Blokady stacji Orlen to dopiero początek fali protestów? Ekspert o radykalizacji klasy średniej

W sobotę 11 czerwca odbędą się blokady stacji Orlen. Powodem są wysokie ceny benzyny. Zdaniem doktora Pawła Kuczyńskiego z Collegium Civitas może to być zapowiedź szerszej fali protestów w Polsce. Czy jednak mogą doprowadzić do zmiany politycznej?
Zobacz wideo

Sobotni protest - pod hasłem  "Blokujemy Orlen" - ma odbyć się w 130 miastach. Zdaniem organizatorów akcji, koncern śrubuje ceny benzyny, a – jak mówią – w rzeczywistości nie ma powodów, by litr kosztował więcej niż 6 zł.

Zdaniem dr. Pawła Kuczyńskiego z Collegium Civitas może to być zapowiedź szerszej fali protestów w Polsce w reakcji na duże wzrosty cen. - Na razie to jest faza przygotowawcza. Sądzę, że takich protestów będzie dużo. Obejmą grupę klasy średniej, która zawsze była uważana za tę, która jest synonimem stabilizacji i spokoju - wyjaśnił.

Gość TOK FM zwrócił uwagę na to, że w czasach rosnącej inflacji polska klasa średnia bardzo się uaktywniła. - Bo na przykład jeszcze rok czy dwa lata temu trudno było sobie wyobrazić taką cenę benzyny, jaka jest teraz. Więc protesty będą - mówił w Popołudniu Radia TOK FM.

Filip Kekusz zapytał swojego gościa, czy takie protesty mogą być początkiem tworzenia się polskiej odmiany ruchu "żółtych kamizelek", który pojawił się w 2018 roku we Francji w reakcji na m.in. na wysokie ceny benzyny. Zdaniem eksperta z Collegium Civitas, nawet jeśli do tego dojdzie, to tego typu ruch mógłby nie doprowadzić do zmiany politycznej.

- We Francji to był ruch, który odżywał w weekendy i to była ciekawa jego cecha. Pracownicy przez cały tydzień pracowali, a później protestowali. Były ofiary, były spalone samochody. Ale pytanie, jakie skutki to przyniosło. Prezydent Macron dosyć sprytnie się z tego wywikłał, bo organizował różne debaty (które miały zażegnać niepokoje społeczne – przyp. red.). Mimo że ruch "żółtych kamizelek" był nastawiony na to, by pozbyć się prezydenta, który tak nie pasował do tej gorzej zarabiającej klasy średniej, to Macron wygrał wybory - podkreślił.

"Archipelag akcji protestacyjnych"

W ocenie dr. Kuczyńskiego podobnie jest z ruchami społecznymi w Polsce, które nie doprowadzają do zmian politycznych. Czy to jednak oznacza, że okazują się nieskuteczne i nie warto się do nich przyłączać? - W Polsce najmocniej zaznaczył się Strajk Kobiet, tyle że teraz go nie widać. Zwróćmy jednak uwagę, że to jest trochę taka podziemna rzeka, która nadal gdzieś tam płynie i zmienia wiele. Bo ruch społeczny zmienia społeczeństwo. Powoduje, że ludzie zaczynają odkrywać nowe wartości, sposoby zachowań - tłumaczył.

Do takiej zmiany społecznej - w ocenie gościa TOK FM - może teraz doprowadzić wielkomiejska klasa średnia, która może się radykalizować w reakcji na galopujący wzrost cen. - Ci ludzie mają oczekiwania, że - przynajmniej jak dotąd - będą mogli żyć, spłacać kredyt, wyjeżdżać na wakacje. A nagle okazuje się, że na to nie starczy pieniędzy, bo nagle muszą płacić dwukrotnie większe raty kredytów. Taka sytuacja jest uważana za sprzyjającą nawet rewolucji. Choć ja nie użyłbym tego słowa, powiedziałbym, że sprzyja demonstracjom, które mogą się przerodzić w coś więcej - prognozował ostrożnie.

Zastrzegł jednak, że do protestów nie dołączy "duża grupa ludzi w podeszłym wieku, niekoniecznie dobrze wykształconych". - Oni się nie będą radykalizować, bo PiS o nich dba. A myślę, że wielkomiejska klasa średnia nie wystarczy, by powstał archipelag akcji protestacyjnych (które doprowadzą do zmian politycznych) - podsumował gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM