Dzieci z Mariupola. "Tego ranka w telewizji zabrzmiało słowo 'wojna'. Chyba stałam się dorosła"

Anastazja z dziewiątej klasy pisała, że jej tragiczna historia zaczęła się w zimny listopadowy dzień 2014 roku. "Tego ranka w telewizji zabrzmiało słowo 'wojna'. Chyba stałam się dorosła właśnie w tym momencie. Pamiętam, że pierwszy raz pomyślałam wtedy o śmierci. Pamiętam ten strach..." - opowiadała dziewczynka w liście wysłanym do Polski z Mariupola.
Zobacz wideo

Przed rosyjską inwazją na Ukrainę 12-letni Mychajło pisał z Mariupola, że jest szczęśliwy. Chciał zobaczyć cały świat i studiować na najlepszych uczelniach. Planował zostać "chemikiem-farmaceutą" i "wynaleźć leki, które pomogą ludziom zwalczać śmiertelne choroby". Jednak jego największym marzeniem było to, "żeby ludzie już nie ginęli".

Ariana (rocznik 2008) opowiadała, że uwielbia rysować, śpiewać, tańczyć, pisać wiersze. Cieszyła się, że trzeci rok z rzędu dostała świadectwo z czerwonym paskiem. Pragnęła, żeby "w Ukrainie w końcu zapanował pokój".

Podobnymi marzeniami żyli Stanisław z szóstej klasy, Witalij z siódmej i 12-letnia Maria. Pisali: "żeby w końcu zapanował pokój na całym świecie", "żeby nie latały wojskowe samoloty", "żeby nigdy nie było więcej wojny".

To marzenia dzieciaków, które widziały już wojnę w 2014 roku w Doniecku i musiały przed nią uciekać do Mariupola. Pięknego miasta, w którym powoli uczyli się, że trzask spadającego na podłogę krzesła nie oznacza wybuchu, że nie zabierze życia ich bliskim i że już nie muszą się bać. Tam znów mogli beztrosko się bawić. Nawiązali nowe przyjaźnie, poprzez które na powrót zadomowili się w świecie. Bo Mariupol wydawał się bezpiecznym schronieniem, w którym mogą zacząć odzyskiwać dzieciństwo.

"Serce mi pękło"

Na zdjęciu sprzed rosyjskiej inwazji widać ceglasty budynek w Mariupolu z napisem "Świetlica". W oknach wiszą obrazy zrobione przez dzieci na arteterapii. Na tych zajęciach uśmierzały traumę wojny poprzez np. rysowanie i malowanie. Poza kadrem znalazł się skwer z tulipanami, które też posadziły dzieciaki. - Chodziło nam o to, by w Mariupolu odnalazły swój dom i wrosły w tamtejszą społeczność. By odkryły, że mogą mieć wpływ na miejsce, w którym żyją i by zaangażowały się w życie lokalnej wspólnoty – tłumaczy Izabela Stawicka z Fundacji Świętego Mikołaja, która w 2019 roku zorganizowała tę świetlicę.

Gdy fundacja zrobiła generalny remont świetlicy, podopieczni pomagali w jej urządzeniu. Ustawiali meble, rozkładali sztalugi, a później włączali się w planowanie zajęć, w których następnie uczestniczyli. Chodzi o np. kółka szachowe i szkolenia z pierwszej pomocy. W wakacje i ferie jeździli na obozy, podczas których uczyli się, jak zostać liderami w grupie. Podczas pandemii roznosili paczki z jedzeniem osobom, które straciły pracę i były w trudnej sytuacji. Angażowali się również w akcję "Święty Mikołaj idzie do sierot", czyli pakowali prezenty i rozdawali je maluchom z dwóch miejscowych domów dziecka, które wspierała fundacja.

- Świetlica była otwarta sześć dni w tygodniu. Chodziły tam dzieci właściwie w każdym wieku. Od kilkuletnich maluchów po uczniów ostatnich klas szkoły. Pomagaliśmy zarówno tym, które do nas przychodziły, jak i tym z sierocińców. Objęliśmy pomocą łącznie około 1000 dzieci. To może kropla w morzu potrzeb, bo po 2014 roku do Mariupola uciekło 38 tys. dzieci, ale ważna kropla. Nasza świetlica była dla naszych podopiecznych bezpieczną przystanią – wspomina Stawicka.

Pracowniczka fundacji zaraz jednak pokazuje drugie zdjęcie. Widać na nim ten sam budynek, ale już kompletnie zniszczony w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego. Nie ma już baneru z napisem "Świetlica", nie ma okien z obrazkami maluchów, nie ma tulipanów. Pomieszczenie, wcześniej pomalowane na żółto i umeblowane przez dzieciaki, jest zupełnie wypalone. W innym kadrze przed budynkiem leżą ciała zabitych ludzi. Nikt ich nie zabrał, bo Rosjanie podłożyli pod nie granaty.

- Gdy zobaczyłam te zdjęcia, przypomniałam sobie, ile wysiłku dzieci i my włożyliśmy w powstanie tej świetlicy. Ile wysiłku, by poczuły się tam bezpiecznie. Serce mi pękło – wyznaje Izabela Stawicka.

"Tego ranka w telewizji zabrzmiało słowo 'wojna'. Chyba stałam się dorosła"

Przed obróceniem świetlicy w ruinę podopieczni Fundacji Świętego Mikołaja wysyłali do niej listy, w których opisywali, jak po raz pierwszy zniszczono ich dzieciństwo. I jak próbowali je odzyskać w Mariupolu.

Stanisław z szóstej klasy dobrze zapamiętał ten upalny dzień w lipcu 2014 roku, w którym stracił swój świat. "Tego poranka nic nie wskazywało na to, że wydarzy się coś złego, nasz dzień zaczął się jak zwykle. W pewnym momencie usłyszeliśmy huk samolotu, a po kilku minutach zaczął się pierwszy atak na Donieck. Zginęło mnóstwo ludzi. Następnego dnia uciekliśmy całą rodziną do Mariupola. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, że opuścimy nasze miasto na tak długo i co będziemy musieli przeżyć" - wspominał.

O tym, co stało się z jego domem w Doniecku, dowiedział się później, gdy do jego rodziny zadzwoniła ich dawna sąsiadka. "Przekazała nam wiadomość, że nasz dom został trafiony pociskiem i zostały z niego tylko ściany. Straciliśmy wszystko. Nawet rzeczy osobiste" - relacjonował. Nie miał już więc do czego wracać, ale ciągle o tym marzył. "Mam wielką nadzieję, że w końcu zapanuje pokój na całym świecie i wszyscy wrócą do swoich, może nawet zbombardowanych, ale nadal rodzinnych domów" - pisał.

Był wdzięczny "dobrym ludziom", którzy "nie pozostawili nas samych sobie". "Teraz powoli układamy swoje życie w Mariupolu. Mam dużo przyjaciół ze szkoły, uprawiam sport, lekką atletykę i piłkę nożną. Mama dostała pracę i wszystko idzie w dobrym kierunku" - dodał.

Anastazja z dziewiątej klasy pisała, że jej tragiczna historia zaczęła się w mieście Makijewka, w zimny listopadowy dzień 2014 roku. "Tego ranka w telewizji zabrzmiało słowo 'wojna'. Chyba stałam się dorosła właśnie w tym momencie. Co się czuje kiedy za twoim oknem wybucha pocisk? Albo kiedy wybuch budzi cię w środku? Strach, bezradność, rozpacz – taka to była noc. Pamiętam czerwony wschód słońca i ogniste błyskawice pocisków Grad. Pamiętam, że pierwszy raz pomyślałam wtedy o śmierci. Pamiętam ten strach..." - opowiadała.

Jak dodała, przeniosła się z mamą do Mariupola i "częściowo zapomniała o okrucieństwie, które musiała przeżyć". W nowej szkole znalazła przyjaciół, z którymi wpierała się nawzajem. "Często, spacerując cichymi uliczkami Mariupola, przypominam sobie moje miasto i w serce zakrada się smutek... Chciałabym wrócić do mojego rodzinnego miasta" - wyznała.

Witalij z siódmej klasy też w 2014 roku musiał uciekać z Doniecka. Przyznał, że jego rodzicom "było wtedy bardzo trudno, bo straciliśmy wszystko". W liście przedstawiał też swojego młodszego brata Rostysława, którego musiał kochać, bo w liście poświęcił mu najwięcej miejsca. Dowiadujemy się, że Rostysław chodzi do trzeciej klasy i "lubi opowiadać przeróżne historie, które sam wymyśla. Kocha zwierzęta, dlatego na urodziny dostał od naszych rodziców psa, który został jego prawdziwym przyjacielem".

Witalij chciał w przyszłości podróżować, ale najbardziej marzyło mu się, żeby nad jego głową "nie latały wojskowe samoloty" i "żebyśmy mogli wrócić naszego miasta, które musieliśmy opuścić z powodu wojny". Na koniec wyznaje: "Bardzo tęsknię za dziadkami, którzy zostali w Doniecku i bardzo chciałbym ich jak najszybciej zobaczyć".

Daria urodziła się w 2007 roku w Charkowie, ale później widocznie się przeniosła, bo pisała, że szkołę zaczęła w Leninie na Krymie. "Wkrótce nastąpiły trudne czasy dla naszej rodziny i całego naszego kraju. Krym już wtedy był okupowany przez wojsko rosyjskie i mój tata postanowił, że musimy opuścić nasz dom i przenieść się do bezpiecznej części Ukrainy. Musieliśmy uciekać z naszego domu, w którym było ciepło i przytulnie, a ja dodatkowo musiałam zostawić szkołę oraz moich kolegów i koleżanki z klasy, z którymi się przyjaźniłam" - wspominała.

W grudniu 2014 roku przyjechała z rodzicami do Mariupola. Z dumą pisała, że uczy się w szóstej klasie "największej szkoły w naszym mieście i w całym obwodzie donieckim". Dodała, że lubi pomagać mamie w kuchni i w opiece nad młodszym bratem. Opisała też swoje największe marzenie - "żebyśmy mieli swój własny dom i żebyśmy nie musieli nigdy więcej z niego uciekać".

"Obrońcy świetlicy zostali zabici i nie ma już nic"

Z listów wynika, że w oczach tych dzieciaków pozostały obrazy wojny. Dlatego ich największym marzeniem był pokój i stąd też tak trudno było im umościć się na nowo w rzeczywistości. Świadczą o tym relacje pracowników świetlicy w Mariupolu, które trafiały do Izabeli Stawickiej. - Gdy dzieci słyszały hałas, to kojarzył im się tylko z jednym: nalotem. Hałas automatycznie wywoływał u nich stres. Wtedy, w zupełnie nieoczekiwanych chwilach, powracały do nich obrazy wojny. Trzynastoletni Mychajło powiedział kiedyś, że ludzie, którzy nigdy nie żyli na terenach okupowanych, nie wiedzą, jak to jest kłaść się do łóżka, nie będąc pewnym, czy w ogóle będzie jakieś jutro - opowiada pracowniczka Fundacji Świętego Mikołaja.

Dlatego w świetlicy zrobiono dla nich poradnię psychologiczną. Dzieciaki chodziły na grupowe i indywidualne terapie, podczas których próbowały uporać się z wojennymi traumami. To ciężka praca, której celem jest odzyskanie pewności, że jutro będzie. I że okaże się bezpieczne.

Jednak trudno było im dochodzić do takiej pewności, bo w pobliżu Mariupola nadal przebiegała linia frontu, a do miasta dobiegały odgłosy wybuchów oraz strzałów. Podczas terapii dzieci więc robiły dwa kroki wprzód i jeden wstecz. - Te kroki wprzód to były dla nas bezcenne. To momenty, gdy maluchy np. cieszyły się, że na obozie poznały przyjaciół. Bo dla nich było bardzo trudne, że uciekając przed wojną, musiały zostawić swoich kolegów. Poprzez przyjaźnie mogły się zakorzeniać w nowym miejscu. Wysyłały nam zdjęcia z obozów z podziękowaniami za to, że już nie są same. Że mają kogoś, kto je rozumie – wspomina Izabela Stawicka.

Cała harówka maluchów nad odzyskaniem dzieciństwa poszła jednak na marne, gdy wojska Putina przypuściły szturm na Mariupol. Podopieczni fundacji natychmiast zostali ewakuowani do schronów i piwnic, a świetlica stała się centrum pomocy dla dorosłych mieszkańców miasta. Mogli tam dostać jedzenie i przejść szybkie szkolenie z udzielania rannym pierwszej pomocy. Zaraz potem Fundacja Świętego Mikołaja straciła kontakt z ukraińskimi pracownikami świetlicy, bo miasto zostało odcięte od świata.

- Nie mieliśmy z nimi łączności od trzeciego dnia inwazji, czyli od 27 lutego. To był dla nas bardzo trudny moment. Nie wiedzieliśmy, co stało się z dziećmi i czy były bezpieczne. Dopiero po prawie trzech tygodniach odezwała się do nas Kateryna, kierowniczka naszej świetlicy. Wysłała nam zdjęcia zgliszczy naszego dzieła. Napisała, że obrońcy świetlicy zostali zabici i nie ma już nic – wzdycha.

Gdzie podziewa się Ariana od świadectw z czerwonym paskiem? Co stało się z Anastazją, która w wieku kilku lat nagle poczuła się dorosła, gdy w telewizji zabrzmiało słowo "wojna"? Gdzie jest Daria, która tęskniła za swoim ciepłym i przytulnym domem na Krymie?

Nie wiadomo. Nie ma też informacji, ile dzieci ze świetlicy w Mariupolu przeżyło. Część z nich miała zostać wywieziona do Rosji. Innych udało się ewakuować na zachód Ukrainy. Kolejni trafili do Polski. - Na razie za wiele nie wiemy. Obawiamy się, że nie wszyscy nasi podopieczni przeżyli – mówi pracowniczka Fundacji Świętego Mikołaja.

"Dzieci umieją bawić się nawet w ruinach"

Izabela Stawicka nadal czeka na dobre wieści o dzieciakach z Mariupola. Zapewnia też, że gdy tylko fundacja będzie mogła wrócić do tego miasta, to natychmiast odbuduje tam świetlicę. Boi się jednak, że ocalonym maluchom bardzo trudno będzie dać poczucie bezpieczeństwa. - Wiele z nich już raz straciło dom, później znalazło schronienie, a następnie znowu musiało uciekać. Ile razy można przeżywać taką traumę w wieku kilku-kilkunastu lat? Myślę, że to największe okrucieństwo wojny. Jak teraz dać tym maluchom pewność, że już wszystko będzie dobrze? - zastanawia się.

Pociesza się myślą, że dzieci łatwiej niż dorośli podnoszą się z rozpaczy. Wie to z doświadczenia, bo już od 10 lat pracuje w organizacjach humanitarnych i pomaga ofiarom wojny. - Dzieci są w stanie znaleźć promyk nadziei w największej ciemności. Umieją żyć i bawić się nawet w ruinach. Żyją "tu i teraz", mimo że przypominają im się straszne rzeczy, których doświadczyły. Czasem płaczą, niekiedy nie potrafią poradzić sobie z trudnymi emocjami, ale mają tę niesamowitą chęć życia. Myślę, że gdyby nie ona, to trudno byłoby mi pracować, ciągle stykając się z okrucieństwem wojny. Ich uśmiechy to moja energia - podkreśla.

Przyznaje, że często w pracy zbiera jej się na płacz, ale wtedy powtarza sobie, że nikomu tym nie pomoże. - Próbuję wziąć się wtedy w garść i robić swoje. Więc rzadko płaczę, ale często chciałabym usiąść i płakać przez miesiąc. Bo czasem brakuje sił i wytłumaczenia, jak można robić dzieciom tak straszne rzeczy – stwierdza.

Jak dodaje, niekiedy w takich momentach staje przed nią dziecko i wyrywa ją z beznadziei. Tak było, gdy zaczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, a do Polski przyjechały matki z dziećmi, które uciekły przed wojną. - Rozdawaliśmy maluchom plecaki powitalne, w których były wyprawki szkolne, książeczki, puzzle i słodycze. Jeden chłopiec przepchnął się do mnie w kolejce i podziękował mi za to, co robimy. Dał mi czekoladkę, którą wcześniej dostał. Bo tylko to miał. To był piękny prezent. Do dzisiaj noszę ze sobą opakowanie po tej czekoladce. Nawet teraz kiedy o tym mówię, wzruszenie ściska mi gardło – przyznaje moja rozmówczyni.

Postscriptum

Przykładem dziecka, które potrafiło żyć nawet w ruinach, był 12-letni Mychajło. Z Doniecka uciekał przed piekłem wojny i jej obrazy zostały mu w pamięci. To on mówił, że ludzie, którzy nigdy nie żyli na terenach okupowanych, nie wiedzą, jak to jest kłaść się do łóżka, nie mając pewności, czy w ogóle będzie jakieś jutro. Mimo to z jego listu wynika, że rzucał się na wszystko, co mogło dać mu życie.

"Biorę udział w olimpiadach szkolnych i konkursach międzynarodowych. Moją pasją jest breakdance, który ćwiczę od szóstego roku życia. Lubię uczyć się języków obcych, obecnie uczę się angielskiego, francuskiego oraz samodzielnie języka polskiego" - pisał. Dodał, że chciał też skoczyć ze spadochronem, skończyć studia i wynaleźć lek na śmiertelne choroby.

Olimpiady, konkursy, języki obce, breakdance, spadochron, studia i wynalezienie leku? Mychajło po prostu chciał żyć.

Fundacja Świętego Mikołaja pomaga nie tylko dzieciom w Ukrainie, ale także w syryjskim Aleppo. Robi to dzięki wsparciu darczyńców z Polski. Informacje o tym, jak dołączyć do zbiórki na dziecięce ofiary wojny, dostępne są na stronie fundacji.

DOSTĘP PREMIUM