Siadanie na dzieciach, dociskanie kolanem i "tresura". Tortury czy terapia? "Dzieci mają tam high life"

Na drugim planie widać dorosłego mężczyznę, który z całych sił przygniata kolanem ucznia. Mężczyzna aż sapie z wysiłku, a uczeń krzyczy: "Puść, to boli!". Na pierwszym planie - na stole - leżą świąteczne kartki z reniferami i życzenia, przeznaczone także dla rodziców tego dziecka: "Życzymy Państwu: świąt pełnych czarów, radości i piękna, spędzonych w ciepłej rodzinnej atmosferze".
Zobacz wideo

Scena ta rozegrała się w Niepublicznej Szkole Terapii Behawioralnej dla Dzieci z Autyzmem we Wrocławiu (NSTB). Nagranie dostałem od osoby, która jest zaniepokojona tym, co tam dzieje się z dziećmi. Filmik wydaje się szokujący, dlatego redakcja załączyła do niego ostrzeżenie, że zawiera drastyczne sceny. Czy podobne rozgrywają się tam na co dzień?

- W tej szkole nie ma przemocy. Dzieci mają tam high life. Wiem, że np. zakłada się im kask i rękawice. Ale to w sytuacji, gdy wpadają w agresję lub autoagresję. Tak było z moim dzieckiem, kiedy wyrywało sobie włosy z głowy i drapało się do krwi. Z początku byłam zaskoczona tą metodą, bo myślałam, że wystarczy zająć czymś dziecku ręce. Nauczyciele jednak przekonali mnie do kasku i rękawic, a metoda okazała się skuteczna: dziecko się wyciszyło. Czy uczniowie byli kładzeni twarzą do podłogi i przyciskani kolanem? A skąd, nie słyszałam! - mówi pierwsza matka.

- Nie wiem nic o przemocy w tej szkole. Są takie procedury, jak wyprowadzanie dziecka z trudnego zachowania poprzez mówienie mu "wstawaj", "kucaj", "wstawaj"… Albo przez przytrzymywanie mu rąk z tyłu. Ale to wszystko po to, by nie zrobiło krzywdy sobie ani nikomu. Z przyciskaniem twarzy dziecka do podłogi się nie spotkałam - zapewnia druga matka.

- Nic nie słyszałam o przemocy w tej szkole. Jestem z niej zadowolona. Absolutnie nie zdarza się, żeby terapeuta kładł tam dziecko twarzą do podłogi - stwierdza trzecia matka.

- Na temat przemocy w tej szkole nie mam informacji. Ale też dziecko nie byłoby mi w stanie o niej opowiedzieć, bo komunikacja z nim jest utrudniona, a sama w tej szkole nie byłam non stop. Miałam zastrzeżenia do kadry, że niewiele mi mówiła, co tam się dzieje. Mogę tylko powiedzieć, że po tym, jak moje dziecko zaczęło tam chodzić, znacząco wzrósł w nim poziom agresji. Ale też nie jestem pewna, czy to wina szkoły – zastrzega czwarta matka.

"Pomóż mi, tato"

Innego zdania są Martyna i Karolina, byłe nauczycielki NSTB we Wrocławiu. Pracowały tam z dziećmi w wieku 5-17 lat. Do tej szkoły trafiły zaraz po studiach - jako młode idealistki, które chciały wspierać dzieciaki z niepełnosprawnościami intelektualnymi. Jednak w NSTB - jak mówią - zderzyły się ze ścianą przemocy. Po pracy wracały zaryczane i wyczerpane psychicznie. Rano przed wyjściem z domu miały skurcze żołądków. To miało doprowadzić je do zwolnienia się z pracy. Jednak do dziś pamiętają takie sceny:

- Wykręcano dzieciom ręce do tyłu i przywiązywano je do krzeseł. Robiono to gumą do ćwiczeń. Zdarzało się, że uczeń potem chodził z tym krzesłem po szkole. Notorycznie też wciskano je twarzami do ścian i krępowano dłonie z tyłu. W tych sytuacjach były przerażone i zrozpaczone. Krzyczały, płakały. Uderzały się i raniły - mówi Karolina.

- Dzieci były siłą sadzane na krześle, a wtedy zakładano im ręce do tyłu i w ten sposób je mocno przytrzymywano. To sprawiało im ból. Słyszały komendy: "Cicha buzia!" i "Siedź spokojnie!". Na siłę zamykano je też w łazience, a tam było lustro, więc uczeń mógł czymś rzucić, rozbić je i się skaleczyć - dopowiada Martyna.

Była nauczycielka tej szkoły pamięta również, jak terapeuci zakrywali dzieciom oczy czarnymi okularami. Ale tylko wtedy, gdy bały się ciemności. - Wcześniej analizowali ich zachowania i odkrywali, co jest ich słabością, by później ją wykorzystać. Dzieci miały się nauczyć, że jak powtórzą jakieś nieakceptowalne dla dorosłych zachowanie, to będzie im groziła ciemność, której się boją. To są techniki awersyjne jak psikanie wodą w twarz. Dziecko odczuwa to jako cierpienie i ma z nim skojarzyć dane swoje zachowanie - ocenia Martyna.

- Było też tak, że jak dziecko nie lubiło szynki, to oni mu ją wmuszali. Wypluwało więc tę szynkę i słyszało, żeby zebrało ją z podłogi. A potem musiało ją ponownie zjeść, już taką przeżutą. Jeśli zaś wypluło ją do kosza, to musiało ją stamtąd wyciągnąć i połknąć - Karolina ociera łzy i prosi o przerwę.

Gdy się uspokaja, przypomina sobie jeszcze sytuację, w której terapeuci zakładali uczniowi rękawice bokserskie i kask. - Bo chłopak miał - w ich mniemaniu - trudne zachowania, czyli np. uderzał głową w różne przedmioty lub ścianę. Mówili, że chodzi o jego bezpieczeństwo. Ale równie dobrze mogli przecież osłonić jego głowę dłonią albo poduszką i to by załatwiło sprawę. A on siedział z rękami wykręconymi do tyłu. Od kasku bolała go głowa. Siedział zapłakany, a nad nim stało chyba pięciu terapeutów. Był już spokojny, więc można było mu zdjąć ten kask. Płacząc, błagał tylko: "Pomóż mi, tato" - wspomina.

- Dla mnie jednak najbardziej uderzające było to siadanie na dzieciach, które leżały twarzą do podłogi. Ręce wykręcano im do tyłu, a kolanem dociskano ich plecy. Czasem na dziecku siadały nawet dwie dorosłe osoby. To były najbardziej kryzysowe momenty, w których pojawiało się dużo krzyku i płaczu dzieci. Wołały: "Chcę się napić!", "Pomóżcie mi, proszę!", "Zejdźcie ze mnie, to boli!". Dociskano je tak do momentu, w którym się uspokajały, czyli opadały z sił i przestawały się ruszać. Wtedy je zostawiano. Upokorzone i złamane - dodaje Martyna.

W przesłanym do redakcji mailu kierownictwo szkoły - z dyrektor Anną Bielewicz na czele - zaprzeczyło, że opisane sytuacje miały miejsce. Stwierdziło, że zostały "celowo wykreowane" przez moje rozmówczynie. I dodało, że praca nauczycieli w tej placówce jest poddana bieżącemu nadzorowi kierownika dydaktycznego ("analityka zachowania z międzynarodowym certyfikatem BCBA"). Ma on dbać "w szczególności o etyczny aspekt pracy terapeutycznej". Pod tym listem podpisał się także ten kierownik, Bartłomiej Opaliński. To on jest mężczyzną widocznym na powyższym nagraniu.

"Gra pozorów"

Jeśli powyższe sceny rozegrały się w NSTB, to dlaczego rodzice uczących się tam dzieci nic o tym nie wiedzą? Dyrekcja szkoły przekonuje w mailu, że każdy rodzic podpisuje zgodę na "oddziaływania edukacyjno-terapeutyczne", a także bierze czynny udział w tworzeniu planu terapeutycznego dla dziecka. W dodatku mogą uczestniczyć w zajęciach otwartych, spotkaniach, konsultacjach itd. Rodzice, z którymi rozmawiałem, to potwierdzają.

- Tak, podsuwając te zgody do podpisu, szkoła się zabezpiecza. Tylko że opisane tam procedury nie zawsze są dla rodziców jasne. To takie masło maślane. W dodatku terapeuci czarują rodziców, a oni chcą tylko, żeby ich dzieci "wyzdrowiały". Gdy przychodzą na obserwację do szkoły, inaczej to wszystko tam wygląda. Jest więcej uśmiechu i empatii, po prostu gra pozorów - twierdzi Karolina, była nauczycielka NSTB.

Druga była pracowniczka tej szkoły dodaje, że nauczyciele stosując przemoc, korzystają z faktu, iż dzieci z autyzmem nie zawsze umieją opowiedzieć w domu o tym, czego doświadczyły. - Rodzice więc nie wiedzą o wszystkim, co się dzieje z ich dziećmi w tej placówce. Przecież nie są informowani przez szkołę, że na ich dziecku siada stukilogramowy mężczyzna albo trzy kobiety. Myślę, że żaden rodzic nie wyraziłby na to zgody - ocenia Martyna.

"Na nagraniu widać zbyt mało"

Postanawiam to sprawdzić i dzwonię do matki dziecka, które na powyższym nagraniu jest przyciskane twarzą do ziemi. Pytam, czy wyraziła zgodę na takie metody. Matka wpada w chwilę ciszy, po czym odpowiada: "Naprawdę nic mi o tym nie mówili. Na takie rzeczy nie wyrażałam zgody".

Gdy jednak po kilku dniach kontaktuję się z nią znowu, zaczyna swoje stanowisko rozmiękczać. - Trudno mi się ustosunkować do tego nagrania. Nie wykluczam, że te metody mogły być zbyt drastyczne lub nieadekwatne. Ale po obejrzeniu tego fragmentu nie mogę stwierdzić nieprawidłowości. Widać zbyt mało – komentuje i zaraz dodaje, że "dziecku nie wolno zadawać bólu, to jasne".

A może rzeczywiście na nagraniu nie widać niczego szokującego? By to rozstrzygnąć, wysyłam do NSTB filmik z prośbą o wyjaśnienie pokazanej w nim sytuacji. Wcześniej kierownictwo szkoły zaprzeczyło, że stosuje się tam takie metody, a teraz przekonuje, że "mają znikomą częstotliwość i wobec dominującej większości uczniów nigdy nie były stosowane". Wyjaśnia również, że była to "interwencja" terapeuty, który został wezwany przez dwie nauczycielki, gdy nie radziły sobie z zachowaniem ucznia. Miało ono narażać jego samego, a także terapeutki na "ryzyko utraty zdrowia". W oświadczeniu czytam również: "Uczeń z uwagi na wiek (niespełna pełnoletniość) oraz wzrost (ok 190 cm) po podjęciu szeregu neutralnych prób uspokojenia go, wobec eskalacji zachowań zagrażających zdrowiu i życiu został przejściowo unieruchomiony na znajdującym się na sali materacu w celu zabezpieczenia jego otoczenia i jego samego do czasu podjęcia kolejnych kroków przez rodzica dziecka".

W ocenie NSTB widoczna na nagraniu "interwencja" nie jest formą przemocy ani zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego, bo – jak podkreśla dyrekcja – szkoła "nie posiada uprawnień ustawowych do ich stosowania".

Nagranie przesyłam jeszcze do Kuratorium Oświaty we Wrocławiu. W jego imieniu odpowiada Krystyna Kaczorowska: "Stosowanie tej formy przymusu bezpośredniego nie jest dopuszczalne w szkole. Informuję, że Kuratorium Oświaty we Wrocławiu podejmie czynności kontrolne w ramach nadzoru pedagogicznego w Niepublicznej Szkoły Terapii Behawioralnej we Wrocławiu".

"Robisz to źle!"

Dr Joanna Ławicka - pedagożka specjalna, wykładowczyni i szefowa fundacji Prodeste – mówi, że technik przymusu bezpośredniego uczy się już na studiach i na różnych kursach podyplomowych. Opisuje rysunki schematyczne, które analizują przyszli pedagodzy i terapeuci. Jedne instruują, jak dociskać kolanem dzieci i jak wykręcać im ręce. Na innych są pokazane dwie dorosłe osoby, z których jedna krępuje dziecku dłonie w tyle, druga trzyma za kark i pochyla je do przodu - wspólnie prowadzą je do miejsca izolacji.

Ekspertka nie kwestionuje tego, że sięganie po techniki przymusu bezpośredniego czasem jest koniecznością - gdy dziecko wpada w agresję i jest zagrożeniem dla siebie lub otoczenia. Ale - jej zdaniem - te techniki są nadużywane i często stosowane wobec podopiecznych latami. - Wtedy ich stan psychiczny jest tak zły, że rozwijają w sobie tzw. zachowania trudne i trzeba stosować te techniki dla ich bezpieczeństwa. Błędne koło. A te zachowania nie biorą się z ich stanu rozwojowego czy intelektualnego, tylko z doświadczenia przemocy - tłumaczy.

Jak dodaje, zdarza się, że człowiek ma problemy neurologiczne, przez które jego reakcje są nieprzewidywalne. Jednak - jak podkreśla - to zaledwie kilka procent przypadków. A cała reszta to osoby, u których agresja czy autoagresja jest wyzwalana środowiskowo, czyli przez złe traktowanie. Agresja dziecka jest więc zazwyczaj rozpaczliwym wołaniem do dorosłego, który się nim opiekuje: "Robisz to źle!".

"Uszkodzona wersja człowieka"

Co jeszcze wyzwala gniew, który terapeuci muszą brutalnie "wygaszać" metodami przymusu bezpośredniego? - W NSTB agresja dzieci wynikała przede wszystkim z tego, że nie były szanowane ich potrzeby. Jeśli mamy chęć na coś słodkiego, to wyciągamy to z szafki. A tam ulubione rzeczy były dzieciom odbierane i dawane tylko w momentach, gdy były posłuszne i podporządkowane - tłumaczy pedagożka Martyna.

Tu dochodzimy do tzw. terapii behawioralnej, która jest stosowana w wielu placówkach w całej Polsce. Dzieci z autyzmem, które są jej poddawane, mają m.in. zmniejszyć liczbę zachowań "nieakceptowalnych społecznie". Zdaniem Martyny w NSTB były nimi: machanie rączkami, powtarzanie dźwięków, gryzienie palców, niespokojne chodzenie czy zdrapywanie strupów na kolanie. - By je ograniczyć, stosowało się system kar i nagród, który jest dla mnie przemocowy – ocenia pedagożka.

Dr Joanna Ławicka nazywa tę metodę "tresurą", podczas której dziecko dostaje "smakołyki", jak pies. - W jej pierwszej fazie dziecko ma zacząć reagować na proste polecenia, np. "Wstań, usiądź, kucnij, podskocz". Za każde prawidłowo wykonane polecenie otrzymuje tzw. nagrodę biologiczną, a to nic innego jak smakołyk, czyli np. ulubiona czekoladka. W ostatniej fazie są tzw. nagrody społeczne, a więc pochwały, entuzjastyczne okrzyki, oklaski. Nie różni się to niczym od warunkowania sprawczego, jakie stosuje się wobec zwierząt, czyli od tresury. Za jej pomocą trenuje się kolejne umiejętności dzieci, które są skatalogowane w odpowiednich skryptach. Tam też są określone kolejne typy nagród - tłumaczy dr Joanna Ławicka.

Co się dzieje z dzieckiem po takiej tresurze? Dyrektorka szkoły we Wrocławiu, do której trafiają straumatyzowane dzieci po terapii behawioralnej, odpowiada: "Po tym procesie są w mocno ograniczonym kontakcie. Powtarzają tylko wyuczone kwestie. Jeśli padnie pytanie: 'Jaką mamy porę roku?', Jaś odpowiada: 'Jest czwartek i lato'. Bo to ostatnia rzecz, jakiej nauczył się w szkole behawioralnej. Powtarza tę formułkę jak robot, mimo że jest np. zimowy poniedziałek. Musimy popracować z nim kilka miesięcy, żeby dziecko nauczyło się samodzielnie myśleć i określać np. czas".

"Nagrody biologiczne" to jedno, ale co jeśli dziecko odmawia uczestniczenia w tej "tresurze"? Nazywa się go "oporowym" i popadającym w "zachowania trudne", bo np. krzyczy, płacze i szarpie się z terapeutą. Wtedy ten stosuje wobec niego "strategie wygaszające", czyli np. metody przymusu bezpośredniego (patrz: nagranie powyżej).

- Wszystko to ma na celu wymuszenie na dziecku zachowań jak najbardziej podobnych do tych, które mają pełnosprawni. Bo nie ma takiego myślenia, które można spotkać w innych krajach: że osoba niepełnosprawna intelektualnie to nie jest gorsza ani uszkodzona wersja człowieka. U nas ten cel uświęca wszystkie środki – tłumaczy dr Ławicka.

Następne jej zdania układają się w litanię, którą - jak podkreśla - zna wielu pedagogów specjalnych. Tylko mało kto chce ją wypowiedzieć na głos:

  • "W Polsce jest absolutnie akceptowalne zamykanie dzieci w izolatkach. Spędzają tam bardzo dużo czasu, krzycząc, płacząc i się okaleczając";
  • "W Polsce jest absolutnie akceptowalne zapinanie dziecka w pasy i przywiązywanie go - bardziej lub mniej okrutne - sznurkiem czy rajstopą do łóżeczka";
  • "W Polsce jest absolutnie akceptowalne przykładanie dziecku do twarzy mokrej szmaty albo kostek lodu, co odczuwa jako cierpienie"...

Po pierwsze: Ukryj przemoc w języku

Martyna i Karolina, byłe nauczycielki NSTB we Wrocławiu, uciekły stamtąd na tyle wcześnie, by w lustrach nie musieć widzieć swoich kamiennych twarzy. A tak Martyna zapamiętała twarze niektórych swoich współpracownic - zastygłe w obojętności. - Myślę, że w ogóle nie miały świadomości, że stosują przemoc - podkreśla Martyna.

Jak to w ogóle możliwe? Zdaniem moich rozmówczyń wystarczy stosować się do dwóch przykazań. Pierwsze: Ukryj przemoc w języku. Jak w przypadku Guantanamo – zamiast o torturach - lepiej było mówić o "wzmocnionych technikach przesłuchań", tak tutaj fachowcy terapii behawioralnej gorączkowo unikają nazywania przemocy. A więc nie "izolatki", tylko "miejsca wyciszeń", i nie "tresura", lecz "wzmacnianie biologiczne".

Terapeutom trudno też przyznać, że podczas takiej "nauki" stosowane są tortury, więc używają eufemizmu "uścisk kontaktowy". - W Polsce została rozwinięta metoda, która ma wymuszać mówienie u dzieci, które tego nie robią lub robią w małym stopniu. Ściska się dłoń, kark bądź obojczyk dziecka do momentu, w którym z bólu zaczyna wydawać dźwięki. Wtedy dorosły układa dziecku usta w ten sposób, aby dźwięk wydawany na bólu przypominał konkretną głoskę. Wielu terapeutów uznaje tę metodę za czyniącą cuda, dlatego jest bardzo szeroko stosowana w pracy z dziećmi z autyzmem. Widziałam tych uczniów z posiniaczonymi obojczykami i słyszałam, że to nic takiego, bo oni i tak nie czują bólu. To nieprawda, cierpią tak samo jak każdy inny - zapewnia dr Ławicka.

Po drugie: Czcij skuteczność swoją!

- Przemoc jest skuteczna, ale w krótkiej perspektywie. Kończy się poważnymi problemami psychicznymi, ale zanim to się stanie, to dzięki niej zniwelujemy sobie np. jedzenie kwiatków u dziecka. Ale tylko na trzy miesiące, bo potem ono będzie jadło ziemię z doniczki. Znowu więc będzie przemoc, żeby to wyeliminować. I to znów nam się uda. Tylko że potem wjedzie coś innego, bo dziecko ma wzmocnioną potrzebę żucia i to jest silniejsze od niego. W tym procesie eliminacji takich zachowań dziecko przyjmie ogromną dawkę przemocy, która skończy się dla niego traumą - opisuje Karolina, była nauczycielka NSTB.

Dziecko kulące się, gdy dorosły podnosi rękę lub podchodzi zbyt blisko. Dziecko, które się skrada, idąc po korytarzu. Dziecko, które się moczy, choć nie ma to uzasadnienia medycznego. To tylko trzy przykłady uczniów, którzy po terapii behawioralnej trafiły do jednej ze szkół we Wrocławiu. - Straciły zaufanie do innych, a w zamian zyskały tylko wyuczone reakcje na komendy: "Wstań!", "Siądź!", "Podaj!" - mówi dyrektorka tej szkoły.

Gigantyczne koszty tej tresury zna również dr Ławicka, bo jej fundacja Prodeste zajmuje się młodymi dorosłymi z autyzmem, którzy "przeszli już życiowy cykl przemocy". Boją się ludzi, bo nie umieją powstrzymać nawrotów wspomnień o karach i przymusach. Często przypisują sobie winę za przemoc, której doświadczyli. Chcą wrócić do swoich oprawców i udowodnić, że już będą grzeczni - że już nigdy nie zrobią czegoś, za co mogliby zostać położeni twarzą do ziemi i zamknięci w izolatce.

- Kiedyś opowiedziałam o tym paniom z przedszkola behawioralnego, które były u mnie na szkoleniu. Stwierdziły: "No dobrze, może i pani ma rację. Może za 15 lat niektórzy nasi uczniowie będą chorzy psychicznie. Ale naszym zadaniem jest nauczyć dzieci, jak żyć z innymi, np. żeby poczekały na swoją kolej czy potrafiły chodzić w parach. Po pół roku naszej pracy już to umieją. Rodzice się cieszą, a my mamy sukces" - przytacza dr Ławicka.

Jakie są alternatywy dla takich metod? Zdaniem Martyny – byłej nauczycielki NSTB – jest ich tym więcej, im mniej przemocy dziecko doświadczało. Bo ma jeszcze zaufanie do ludzi i można z nim skuteczniej pracować. - Przede wszystkim trzeba się zastanowić, dlaczego jest np. autoagresywne. Jeśli znajdziemy przyczynę, to możemy ją usunąć. Może ktoś mu kazał w kółko układać puzzle, a ono tego nienawidzi i się frustruje? Wtedy zmieńmy puzzle na inną aktywność – przekonuje Martyna.

- Każde dziecko musi mieć zaspokajane potrzeby, w tym te najbardziej szczególne: miłości, bezpieczeństwa i przywiązania. Jeśli one nie są zaspokajane, rozwija różne zachowania, które są trudnością dla otoczenia. To nieuchronne – dopowiada dr Ławicka.

"Walił głową w ścianę"

Opisywane przez moje rozmówczynie problemy dotyczą wielu placówek w Polsce. Matka dziecka z autyzmem, które uczyło się w przedszkolu we Wrocławiu opowiada mi, jak jej syn był zamykany w pokoju wyciszeń.

- Miał tam gaszone światło i ze strachu chował się pod stołem. A ponieważ mebel był prostokątny, teraz boi się stołów w tym kształcie, bo kojarzą mu się z karą. Dlatego w domu musieliśmy wymienić wszystkie na okrągłe. Syn długo też musiał zasypiać przy zapalonym świetle, bo bał się ciemności. Pamiętam również, że pani z przedszkola wykręcała mu ręce do tyłu, sadzała na krześle i głowę przechyliła mu jak więźniom do dołu. Byłam tego świadkiem i widziałam jego rozpacz. Zauważyłam, że po tym nasiliła się u syna agresja. Stosowali metody, które miały jej zapobiec, a tylko ją w nim wyzwolili – mówi.

Z kolei Elżbieta Parchowicz z Poznania wspomina, że na początku była zadowolona z postępów, jakie jej syn robił w szkole terapii behawioralnej. - Przez długi czas miał się w tej placówce bardzo dobrze. Widać było u niego przyrost umiejętności. Ale potem, w wieku 12 lat, zaczął popadać w zachowania trudne. Był agresywny, więc wrzucano go samego do izolatki, czyli ciasnego pokoju. Miał się tam wyciszać, ale robił sobie krzywdę. Walił głową i pięściami w ścianę. Wychodził z tego poobijany - relacjonuje.

Oprócz tego – kontynuuje – nauczyciele straszyli jej dziecko, że jak nie będzie się zachowywał dobrze, to nie dostanie obiadu. - A on bardzo lubi jeść, więc po takiej groźbie dostawał napadu szału. Poszłam z nim do psycholożki, która mi powiedziała, że to jakby człowiekowi odczuwającemu silny ból kazać zapracować na tabletkę przeciwbólową. Do dzisiaj ma straszny lęk przed tym, że nie dostanie jedzenia. Wiecznie się dopytuje, czy w ogóle będzie obiad. Teraz jest w edukacji domowej, żeby nie narażać go więcej pseudoterapeutów – stwierdza.

W ocenie pedagożek, z którymi rozmawiałem, przemoc nie jest kwestią terapii behawioralnej samej w sobie. Chodzi o problem nadużywania władzy nad dzieckiem. - Myślę, że to kwestia ludzi, którzy potrzebują dużej kontroli nad innym. Widzą tylko jeden cel: zmienić dziecko, czyli wyeliminować zachowania, których sami nie akceptują - podkreśla Martyna, była nauczycielka z NSTB.

Dziecko pyta: Dlaczego?

Gdy nocami budził ją hałas, zrywała się z łóżka i biegła do łazienki. Widziała tam swoje dziecko, które miarowo stukało drzwiami od prysznica. Próbowało w ten sposób dotrzeć do końca swojego stresu. Gdy matka chciała je w tym zatrzymać, dziewczynka wpadała w rozpaczliwy krzyk.

W tym powtarzaniu czynności psychiatra rozpoznał zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Później doszły do tego jeszcze depresja, autoagresja i PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, na który cierpią weterani wojenni. - Nasze życie stało się piekłem. Córka dostała od psychiatry leki, ale nikt nie chciał podjąć się jej terapii, bo to już było bardzo trudne. Powoli więc odpływała w chorobę i była coraz bardziej zniszczonym człowiekiem. W pewnym momencie zaczęła przypominać osobę z zaawansowanym alzheimerem. Zrobiła się niezdarna, kiedyś zbiła szybę w domu i się skaleczyła. W końcu trafiła na oddział psychiatryczny - wspomina drżącym głosem Katarzyna.

Wszystko zaczęło się w końcówce lat 90. W Gdańsku, gdzie Katarzyna żyła, było jeszcze mało miejsc, w których - jako matka samotnie wychowująca dziecko z autyzmem - mogłaby dostać wiedzę i wsparcie. Usłyszała o terapii behawioralnej i o ośrodku, w którym jest prowadzona. Mówiono o niej na spotkaniach i szkoleniach. Rodzice, którzy wysłali na nią dzieci, mieli być tym zachwyceni i chwalić się sukcesami swoich maluchów. - Miałam nadzieję, że mojej córce też to pomoże. Zapraszałam do domu terapeutów, a także pozwalałam, żeby przychodzili do przedszkola i szkoły jako nauczyciele wspomagający naukę mojego dziecka. A potem też chwaliłam się jego osiągnięciami. Dopiero później do mnie dotarło, jak ogromny był koszt tej "terapii" - wspomina.

Gdy jej córka miała 5 lat, wysłano do niej brutalny sygnał, że jest gorszą wersją człowieka, który nie może nie lubić sera. Bo jak go wypluwała, terapeutki wpychały jej go do buzi. W końcu popadła w zaburzenia odżywiania. Kompulsywnie jadła i wymuszała wymioty. W całym mieszkaniu były resztki zwróconego przez dziecko jedzenia.

Kiedy dziewczynka się zmoczyła, myły je gąbką zamoczoną w zimnej wodzie. A moczyła się, bo nie mogła wysiedzieć 8 godzin dziennie przy stoliku, wykonując polecenia terapeutki. Prosiła o wyjście do toalety, ale odmawiały. Zsikała się więc na krzesło i zakodowała sobie, że tak może rozładowywać napięcie. Od tej pory moczyła się w dzień i w nocy, za co spotykała ją kara - szorowanie jej intymnych części ciała lodowatą gąbką. Zdarzało się również, że terapeuta łapał ją za krocze, żeby sprawdzić, czy już się posikała.

Gdy wsadzała rękę do cukierniczki, za karę musiała kilkadziesiąt razy kucać albo klaskać. Ból miał ją oduczyć dotykania cukru. Kiedy nie zrozumiała polecenia "Powiedz 'piłka'" i odpowiadała "Powiedz piłka", wpychali jej do ust jogurt, którego nie lubiła. Płakała wtedy z bezsilności. Terapeuci straszyli ją, że już nigdy nie zobaczy mamy, jeśli będzie się źle zachowywała. Zmuszali ją do patrzenia im w oczy, choć się ich bała.

- Miałam zaufanie do tych ludzi i nie od razu wyłapywałam, że dzieje się coś złego. O większości z tych rzeczy moja córka opowiedziała mi dopiero po paru latach. To straszne, bo szkody były już wielkie. Kierowniczka terapeutek szantażowała mnie też emocjonalnie, że jak będę się na nie skarżyła, to odejdą i nikt nie będzie chciał pracować z moim "problematycznym" dzieckiem. W końcu sama zerwałam z tą "terapią". Córka miała wtedy ok. 17 lat - mówi Katarzyna.

Dziś ma 27 lat. Dalej jest w traumie, ale ją leczy i czuje się lepiej. Jednak to, co przeżyła, wciąż żyje w jej głowie. Czasem krzyczy bez powodu. Przychodzi do mamy i pyta: "Dlaczego zmuszali mnie do jedzenia?", "Dlaczego ktoś łapał mnie za krocze?", "Dlaczego mnie straszyli?", "Dlaczego pozwalałaś, żeby przychodzili do naszego domu?"...

- Rozmawiamy o tym. Przepraszam, że ją zawiodłam. Mówię, że kiedyś myślałam, że to jej pomoże, ale teraz bardzo tego żałuję. Jest mi ciężko, czuję się winna. Naprawdę starałam się być dobrą mamą, ale muszę przyznać się przed sobą i córką, że mi nie wyszło. Gdy wracam pamięcią do tamtego czasu, czuję ból i chce mi się płakać. Moja córka czuje podobnie, gdy o tym myśli - opowiada Katarzyna.

Marzeniem jej córki jest samodzielność. Chciałaby znaleźć pracę i być w związku, jak jej rówieśnicy. Na razie jednak może cieszyć się tylko mniejszymi rzeczami. Ostatnio była szczęśliwa, gdy pojechała sama autobusem do galerii handlowej. Kupiła sobie słodycze i kosmetyki. Wróciła i powiedziała mamie: "To takie niesamowite uczucie, gdy można pojechać gdzieś samej. Samej!".

Imiona Katarzyny, Martyny i Karoliny na ich prośbę zostały zmienione.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM