Ekspertka ocenia, że ws. Odry "służby są współwinne". Decyzja premiera to "polityczna ofiara, mydlenie oczu"

- Powinniśmy się domagać działania służb i rozliczać ich z bezczynności. Gdzie oni byli przez te tygodnie, dlaczego nic nie zrobili? - pytała w TOK FM prawniczka Karolina Kuszlewicz. Jak oceniła, w przypadku skażenia Odry mogło dojść do złamania przepisów karnych przez urzędników, którzy powinni szybko reagować na informacje dotyczące śniętych ryb.

Pierwsze informacje dotyczące śniętych ryb w Odrze pojawiły się pod koniec lipca. Dotyczyły okolic Oławy w województwie opolskim. Do tej pory na całej długości Odry wyłowiono kilkadziesiąt ton śniętych ryb, zdecydowano o wprowadzeniu zakazu wchodzenia do rzeki (na terenie całego województwa dolnośląskiego oraz w części powiatów w Lubuskiem i Zachodniopomorskiem). Wędkarze, aktywiści i samorządowcy zarzucają władzy centralnej i podległym im służbom, że zignorowano ostrzeżenia.

12 sierpnia premier zdymisjonował szefa Wód Polskich Przemysława Dacę i Głównego Inspektora Ochrony Środowiska Michała Mistrzaka. Jak ocenił, "doszło do zaniechań".

Zdaniem mec. Karoliny Kuszlewicz dobrze, że doszło do dymisji, - Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie było (w tej sprawie) odpowiedzialności politycznej tych dwóch osób. Prezes Daca powinien być już dawno odwołany. Ale mam świadomość, że to złożenie politycznej ofiary - mówiła w TOK FM, przypominając, że działania Wód Polskich, które doprowadziły do wielkich strat przyrodniczych.  Chodzi o sytuację z 2018 roku, gdy przez decyzję o zrzucie wody z zapory we Włocławku, zniszczono ptasie lęgi.

- Premier zapewne chciałby na tym skończyć, a to nawet nie jest otwarcie. Dlatego, że odpowiedzialność główna, to odpowiedzialność karna - oceniła, w rozmowie z Ewą Podolską, adwokatka, rzeczniczka ds. ochrony zwierząt w Polskim Towarzystwie Etycznym.

Mec. Kuszlewicz wskazała, że chodzi o złamanie przepisów m.in. dotyczących ochrony środowiska, zwierząt. - Nie możemy zapomnieć o bezczynności, służby są współwinne - poza odpowiedzialnością wynikającą z ustawy o ochronie zwierząt, Kodeksu karnego i kwestii zniszczeń środowiska, moim zdaniem jest duże prawdopodobieństwo, że będziemy mieli odpowiedzialność karną z niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. Gdzie oni byli przez te tygodnie, dlaczego nic nie zrobili? - pytała.

Mec Kuszlewicz zaapelowała, by cały czas - z zachowanie wszelkich zasad bezpieczeństwa - zbierać dowody w sprawie katastrofy ekologicznej, której jesteśmy świadkami. - Żeby nikt nie powiedział, że jest za mało próbek z terenu i nie da się oszacować, ile zwierząt zginęło. Mam nadzieję, że zostanie uruchomiona skrzynka pocztowa, na która będzie można wysyłać materiały, które potem zbierzemy i spróbujemy oszacować - mówiła. I podkreśliła, że do tej pory nie ma żadnych informacji, czy choć jedna ryba z Odry została "prawidłowo przebadana".

Gościni TOK FM zwróciła też uwagę na to, że - jak pokazuje doświadczenie - do rozpoczęcia jakiegokolwiek procesu w sprawie skażenia Odry może minąć bardzo dużo czas. - Niebezpieczeństwem jest to, że teraz ludzie się bulwersują, protestują, a nim dojdzie do procesu miną rok-dwa i społeczeństwo trochę o tym zapomni. Mamy więc obowiązek pamiętać i nie dać sobie zamydlić oczu, że te dwie dymisje cokolwiek zmieniają. To trochę mydlenie oczu - podsumowała prawniczka - rzeczniczka ds. ochrony zwierząt w Polskim Towarzystwie Etycznym.

W sobotę 13 sierpnia wiceminister Maciej Wąsik poinformował, że za wskazanie winnego skażenia Odry wyznaczono nagrodę w wysokości 1 mln złotych.

DOSTĘP PREMIUM