"Muszę się ewakuować albo zostać ze świadomością, że nie wiem, czy jestem tu bezpieczna". O strachu mieszkańców nadodrzańskich miejscowości

Magdalena Bobryk wraz z partnerem mieszkają na brzegu Odry. Po kontakcie z wodą z rzeki, do jakiego doszło pod koniec lipca, zaobserwowali u siebie niepokojące objawy. - Mój partner miał bardzo wysoki stan gorączkowy i krwiomocz utrzymywał mu się przez cztery dni. Już 28 albo 29 lipca był na konsultacji z lekarzem - mówiła w TOK FM mieszkanka Krosna Odrzańskiego, członkini Stowarzyszenia 515 kilometr Odry.
Zobacz wideo

Nadal nie ustalono, co jest przyczyną największej od lat katastrofy ekologicznej w Polsce. We wtorek ministerka klimatu i środowiska Anna Moskwa poinformowała, że w żadnej z dotychczas zbadanych próbek wody z Odry nie wykryto substancji toksycznych. Z kolei w czwartek poinformowała o tzw. złotych algach w Odrze, które mogły być powodem masowego śnięcia ryb. Wcześniej pojawiały się hipotezy m.in. o możliwym skażeniu rzeki rtęcią.

Jak mówiła w Światopodglądzie w TOK FM Magdalena Bobryk, mieszkanka Krosna Odrzańskiego i członkini Stowarzyszenia 515 kilometr Odry, ludzie mieszkający blisko rzeki nie czują się bezpiecznie. Sama przyznała, że jest zaniepokojona objawami, które miała po ostatnim kontakcie z rzeką. Pod koniec lipca z partnerem wypłynęła na Odrę kajakiem. - Można powiedzieć, że oboje mieliśmy bliski kontakt z wodą, przy czym mój partner zanurzał w niej ręce, wchodził do rzeki bosymi stopami - opowiadała w rozmowie z "Wysokimi Obcasami". Wskazała, że trzy dni później mieli dziwne objawy - dostali krwiomoczu.

- Mój partner miał bardzo wysoki stan gorączkowy i krwiomocz utrzymywał mu się przez cztery dni. Już 28 albo 29 lipca był na konsultacji z lekarzem, dostał wtedy antybiotyk i podjął leczenie - opisywała w TOK FM. Zaniepokojeni objawami, a także późniejszymi informacjami o skażeniu rzeki, postanowili zrobić badania. - Mam nadzieję, że wszystkie wyniki będą w porządku, jestem w trakcie oczekiwań ich ogłoszenia - powiedziała.

"Życie nad Odrą umarło"

Jak mówiła w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz, "ludzie obecnie tej rzeki się boją". - Ja jestem w sinusoidzie swoich odczuć, emocji. Są takie momenty, że idę do niej jak do siostry i jest mi żal, smutno i zastanawiam się, jak mogę jej pomóc. Ale z drugiej strony gdy widzę kożuchy dziwnych rzeczy, które się na Odrze zbierają, przypominam sobie, że widziałam konające ryby, to zwyczajnie przychodzi do mnie strach - opisywała.

- Za każdym razem, kiedy idę do ogródka zerwać pomidory czy ogórki, to zastanawiam się, co jeśli jednak jest to substancja niebezpieczna dla ludzi. Jeżeli unosi się w powietrzu, są albo były to jakieś opary, które być może osiadły na tych warzywach? - pytała Bobryk, która mieszka 20 metrów od brzegu Odry, a jej ogródek jest zaś położony 35 metrów od rzeki.

Kobieta alarmowała, że poza lakonicznymi alertami mieszkańcy nie dostają od rządu praktycznie żadnych informacji; ludzie nie wiedzą, czy jeśli mieszkają 20 metrów od Odry, mogą się czuć bezpiecznie. 

- Jak włączam telewizor, to widzę tylko kolejną konferencję, w trakcie której pojawia się narracja uspokajająca, że rzeka wraca do życia. A ja uważam, że życie nie tyczy się tylko samej rzeki, ale też całego jej otoczenia. Ono po prostu umarło - podkreśliła. - Umarliśmy my jako organizacje, jako działacze, jako przedsiębiorcy, którzy tutaj są. Są jakieś obietnice, że coś się będzie działo (w kwestii pomocy dla osób, które odczuły skutki katastrofy ekologicznej). My nie mamy na to czasu. Bo ja albo muszę się ewakuować z tego miejsca, albo zostać tutaj ze świadomością, że nie jestem do końca pewna, czy jestem tutaj bezpieczna - podsumowała Bobryk.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM