibrylator nawalił, pewna firma kupiła nam nowy, który jeszcze tego samego dnia pomógł zdiagnozować kilka zawałów. Jak wychodziliśmy z kantorka medycznego, to zaraz ktoś do nas podchodził z jedzeniem i mówił: "Macie, bo na pewno jesteście głodni, a nie chcę, żebyście padli". Później przez to nawet już strach było wychodzić z kantorka. Takiej dobroci było od cholery – mówi.

Muszczynko dodaje, że w Rosjanach wojna wyzwoliła to, co najgorsze, ale w Polakach to, co najlepsze. - Wielu z nas pracowało po 10 godzin na dobę w trudnych warunkach, a stawką było zdrowie i życie uchodźców. Ta robota nas zbliżała, bo musieliśmy sobie ufać i na sobie polegać. Dlatego też wśród ratowników zawiązało się mnóstwo przyjaźni. Mamy też parę, która chyba się w sobie zakochała. A tej miłości jest więcej, bo widziałem, jak iskrzy pomiędzy niektórymi wolontariuszami - opowiada.

Rafał jednak nie chce tego czasu pudrować. Mówi dosadnie: "Wojna to sk...stwo". Jego zdaniem doświadczenia z ostatnich miesięcy pozostaną nie tylko w uchodźcach, ale także w tych, którzy im pomagali. - Widziałem złamanych wojną ludzi, ale też wolontariuszy. Myślę, że my, którzy pomagaliśmy na dworach, mamy przed sobą falę kryzysów psychicznych. Bo za dużo widzieliśmy i słyszeliśmy – ocenia.

Mimo to chce po wojnie pojechać do Ukrainy i zobaczyć miejsca, z jakich pochodzą ludzie, którym pomógł. - Chcę odwiedzić Mariupol, Odessę, Donieck. Opowiadali mi o nich ci fantastyczni uchodźcy z warszawskich dworców. Mówili, że chcą tam wrócić i odbudować to, co zniszczyli Ruscy. Dodawali: "Jeszcze będziemy mieć zajeb..ty kraj". Chcę ich tam zobaczyć wtedy, gdy już nie będą musieli uciekać przed wojną ani prosić o pomoc, tylko będą u siebie bezpieczni. Zasługują na to – podsumowuje mój rozmówca.

Postscriptum

Fundacja Ambulans z Serca finansuje się z wpłat darczyńców, a do paliwa i opatrunków dorzuca się im Caritas. - Marzy nam się jednak nowa kareta, bo ta 20-letnia jest naszą największą bolączką. To rzęch, który ma 350 tys. km przebiegu, ale zużyty jest, jakby przejechał trzy razy więcej, bo kiedyś w pogotowiu latał do ratowania życia. To już truchło, w którym ciągle coś nawala. Niedawno wóz przez tydzień stał w warsztacie z zepsutym silnikiem. Wcześniej odpadły boczne drzwi, te od przedziału pacjenta. Kiedyś siadła elektryka i kareta stanęła na mieście. Innym razem odleciał jej wydech. Może się zdarzyć, że któregoś dnia nie wyjedziemy na ulice, bo kareta się rozsypie - mówi Rafał Muszczynko.

Ekipa Ambulansu z Serca prosi darczyńców o pieniądze na nowy wóz. Do tej pory udało się zebrać prawie połowę z potrzebnych 400 tys. zł. Wpłat można dokonywać w serwisie Zrzutka.pl >>pod tym linkiem<<.

Informacje o tym, jak wesprzeć Fundację, dostępne są na jej stronie.

DOSTĘP PREMIUM