Dziecięce gangi wymuszają haracze. Tym maluchom kiedyś matki wyrzuciły pieluchy za okno

Na dzielni małe gangusy kroją obcym telefony i pieniądze, a także wymuszają od nich haracze. - Kiedyś zapytałam kilkulatków na streecie, w co się bawią. A oni, że ćwiczą wymuszanie haraczy. Później powiedzieli, że mam fajny telefon. Od razu go wycenili i poinformowali, za ile ich starsi bracia go sprzedadzą. Innym razem chłopiec mnie uczył, jak otwiera się samochody. Na swój sposób to bardzo zaradne dzieciaki - mówi streetworkerka prof. Małgorzata Michel.
Zobacz wideo

Te dzieci pozostają niewidzialne. Niby są wszędzie - na ulicach, podwórkach, klatkach schodowych, strychach, w piwnicach, ale też w galeriach handlowych i na dworcach – to mało kto je zauważa. Nic dziwnego, wyglądem zazwyczaj nie odróżniają się od pozostałych. Często mają tak samo markowe ciuchy i równie wypasione smartfony, jak ich rówieśnicy.

Co prawda, czasem specyficznie pachną – mieszanką papierosowego dymu, potu, zagrzybionych pomieszczeń, ale mało kto zbliża się do nich na tyle, żeby to poczuć. Dlatego zabieganemu mieszkańcowi osiedla czy klientce galerii wydają się przezroczyste. - Więc gdy tylko wspomnę o dzieciach ulicy lub dziecięcych gangach, to słyszę, że to temat wymyślony – przyznaje Małgorzata Michel.

Michel jest pedagożką i profesorką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gdy do niej dzwonię, w oczekiwaniu na połączenie słyszę kawałek Kaliber 44 z refrenem "Normalnie o tej porze wożę się po mieście". I rzeczywiście, po zajęciach ze studentami pani profesor przebiera się, wskakuje na rower i jedzie "na urbeksy". Czyli zagląda do opuszczonych, zrujnowanych oraz zapomnianych miejsc, w których toczy się drugie życie miasta. To pustostany, stare magazyny, nieczynne sklepy, w których – jak mówi ze śmiechem – szuka śladów tego życia.

- Na miejscu znajduję stare materace, kanapy i paleniska. Gdy tam przyjeżdżam, zwykle nikogo nie ma, ale mogę rozpoznać, kto tę miejscówkę przejął. Jeśli widzę np. puszki, w których była gotowana zupa, to wiem, że należą do osób w kryzysie bezdomności. A gdy są graffiti, puste butelki, lufki, niedopałki jointów i sreberka, to znaczy, że były tu nasze dzieci ulicy - tłumaczy.

Mówi "nasze", bo jest również streetworkerką, która z nimi pracuje. A ludzie robiący na streecie to właściwie jedyni dorośli, którzy te dzieciaki dostrzegają.

Za kilkuletnimi dziewczynkami drepczą brudne bobasy

Streetworkerzy wyciągają dzieci ulicy z niewidzialności w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Rybniku, Bytomiu, Ełku, Częstochowie, Bielsko-Białej i Łodzi. Ale zapewne można je spotkać w całej Polsce. Tylko pod opieką streetworkerów jest ich ok. 1000, poza nią prawdopodobnie wielokrotnie więcej. - Nikt nie jest w stanie ich policzyć – przyznaje prof. Małgorzata Michel.

Zazwyczaj mają domy, ale spędzają poza nimi całe dnie. Bo też – w sensie psychospołecznym – trudno te miejsca nazwać domami. - Nie znajdują w nich ciepła rodzinnego ani poczucia bezpieczeństwa. Są tam całkowicie zaniedbywane emocjonalnie. Nikt się o nie troszczy ani nimi nie opiekuje – tłumaczy.

Wiele z tych dzieci ma ojców osadzonych w więzieniach. Niektóre mieszkają z kilkorgiem rodzeństwa, a każde z nich ma innego tatę. Zdarza się, że mama poszła w świat, a dzieci żyją w domu babci, która jest schorowana i już nie radzi sobie z opieką nad wnukami. Często w tych "domach" nadużywa się alkoholu i narkotyków, a w dodatku jest w nich mnóstwo przemocy. - Te dzieciaki nie mają swoich łóżek, tylko śpią z rodzeństwem. Jest tam brudno i głodno. Tak, w Polsce są maluchy, które głodują, w co prawie nikt nie chce wierzyć – podkreśla moja rozmówczyni.

Jak dodaje, program 500 plus doprowadził w tych rodzinach do paradoksu. Matki, chcąc podwyższyć swój status społeczny, kupują dzieciakom nowe ciuchy, smartfony i tablety, żeby nie było widać u nich ubóstwa. Nadal jednak w "domach" tym maluchom nie ma kto ugotować, więc pozostają głodne. - Jedyny ciepły posiłek dostają w szkole albo w ośrodkach wsparcia dziennego. Gdy te placówki zostały zamknięte podczas lockdownu, to dzieci głodowały na ulicy – opowiada streetworkerka.

Teraz też wiele maluchów nie załapuje się na ciepły posiłek w szkole, bo po prostu do niej nie chodzi. Szkoła to przecież świat zorganizowany przez dorosłych, a ci ciągle zawodzą. Poza tym część dzieci ulicy odpuściła szkołę jeszcze podczas pandemii i tak już zostało. - Nie uczestniczyły w lekcjach zdalnych albo nie włączały na zajęciach kamerek, bo wstydziły się pokazywać, jak mieszkają – wyjaśnia prof. Michel.

Czym jest dla nich świat dorosłych i jak są przez nich wręcz wypychane na street, dobrze pokazuje scena, którą przywołuje naukowczyni. - Matki przymuszają np. siedmioletnie dziewczynki do opieki nad młodszym rodzeństwem, a w tym czasie zajmują się dosłownie niczym. Kiedyś córka się zbuntowała i stwierdziła, że nie przebierze pampersa 2-letniemu bratu. Więc matka się zdenerwowała i wyrzuciła pieluchę przez okno kamienicy, krzycząc do chłopca: "A to sam ją sobie zmień!". A potem maluszek stał bezradnie na podwórku z tym pampersem, nie wiedząc, co z nim zrobić – wspomina i dodaje, że na ulicy często widuje kilkuletnie dziewczynki, za którymi drepczą obsmarkane i brudne bobasy.

Małe gangusy wymuszają haracze

Maluch od pampersa pewnie długo nie pozostanie bezradny, bo ulica uczy życia. Gdy np. dzieciaki są głodne, to podpatrują u siebie, co zrobić, by temu zaradzić. - Dlatego strasznie kradną. Wychodzą z Żabek z kieszeniami wypchanymi chipsami, batonami i napojami. One się tym żywią. Kradną zupki chińskie i jedzą je na sucho, chrupiąc ten makaron. Jak mają po trzy lata, to już "jadą" na energetykach – mówi prof. Małgorzata Michel.

Kradzież to też umiejętność, która później im się przydaje, gdy wchodzą do dziecięcych gangów. Bo tam głównie tym się zajmują. Ze szkolnych szatni podprowadzają buty i kurtki, a później sprzedają je rówieśnikom albo wymieniają na podwórkach na inne ciuchy. Gdy na ich dzielnię wpadnie kibic konkurencyjnego klubu, to w dobrym tonie jest ukraść mu smyczkę albo szalik. Z tego akurat kasy nie mają. Bardziej chodzi o trofeum jak kiedyś na polach bitew, gdy wojownicy przejmowali chorągiew przeciwnika. Później te smyczki i szaliki dzieciaki uroczyście palą.

Na dzielni małe gangusy kroją obcym telefony i pieniądze, a także wymuszają od nich haracze. - Kiedyś zapytałam kilkulatków na streecie, w co się bawią. A oni, że ćwiczą wymuszanie haraczy. Mieli plastikowe pistolety, ale już przybierali takie pozy i miny, że wyglądali profesjonalnie. Później powiedzieli, że mam fajny telefon. Od razu go wycenili i poinformowali, za ile ich starsi bracia go sprzedadzą. Innym razem chłopiec mnie uczył, jak otwiera się samochody. Na swój sposób to bardzo zaradne dzieciaki – mówi ze śmiechem streetworkerka.

Tak więc maluch, któremu matka wyrzuciła pampers przez okno, prawdopodobnie szybko nauczy się na streecie, jak radzić sobie w życiu. I będzie jak ten fachura, który przybiegł z pomocą Małgorzacie Michel. - Kiedyś zgubiłam kluczyk od zapięcia do roweru i zapytałam na Facebooku, kto mi szybko może pomóc, bo chcę pójść na rower. Od razu mój były wychowanek napisał, że za chwilę u mnie będzie. Przyniósł w siatce z Biedronki takie wielkie nożyce i jednym wprawnym ruchem przeciął tę linkę – wspomina rozbawiona.

Dzieciaki robią pod oczami kropki. Jak więźniowie

W dziecięcych gangach - podobnie jak w tych dorosłych - panuje hierarchia. A więc porządek, którego maluchy nie doświadczyły w swoich "domach". Chłopiec od pampersa, gdy trochę podrośnie, może mieć już dość chaosu, który wytwarza matka, i próbować uładzić swój świat, przystępując do jednego z gangów. Ale na tym ich oferta się nie kończy. - Wchodząc w te grupy, dzieci podwyższają sobie poczucie własnej wartości. Rośnie im też prestiż wśród rówieśników. Od zawsze były poniewierane przez dorosłych, a teraz nagle mają poczucie, że są ważne. Takiemu dziecku na dzielnicy zaczyna się mówić "cześć". Może również pochwalić się, że zna tego starszego, który jeździ fajnym samochodem – opowiada prof. Małgorzata Michel.

Na szczytach w hierarchii dziecięcych gangów są starsi bracia, kuzyni czy po prostu ziomale z dzielni. Kilkuletnie bajtle są dla nich żołnierzykami, którzy wypełniają zadania typu "przynieś, wynieś, pozamiataj". W Krakowie do niedawna byli też wykorzystywani do żebrania, ale władzom i policji udało się ten proceder ukrócić.

W gangu dopiero z czasem żołnierzom powierzana jest poważniejsza robota typu kradzież czy wymuszenie haraczu. - Na początku starsi chłopcy nawet nie pozwalają im palić papierosów, wychowują ich i pilnują, żeby chodzili do szkoły. To środowiska przestępcze, które mają swoje systemy wartości, ale trudno je zrozumieć. Bo jak pojąć, że starszy chłopak troszczy się o dziecko, a jednocześnie je wykorzystuje i namawia do przestępstwa? - zastanawia się pedagożka.

W szkołach, na podwórkach i dworcach dzieci sprzedają też narkotyki, które załatwiają u dorosłych gangsterów. Właściwie dopiero kiedy nakryje je policja i napiszą o tym media, widzimy ślad istnienia tych grup. - W dziecięce gangi mało kto wierzy. A wystarczy popracować na streecie, by się przekonać, że istnieją. Albo prześledzić medialne doniesienia o tym, że policja zatrzymała nastolatków z dwoma gramami grzybów halucynogennych lub marihuany. Ci "sprawcy", o których tam mowa, to często członkowie dziecięcych gangów. Nastolatków do 13. roku życia łatwo jest wykorzystać do takich przestępstw, bo nie odpowiadają karnie – tłumaczy Małgorzata Michel.

Podczas pandemii mali dilerzy przenieśli się do internetu. Jak tam odbywa się handel narkotykami? - Pewien nastolatek mi opowiadał, że np. na Facebooku zakładają grupy pod abstrakcyjnymi nazwami, dajmy na to "Szopka w kropki". Wymyślają też hasła dla narkotyków, dzięki czemu mogą o nich rozmawiać i je zamawiać, a nikt z zewnątrz nie zorientuje się, o czym jest mowa. Ktoś zamawia – przyjmijmy - dwie pary zielonych skarpetek i dostaje dwa gramy marihuany - mówi.

Jak dodaje, gdy dzieciaki z gangów dorastają, często rozwijają karierę przestępczą. Niekiedy trafią do ośrodków leczenia uzależnień, bo same nie mogą odstawić mefedronu, a czasem do więzień. Wtedy jakby zataczają koło. - Wychowują się w kulturze więziennej, bo siedzi ich ojciec, brat, kuzyn czy wujek. Ta kultura kształtuje np. ich język. Każdego, kto nie jest ich bratem, nazywają "cwelem" albo "konfidentem". Pod oczami robią sobie długopisami kropki albo kotwiczki. Jak więźniowie. Bo wtedy mają poczucie, że są ważni na dzielnicy. Od wczesnej młodości wykonują też gesty solidarnościowe z ludźmi, którzy siedzą po drugiej stronie muru. W Krakowie na ścianach kamienic pełno jest napisów "PDW", a to skrót od "Pozdrowienia do Więzienia" - wyjaśnia.

Emancypacja dziewczynek do agresji

Na streecie panuje patriarchalny podział ról. Chłopięcy świat jest wyżej, a dziewczęcy niżej. Jak mówi prof. Michel, emancypacja nastąpiła tylko w podejściu do agresji. - Kiedyś dziewczynki słyszały, że nie wypada im bluzgać ani kogoś pobić. Teraz przeciwko tym zasadom się buntują i odkrywają, że mogą eksponować agresję. Jeśli o nią chodzi, to już niczym nie różnią się od chłopców – tłumaczy.

Przystępują więc do gangów i uczestniczą w ich przestępczej działalności. Czasem prowokują krwawe bójki, co pokazuje choćby sytuacja z Krakowa sprzed trzy lat. Wtedy grupce dziewczyn w wieku 12-16 lat nie spodobała się koszulka z nazwą piłkarskiego klubu, którą miał na sobie chłopiec na przystanku. Najpierw go zwyzywały, później wsiadły z nim do autobusu, a następnie wezwały na pomoc znajomych i krewnych. Ci przyjechali z maczetą i poranili chłopca.

- Próbują w tej patriarchalnej kulturze znaleźć swoje miejsce, wiążąc się z chłopakami z gangów i popełniając z nimi przestępstwa. Jeżdżą na mecze ze starszymi kolegami, bo wiadomo, że ci młodsi to "frajerzy". Przespanie się 14-latki z 22-latkiem, który w środowisku coś znaczy, w ich odczuciu dodaje im prestiżu – mówi streetworkerka.

Jak dodaje, nawet jeśli dla młodszych dziewczyn jest za wcześnie, by dołączyć do gangów, to i tak próbują doskoczyć do chłopięcego - wyższego - świata. - Koncentrują się na seksualizacji swojego życia. Wyglądają na starsze, niż są, i to wykorzystują. Próbują zyskać na znaczeniu przez łóżko. Nadal też są galerianki, które np. w wieku 13-14 lat sprzedają seks. Później za uzyskane w ten sposób pieniądze kupują ciuchy, telefony, gadżety. Ostatnio jedna z dziewczyn mi powiedziała, że chce sprzedać dziewictwo – wspomina.

Niektóre dziewczyny skupiają się na psychicznym i fizycznym dręczeniu rówieśniczek. Biją je, wyśmiewają, kompromitują w internecie. - Czasem chodzi o wymuszane w ten sposób pieniądze, a niekiedy o to, by odnaleźć się w tym świecie. A umieją to robić tylko poprzez przemoc – analizuje pedagożka.

Jak nawiązać z kimś relację, nie rozbijając mu głowy

Streetworkerzy pracują w Polsce już od wielu lat i bywa, że na podwórkach spotykają już drugie pokolenie dzieci ulicy. Pomagają więc synom czy córkom swoich dawnych wychowanków. Zresztą na streecie dystans między pokoleniami się skraca, bo tam już 15-latki zachodzą w ciąże. Streetworkerzy rozmawiają z nimi o antykoncepcji, ale czasem to nie pomaga, bo one chcą szybko mieć dzieci. - Są poranione, nie miały dzieciństwa ani osoby do kochania, dlatego jak znajdą chłopaka, to ulegają romantycznym wyobrażeniom o związku i rodzicielstwie. Chcą kochać dziecko i być dobrymi mamami – tłumaczy prof. Małgorzata Michel.

Ale trudno to marzenie spełnić, bo nie dostały w "domach" żadnych narzędzi, które mogłyby wykorzystać do budowania związków i miłości. - Nauczyły się tam tylko agresji: zaczepek słownych, szarpania, plucia, rzucania w kogoś rzeczami. To jest ich język, za pomocą którego się porozumiewają i nawiązują relacje ze światem. Te dzieci często nie mówią do siebie, tylko warczą lub krzyczą – opisuje.

Stąd – jak dodaje – pojawia się u nich ogromna potrzeba destrukcji. Niszczą ławki, rozbijają szyby w pustostanach, demolują nieczynne sklepy. - W ten sposób wentylują też trudne emocje. Bo to są dzieci, które mają wielką złość na świat i brak zaufania do dorosłych. Nieraz oczekiwały od nich pomocy, ale jej nie dostały. Więc nauczyły się, że nie ma co szukać wsparcia, tylko atakować. Tak było np. gdy streetworkerzy wrócili do nich po lockdownie. Dzieciaki rzucały w ich kierunku kamieniami i jajkami, dając w ten sposób do zrozumienia: "Potrzebowaliśmy was, a wy nas zostawiliście" - wyjaśnia.

Dlatego uczą je innego języka, którym mogłyby zastąpić agresję. - Przekonujemy dzieci, że mogą mówić ciszej. Że jak chcą nawiązać z kimś relację, to nie muszą rzucać kamieniami i rozbijać mu głowy, tylko wystarczy, jak powiedzą: "Chciałbym z tobą porozmawiać" - opowiada moja rozmówczyni.

Przyznaje, że niekiedy to trudne wyzwanie, bo na każde pytanie, czy próbę sugestii dzieciaki odpowiadają bluzgami. Tak było, gdy Małgorzata Michel zorganizowała dla nich zajęcia z gotowania. Sama akurat wróciła z Indii, więc postanowiła im pokazać tamtejszą kuchnię, a przy okazji porozmawiać i nauczyć budowania relacji. Na wstępie usłyszała, że oni tego g... nie będą gotować, mają to w d… i p...lą. Mówili: "Mam, k…, przypał na chacie, a pani mi tu głowę zawraca tym ciapatym g...". Albo: "Nie będę obierał ziemniaków, zaraz pani wbiję ten nóż". - Można się było zniechęcić, ale tego nie zrobiłam. Bo gdyby streetworkerzy rezygnowali po każdej usłyszanej k…, to te dzieciaki zostałyby same – argumentuje.

- Nie czuje się pani w ich towarzystwie zagrożona? - pytam.

- Nie. Do miejsc, gdzie może być niebezpiecznie, nigdy nie chodzę sama, tylko np. z kolegą, który jest pracownikiem socjalnym. Stosuje swoje zasady BHP. Zresztą te dzieci tylko z pozoru wydają się nie wiadomo jak groźne, ale to są normalni ludzie, którzy potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem - podkreśla pedagożka.

Mały gangus wychodzi na prostą

Streetworkerzy odrabiają też z dziećmi lekcje na klatkach schodowych. Matki wtedy wystawiają im taborety, po czym zamykają się w "domach". Maluch rozwiązuje zadania z matmy i pisze rozprawkę "z polaka". Tylko co jakiś czas musi wstać, żeby włączyć światło na klatce. Później matka wychyla głowę zza drzwi i pyta, czy już zrobione. Jeśli tak, to zarządza: taboret i dziecko do domu, a streetworker do siebie.

Tacy pracownicy celują głównie w grupę wiekową do 11. roku życia, bo później dzieci ulicy zwykle tracą zainteresowanie organizowanymi dla nich zajęciami. Ulica staje się dla nich bardziej atrakcyjna. Szybko też wchodzą w inicjacje seksualne i narkotykowe. Chociaż bywa, że jeszcze wracają do swoich dawnych opiekunów z ulicy, bo chcą coś w swoim życiu zmienić. Ze streetworkerami uczą się wtedy pisania CV i szukania roboty.

- W swojej pracy nie przeliczamy sukcesów na ilość, tylko na jakość. Jak uda się pomóc jednej osobie, to już jest fajnie. Niektóre z tych dzieciaków stają się wolontariuszami i pomagają streetworkerom wyprowadzać młodszych na prostą. Czasem tak się w to wciągają, że sami zostają streetworkerami. Kończą zawodówki i zakładają rodziny – mówi.

Prof. Michel niekiedy dostaje na Messengerze zdjęcia dawnych wychowanków z dziećmi. - Cali są szczęśliwi i widać, że coś fajnego w ich życiu się dzieje. Np. niedawno chłopak, który był jednym z przywódców grupy gangsterskiej, napisał, że przeprowadził się do innego miasta, poznał dziewczynę i wyszedł na prostą. Wysłał mi zdjęcie kilkumiesięcznej córeczki. Ale też zwykle dzieje się tak u ludzi dopiero po "karierze placówkowej". Czyli po tym, jak przejdą przez ośrodek socjoterapii, ośrodek wychowawczy, zakład poprawczy i ośrodek leczenia uzależnień. Wracają z nich, gdy skończą 21 lat, i dopiero wtedy zaczynają nowe życie - tłumaczy.

Streetworkerzy starają się skrócić ten czas wychodzenia na prostą i – jak mówi prof. Michel – są jedynymi dorosłymi, którzy docierają do dzieci ulicy, bo do reszty te maluchy straciły zaufanie. - Nie może do nich zbliżyć się asystent rodziny, kurator ani pracownik socjalny. Tylko streetworker może być pomostem między tymi dzieciakami a instytucjami państwa – podkreśla.

Ale – jak dodaje – państwo w ogóle nie rozumie tej pracy i nawet jeśli przyznaje środki organizacjom streetworkerskim, to na projekty, a o pensjach dla pracowników zapomina. - Być może urzędnicy zakładają, że streetworkerzy wyżywią się swoim powołaniem i poczuciem misji. Dlatego część z nich przestaje pomagać dzieciom ulicy. O stosunku państwa do nas może świadczyć fakt, że na liście zawodów Ministerstwa Pracy jest nawet wróżka, a nie ma streetworkera – podsumowuje prof. Małgorzata Michel.

DOSTĘP PREMIUM