W strachu przed inflacją Polak zamienia się w "ninję promocji". "W summertimes sadness nie ma promyczka nadziei"

Jesteśmy zmęczeni wojną, nie zdążyliśmy odetchnąć po covidzie i tłamsi nas inflacja. Tym żyją Polacy - tak nastroje społeczne podsumował w TOK FM Marcin Duma. Szef IBRiS-u podkreślił, że z rozmów z Polkami i Polakami wyłania się pesymistyczny obraz nadchodzącej przyszłości. Boimy się, że zbliżające się lato to "swego rodzaju pożegnanie z wakacjami, jakie znaliśmy przez ostatnie lata".
Zobacz wideo

Bijąca rekordy inflacja (w maju to oficjalnie prawie 14 procent) to najważniejszy czynnik, który wpływa na nastroje w Polsce. Jak mówił w TOK FM Marcin Duma, - obecnie w polskim społeczeństwie dominuje nastrój, który można nazwać "summertime sadness" - letnią depresją.

- Nasi badani proszeni o to, by opowiedzieli, co dobrego i złego wydarzyło się w ich życiu, są w stanie mówić wyłącznie o złych rzeczach. Głównym czynnikiem, który nas obecnie przygniata, jest obawa o utrzymanie naszego poziomu życia, który w ciągu ostatnich lat udało nam się podnieść. Tymczasem za rogiem czai się inflacja. Celowo mówię, że czai się za rogiem, bo to jeszcze nie jest ten moment, w którym inflacja już nam ten styl życia odebrała. Aczkolwiek odebrała nam przyjemność korzystania z niego - wyjaśnił szef Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS.

Skutki inflacji nie są jeszcze - dla większości - społeczeństwa tak dotkliwe choćby dlatego, że ok. 60 proc. z nas cały czas ma oszczędności. I może z nich dokładać do rosnących rachunków, coraz wyższych wydatków. Ale i tak drożyzna wpływa na nasze konkretne zachowania.

- Zaobserwowaliśmy pierwsze elementy, które mogłoby wskazywać na to, że Polacy szukają pewnych oszczędności. Dotychczas kiedy pytaliśmy ich o to, jak wyglądają robione przez nich zakupy, to mówili, że idą do sklepu i koszyk zakupów podrożał z 50 do 75, 90 złotych. Kiwali nad tym głową, że to fatalnie, ale niewiele z tym robili. To, co się zmieniło, to opowieść o tych zakupach, jak trochę o byciu ninją promocji. Czyli Polacy zaczynają szukać atrakcyjnych możliwości zakupu tych dóbr, z których nie chcą zrezygnować - tłumaczył Marcin Duma.

Szef IBRiS-u zacytował też wypowiedź jednego z uczestników badań. - "Przy tych cenach zmuszeni jesteśmy, żeby łowić na promocjach i schodzić z kosztów jak się da. Babcia mieszkająca na wsi nie ma możliwości kupić drogiego węgla, będzie palić, czym się da". Więc już projektujemy, że (w obliczu inflacji) ekologia przegrywa z potrzebą ogrzewania, że klimat musi poczekać. A poza tym projektujemy już sobie, że (nadchodzące) wakacje to być może są ostatnie, na które będziemy sobie w stanie pozwolić, że to swego rodzaju pożegnanie z wakacjami, jakie znaliśmy przez ostatnie lata - stwierdził.

"Putinflacja" się nie przyjęła

Badania nastrojów oparte są na bezpośredniej rozmowie, a nie np. telefonicznej ankiecie. Dlatego dokładnie można obserwować emocje, jakie towarzyszą rozmowie o bolączkach. - Widzieliśmy lęk przed utratą pewnego statusu - stylu życia. A z rezygnacją z tego wiąże się frustracja, ale i złość - na tych, od których oczekujemy, że problem naprawią. O ile Polacy rozumieją, że jest wojna, rozumieją, że był COVID-19, to jednak odpowiedzialnością za inflację obarczają rząd - podkreślił Duma.

Jak dodał, narracja rządu, że inflacja to nie wina polskich władz tylko "putinflacja" nie trafiła do Polaków. Bowiem obywatelki i obywatele nie oczekują wskazania winnego, tylko rozwiązania problemu. - Oczekują, że nie będą musieli rezygnować z wakacji, a tego Putin im nie załatwi. W ich percepcji może im to załatwić tylko rząd - argumentował.

- A może jednak coś optymistycznego pojawia się w wypowiedziach badanych, może coś ich jednak cieszy? - dopytywała na koniec rozmowy Karolina Lewicka.

- Nie ma nic. W tym sumertimes sadness nie ma ani jednego promyczka nadziei. Jesteśmy zmęczeni wojną, nie zdążyliśmy odetchnąć po covidzie i tłamsi nas inflacja. Tym żyją Polacy - odpowiedział szef IBRiS-u.

DOSTĘP PREMIUM