Strajk MZK w Bydgoszczy. "Mówią nam, żeby dorabiać. Jak? Grzać pizzę na silnikach i sprzedawać?"

Pracownicy Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Bydgoszczy strajkują, domagając się wyższych płac. Zdaniem szefa związkowców prezydent miasta prowadzi z nimi "wojnę na wyczerpanie". - Tylko w Bydgoszczy pan prezydent mówi, że to nie jego spółka i go nic nie interesuje - mówił w TOK FM Andrzej Arndt.
Zobacz wideo

Od 24 czerwca trwa strajk kierowców Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Bydgoszczy. Komunalna spółka obsługiwała wszystkie linie tramwajowe i większość linii autobusowych. Teraz zastępują je autobusy prywatnej firmy w ramach komunikacji zastępczej. Tylko w poniedziałek na ulice wyjechało ich 80. Miasto nie chce spełnić postulatów protestujących, inwestuje więc w uruchomienie dodatkowych pojazdów.

- To rodzaj wojny na wyczerpanie. Tam idą teraz horrendalne środki, które mogłyby zostać przeznaczone na nasze stabilne funkcjonowanie. To ma być walka o godne warunki pracy? No chyba wracamy do czasów, w których białe pałki u boku (funkcjonariuszy) wisiały – mówił z rozgoryczeniem w TOK FM Andrzej Arndt, szef związku zawodowego Miejskich Zakładów Komunikacyjnych.

Główny postulat prostujących to podwyższenie wynagrodzeń o 1 tys. zł. Ratusz w Bydgoszczy twierdzi, że nie ma na to pieniędzy i pokazuje wyliczenia, że od stycznia do maja kierowcy MZK zarabiali średnio 5447 zł, a motorniczowie 5484 zł. Ale nie informuje, że w tym są także wynagrodzenia za nadgodziny.

- W dodatku to są zarobki brutto. A tak naprawdę średnia płaca netto motorniczego, który przyjmuje się do pracy, to 2,5 tys. zł. Najstarszy kierowca po 20-letnim stażu dostaje płacę zasadniczą w wysokości ok. 2,7 netto. Są jeszcze dodatki nocne, ale też wystarczy niewielkie zahaczenie na ulicach Bydgoszczy, gdzie jest dużo robót drogowych, i mamy 1000 zł mandatu od policji i karę za uszkodzenie pojazdu. Wtedy kierowca nie ma za co opłacić mieszkania, a co dopiero mówić o życiu – tłumaczył w rozmowie z Adamem Ozgą.

Jak dodał, konkurencyjne wobec MZK firmy przewozowe oferują kierowcom po 60 zł za godzinę, tymczasem protestujący są gotowi jeździć nawet za 30 zł. - Nie wierzę, że prywatny przewoźnik z własnej kieszeni wyciąga te pieniądze (nadwyżki), tylko prawdopodobnie ma dotację z miasta. Tymczasem nam pan prezydent mówi, że nie ma pieniędzy – oburzał się. - Ile mamy wytrzymać. Mówiono nam: "Doróbcie sobie". Jak mamy dorabiać? Grzać pizzę na ciepłych silnikach i sprzedawać? - dodał związkowiec.

"Psychika nam siada"

Arndt "ewenementem" nazwał to, że prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski powtarza, iż nie jest stroną sporu z pracownikami MZK. Gość TOK FM przypomniał, że spółka należy do miasta, które reprezentuje jego prezydent. - Jeżeli prezes spółki, nasz pracodawca podpisuje umowy, które już na początku w planach zawierają wielomilionowe straty, a potem mówi, że nie ma dla nas pieniędzy, to wtedy musimy toczyć rozmowy poza prezesem. I kierować się do prezydenta. Tak jest nie tylko w Bydgoszczy, także np. w Warszawie. Ale tylko w Bydgoszczy pan prezydent mówi, że to nie jego spółka i go nic nie interesuje – podkreślił.

Jak dodał, każde przedsiębiorstwo komunikacji miejskiej jest firmą strategiczną i w związku z tym samorząd musi sprawować nad nim kontrolę. - Ktokolwiek odda komunikację miejską w prywatne ręce, jest przegranym w przyszłości - ocenił związkowiec z bydgoskiego MZK.

Wyraził nadzieję, iż protest już długo nie potrwa. - Cierpimy wszyscy, głównie społeczeństwo. Ale my również, bo psychika nam siada. Chcemy jeździć, ale też chcemy mieć za naszą pracę zapłacone. A nie jeździć społecznie i dorabiać sobie po pracy gdzie indziej - podsumował gość TOK FM.

Czy wiesz, że możesz słuchać TOK FM przez internet bez reklam? W Radiu TOK + Muzyka zamiast reklam usłyszysz muzykę. Kup TOK FM Premium w promocyjnej cenie 1 zł za pierwszy miesiąc, później 13,99 zł za każdy kolejny.

Nie czekaj, wypróbuj Radio TOK FM bez reklam!

DOSTĘP PREMIUM