"Mam obawy, że alerty będą używane, by przekazać, co opozycja zrobiła nie tak". Ekspert o nowym pomyśle rządu

Rząd planuje zobowiązać sprzedawców smartfonów do instalowania na każdym urządzeniu aplikacji RSO i Alarm 112. - Ktoś chce wprowadzić obowiązek, ale nie spostrzega tego, że jego realizacja ciągnie za sobą koszty, problemy organizacyjne i właściwie nie wiadomo, czemu to ma w ogóle służyć - komentował na antenie TOK FM Marcin Maj.

"Dziennik Gazeta Prawna" poinformował w czwartek, że projekt ustawy o ochronie ludności oraz stanie klęski żywiołowej zakłada nałożenie na sprzedawców komórek obowiązku instalowania mobilnych aplikacji: Regionalnego Systemu Ostrzegania (RSO) i Alarm112. Projekt tych zmian trafił właśnie do konsultacji.

Marcin Maj z serwisu niebezpiecznik.pl w rozmowie z Mikołajem Lizutem podzielił się swoimi wątpliwościami wobec rządowego pomysłu. - Te aplikacje mają robić coś, co państwo i tak innymi drogami robi. Pytanie, dlaczego miałyby być obowiązkowe? - zastanawiał się gość TOK FM.

Maj zauważył, że w ocenie skutków regulacji nie wskazano, żeby ustawa miała dotknąć podmiotów, jakimi są autoryzowani sprzedawcy telefonów. Tymczasem to oni będą musieli instalować wspomniane aplikacje. - Pytanie, czy one mają być dostarczone od producenta? Czy autoryzowany sprzedawca ma ingerować w sprzęt i sam je wgrywać? Kim w ogóle jest autoryzowany sprzedawca? Co oznacza zapis "o ile to możliwe"? Jak ta możliwość ma być oceniana? - pytał rozmówca Mikołaja Lizuta.

Kto za to zapłaci?

Ekspert zauważył, że na przestrzeni ostatnich 25 lat Polska zrobiła duży postęp w dziedzinie cyfryzacji, ale katalizatorem tych zmian była jakaś konkretna potrzeba, bądź pożądany skutek. Jako przykład podał aplikacje ePUAP i mObywatel. Początkowo bardzo niszowe, zaczęły być masowo ściągane, kiedy wprowadzono w nich użyteczne funkcjonalności takie, jak możliwość rozliczenia PIT, czy sprawdzenia przez kierowców ilości posiadanych punktów karnych. Swoje zrobiła też pandemia COVID-19.

Redaktor serwisu niebezpiecznik.pl zwrócił także uwagę na aspekt finansowy rządowego projektu. - Ktoś chce wprowadzić obowiązek, ale nie dostrzega tego, że jego realizacja ciągnie za sobą koszty i problemy organizacyjne i właściwie nie wiadomo, czemu to ma w ogóle służyć - mówił.

- Obserwując proces polskiej cyfryzacji, mam wrażenie, że politycy niezmiennie postrzegają nowe technologie jako czary. Ktoś chce, wypowiada zaklęcie i to się dzieje. W dodatku dzieje się samo, bezkosztowo i bezproblemowo - ironizował Maj. - Chciałbym, żeby ktoś z partii rządzącej zrozumiał, że to się nigdy nie dzieje samo - dodał.

Do czego rząd będzie wykorzystywał obowiązkowe aplikacje w przyszłości?

Rozmówca Mikołaja Lizuta podzielił się także obawami dotyczącymi tego, iż alarmowe aplikacje mogą być wykorzystywane w przyszłości do innych celów, niż początkowo zakładano. Jako przykłady takich sytuacji podał stronę Ministerstwa Sprawiedliwości, która zamiast informować obywateli o tym, jak działa resort, publikuje manifesty polityczne i dyskusje z opozycją. Innym przykładem jest system syren alarmowych, który zamiast informować o zagrożeniu, wykorzystywany jest podczas uroczystości państwowych

- Mam obawy, niestety uzasadnione tym, co się działo w przeszłości, że alerty państwowe będą z czasem używane też do tego, by informować obywateli, co opozycja zrobiła nie tak - mówił Marcin Maj.

Na koniec gość audycji "A teraz na poważnie" poruszył kwestię naruszania prywatności obywateli. - Telefony komórkowe są bardzo prywatnymi urządzeniami i na rynku jest konsensus co do tego, że wiele rzeczy, które robi smartfon, powinno się odbywać za zgodą jego właściciela. W tym momencie zaczynamy tę zasadę naruszać - podkreślił.

- Od pewnego czasu mam wrażenie, że rząd bardzo chce zainstalować jakąś aplikację na moim telefonie, ale powinien przyjąć do wiadomości, że to nie jest przestrzeń, w której powinniśmy umieszczać coś obowiązkowo. A jeśli chcemy, żeby obywatele z jakiś aplikacji korzystali, dajmy im jakość,  a nie obowiązek - podsumował redaktor serwisu niebezpiecznik.pl

Wąsik odpiera zarzuty

Odnosząc się do tych informacji, wiceszef MSWiA Maciej Wąsik zapewnił w rozmowie z PAP, że wgranie tych aplikacji jest istotnym elementem ochrony ludności. - Aplikacja Alarm112 to aplikacja połączona z systemem 112 dającą choćby lokalizację osoby dzwoniącej. To ma ogromne znaczenie np. w ratownictwie górskim, ale nie tylko. Z kolei aplikacja RSO to system powiadamiania i otrzymywania komunikatów powstały zresztą za czasów rządów Platformy Obywatelskiej. Ministrem, który wdrażał ten projekt był pan minister Andrzej Halicki - powiedział Wąsik.

Wiceszef MSWiA zauważył, że już teraz każdy, kto kupuje telefon, otrzymuje szereg aplikacji wgranych, np. przez operatora. - Mam kilkanaście aplikacji różnego typu, które wgrywa mi operator. Te aplikacje mogę natychmiast po kupnie albo uruchomić, alb odinstalować. Tak samo będzie z tymi aplikacjami - powiedział.

Dodał, że koszt propagowania instalacji aplikacji RSO i Alarm112 "byłby ogromny". - Dlatego uważamy, że są na tyle wyjątkowe i dobre, że powinny być w każdym telefonie. Nie niesie to żadnych zagrożeń dla użytkowników - podkreślił wiceminister. - Oczywiście możemy bazować na ostrzeganiu ludności poprzez tylko i wyłącznie alerty RCB i syreny alarmowe. Ostatnio były jednak pytania o to, w jaki sposób poinformujemy ludzi o tym gdzie są schrony. Otóż właśnie przez różnego rodzaju metody komunikacji bezpośredniej. Taka aplikacja byłaby do tego dobrym narzędziem - powiedział Wąsik.

- Jestem otwarty na dyskusję zarówno z operatorami, jak i z opozycją, ale osobiście nie widzę żadnych zagrożeń, które by te aplikacje niosły za sobą - stwierdził wiceszef MSWiA. Dodał, że w jego ocenie za instalację aplikacji odpowiedzialny byłby operator sieci.

DOSTĘP PREMIUM