Polska kolej nie nadąża. "Przeciętna lokomotywa zbliża się do emerytury, a wagon jest w wieku średnim"

- Pasażerów w epidemię nie było, więc dopływ pieniędzy na kolej też był dużo mniejszy. Inwestycje w tabor, nowe wagony, lokomotywy, w oczywisty sposób były spowolnione. Zbieramy żniwo ostrych cięć i zaniedbań - mówił w TOK FM Bartosz Jakubowski z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.
Zobacz wideo

Polacy w te wakacje rzucili się na podróże. Latamy samolotami, wzrosło też zainteresowanie kolejami. Ta jednak, w opinii Bartosza Jakubowskiego z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, nie jest w stanie odpowiedzieć na rosnący popyt. - Koleje nie potrafią szybko zareagować, bo nie mają taboru - skomentował krótko w "Światopodglądzie" u Agnieszki Lichnerowicz. - Pasażerów w epidemię nie było, więc dopływ pieniędzy na kolej też był dużo mniejszy. Inwestycje w tabor, nowe wagony, lokomotywy, w oczywisty sposób były spowolnione. A musimy przy tym pamiętać i o tym, że przeciętna lokomotywa w Polsce zbliża się już do emerytury. Ma 50 lat. A wagon jest w wieku średnim i ma powyżej 40 lat - dodał. 

Na to, jak dodał, nałożyła się także "dziura inwestycyjna w latach 1995- 2010, kiedy skończył się rozpad po PRL, a nie przyszły pożądane pieniądze unijne". - Ostatnie lokomotywy polskiej produkcji zjechały z taśm w 1997 roku, a następne, także polskiej produkcji, kupiono dopiero dwa lata temu - przypomniał. I od razu ocenił: "Zbieramy żniwo ostrych cięć i zaniedbań".

Co pozwoliłby odbudować potencjał kolei? - Najważniejszym elementem jest KPO. Pieniądze, których nie ma, a na które od blisko dwóch lat PKP Intercity patrzy z nadzieją, że za nie kupi nowe i bardzo pojemne pociągi. Dziś to niezbędne, by można było podróżować w przyzwoity sposób - odpowiedział ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. - Jak będzie KPO, to będą duże inwestycje w tabor - podkreślił. 

"Najważniejsze bezpieczeństwo"

Gość Agnieszki Lichnerowicz musiał też zmierzyć się z pytaniem, dlaczego zdarzają się przypadki, kiedy to bilet lotniczy na danym kierunku jest tańszy niż podróż w to samo miejsce koleją. W ocenie eksperta Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego tym, co najbardziej wpływa na ceny biletów, i to w obu przypadkach, są koszty zapewnienia bezpieczeństwa podróży. - I tutaj nikt specjalnie nie oszczędza. Wręcz przeciwnie, dokręca się śrubę, by bezpieczeństwo było na jak najwyższym poziomie - podkreślił.

Różnica w cenie bierze się z innych czynników. - Lotnictwo ciągle korzysta z ulg w porównaniu do konkurencji, którą jest kolej. Choćby z szerokich dotacji z tego tytułu, że lotniska też są samorządowe. A dodatkowo samorząd dopłaca do tego, by na lotnisko samorządowe ktoś jeszcze raczył przylecieć. Często okazuje się, że to tylko jeden czy dwa loty (dziennie) - tłumaczył. - Kolejny powód: paliwa lotnicze, które nie są opodatkowane jak energia - dodał autor książki "Zderzenie czołowe. Historia katastrofy pod Szczekocinami". 

Zastrzegł też, że przewoźnicy lotniczy nie muszą ponosić kosztów dodatkowych, w tym kosztów dostępu do infrastruktury. Na kolei przewoźnik płaci za dostęp i korzystanie z infrastruktury kolejowej zarządzanej przez PKP PLK. Dwa: nie mają tak silnych związków zawodowych, jak te na kolei. - Przy czym to nie tyle kwestia zarobków, ile formy zatrudnienia. Bardzo możliwe, że kapitan samolotu, którym polecimy - nawet w państwowych linach - i stewardesa, która będzie nam przynosić posiłek, będą zatrudnieni na umowach śmieciowych. A nie na etacie, jak np. maszynista - podsumował. 

DOSTĘP PREMIUM